blog

zaburzenia rytmu

Dziś rano po dyżurze zostałem w przychodni. Tadeusz prosił mnie o zastępstwo, pewnie pojechał na narty. Tradycyjnie się nie wyspałem i tradycyjnie z powodu porannych hałasów. Potem był spokój. Niemal do końca.

Przyszła pani, którą Tadeusz skierował na EKG. Badanie zrobione w trybie automatycznym, za krótki zapis. A pacjentka miała zaburzenia rytmu. Skierowałem ją ponownie do naszej głównej siedziby, do której miałem wrócić na koniec dziennej szychty.

No i wracam. Najpierw błogi spokój, potem pacjentka na to EKG. Pielęgniarka prosi mnie, bym przestawił aparat na inny tryb zapisu. Ona się boi, bo Szef nie pozwala (wprawdzie nie powiedziała tego wprost, ale wiem…). Tyle razy się upominałem o instrukcję obsługi tego sprzętu… Nikt nie wie, jak w nim nastawić datę. Ja chociaż przekreślam tę błędną, którą aparat drukuje. Ha, zapis jest teraz miarowy…

Zaczynają się schodzić do mnie pacjenci. Teraz, jak wreszcie po 24 godzinach mam iść do domu… I do tego jeden z wnioskiem o sanatorium. No szlag!

Przychodzi Tadeusz. I pyta przez pielęgniarkę, ilu mam jeszcze pacjentów i kiedy zwolnię jego komputer… Jestem zbyt zmęczony, by porządnie wybuchnąć. Ostatni pacjent odwozi mnie na dworzec autobusowy.

Jutro jadę na pogrzeb wujka. Kiedy do roboty? Zależy od widzimisię mojego pana i władcy.

Panowie, panowie, bydziecie panami, ale nie bydziecie panować nad nami

blog

ciekawy dzionek

Najpierw telefon; o dziwo już o 8.30 byłem w miarę trzeźwy. Nazwisko dzwoniącego trochę mnie podrażniło, bo podobne do nazwiska mojego szefa, ale to jednak porządny człowiek telefonował. Bardzo porządny: miłośnik starych samochodów, potrzebuje rady – czy oferowane na Allegro stare włoskie radio samochodowe jest odpowiednie do Fiata Multipla.

A skąd się o mnie dowiedział? Otóż wieść gminna głosi, iż w mieście X mieszka doktór, co tym sprawom rozumie. No, nieźle. W końcu na czymś się ten doktór znać powinien, skoro medyk z niego nietęgi.

A zaraz potem doktór mejla dostał. Niby od banku PKO, że coś tam nie gra i trzeba się zalogować na stronie… podać PIN. Doktór jest wyczulony na wszelkie niecnoty kapitalizmu, więc od razu za telefon chwycił i do rzeczonego banku dzwoni. A oni, że najlepiej napisać zgłoszenie na formularzu kontaktowym, bo to ewidentne oszustwo. A, fajnie… Ten formularz to raczej ma służyć do pytań o usługi banku (oni se na to mówią  produkty), więc czort wi, kiedy wiadomość do nich dotrze.

Doktór jak się zaweźmie, to lubi sprawy do końca doprowadzić, więc dzwoni na policyą. A policya, jak to policya, bardzo uprzejma. Tylko nie wie, czy doszło do naruszenia prawa. I lepiej zadzwonić do sekcji takiej a takiej… ale numer nie odpowiada.

Za chwilę doktór drugiego takiego samego mejla dostaje. Ani chybi zmasowana akcja oszustów. Ciekawe, ile kont wyczyścili.

blog

doktór pracuje

Porządki robi. Popalił w piecu co mu przeszkadzało w dojściu do piwnicy: pudła tekturowe, styropiany. Takie gorsze. Nawet takowe mogą być użyteczne (jak się zacznie graty upłynniać przez Allegro), ale przenoszenie wszystkiego tam i z powrotem cokolwiek doktora wnerwiło.

Szkodliwość spalania odpadów? Doktór w robocie wdycha dym tytoniowy. Wystarczy.

Ciepło trochę się w pokoju zrobiło, to doktór nabrał chęci do pracy. Wypoczywać będzie jutro, w robocie.

W końcu od tego jest dyżur…

blog

zagadka mokrej ściany

W nocy źle się wyspałem, choć nie było żadnego wezwania. Poranna zmiana od razu zaczęła tak jazgotać, że nieboszczyka by wyrwała z grobu.

Odespałem w domu, z przerwą na wkurw, bo mnie zbudzili.

Potem wyskoczyłem do miasta, by kupić przecenione karty pamięciowe do aparatu. Jak szybko dewaluują się ich pojemności… A mój Kodak nie toleruje kart SDHC. Zresztą wolę więcej małych kart. Byle ich na długiej wyprawie nie nosić razem z aparatem… W najgorszym razie zostanie mi większość zdjęć.

Potem długo penetrowałem Castoramę. Wolałbym coś innego na ścianę powiesić – w miejsce spleśniałej maty. O dziwo, taniej wychodzi chodnik dywanowy, niż mata z klepek. No, najtańsza by była karimata…

Ale dlaczego dół tej mojej maty tak moknie? Ściana obok, kiedy dziś się temu przyglądałem z bliska, też nie jest całkiem sucha. Czasem czytam reportaże, w jakich strasznych warunkach ludzie żyją. I wrzeszczą, że ma im pomóc państwo. Ja muszę sobie pomóc sam. Ci tak zwani biedni ludzie nieraz mają rzeczy, na które ja sobie nie pozwolę, a za biednego się nie uważam. Co nie znaczy, że swoje wynagrodzenie uzaję za godziwe, ale to już inna para kaloszy.

blog

wredny pacjent, wredny doktór?

Od rana byłem obrażony na świat, że muszę jechać do roboty i do tego jeszcze pracować. Nie było jednak tak źle: przychodzę po ósmej, a poczekalnia pusta. Można zaparzyć hebatę i odpocząć po trudach dojazdu. Trochę mi flaki wytrzepało, bo szofer ognisty, a siedziałem z tyłu.

Po dziesiątej idę do naszej drugiej przychodni. Prawie luzik. Potem telefon: trzeba stwierdzić zgon. Anna K.? Chyba jeszcze przed świętami wieźliśmy ją do szpitala z objawami udaru mózgu. Znaleziona wtedy w kuchni, teraz leży pod całunem w pokoju; na stole palą się świece. Wyjmuję latarkę, tę od Ewy Drzyzgi. Wykąpana w zupie, sypiająca ze mną w śpiworze. Jak Kombi w nocy wylądowało w rowie, też mi świeciła. Teraz światło żarówki pada na źrenicę pani Anny. Już nie reaguje. Nie, LED-y to jednak nie to. Światło żarówki jest bardziej skoncentrowane.

…co za ciul kserował ten formularz? Na odwrót. Dobrze, że mam drugi. Jeszcze raz sprawdzam PESEL zmarłej. Oddaję druk, składam rodzinie kondolencje.

Karetka nawróciła. Możemy jechać.

Pacjentów już tylko paru, kupka recept. I pakuję się, bo dochodzi trzecia, a w przychodni, do której wracam, umawiają mi zwykle pacjentów od drugiej. A tak by się chciało coś wreszcie zjeść po powrocie na stare dyżurowe śmieci.

Jakieś auto zajeżdża, furgonetka. Wyłazi gruby facet w czerwonym uniformie. Prawie jak ratownik medyczny. Coś niezbyt mądrze gada do rejestratorki, a ja stoję przy drzwiach ze spakownym lapem… i burczącym brzuchem. Pokazuje mi wyniki, niechętnie je przeglądam. Czy możemy spokojnie porozmawiać?

Jestem głodny i idę sobie spokojnie usiąść na rynku – mówię zgryźliwie… i idę na pobliski rynek, odgarniam lód, siadam i jem kanapki. Po chwili wracam, rejestratorka mówi, że to pacjent roszczeniowy i pewnie się będzie wykłócał, kończy mu się dziś zwolnienie. Poszedł na górę, będzie czekał.

Ja mu pokażę!

Wracam. Pod przychodnią stoi to samo auto dostawcze. Pacjent siedzi w poczekalni, ale nie ma wściekłej miny. Zalewam swoją herbatę w socjalnym i proszę go do gabinetu. Niech nie czeka, choć uruchomienie lapa zajmie kilka minut.

Proszę, by w tym czasie opowiedział mi o swoim problemie. Dostał właśnie rozrusznik serca i zażywa leki, zmniejszające krzepliwość krwi. Przyniósł wyniki badań w tym kierunku i analizę moczu, bo w szpitalu miał objawy zakażenia. Widzę, że nie orientuje się w lekach, które mu zalecono: który na co ma pomóc; który brać tylko do końca opakowania, który na dłużej. Jak często badać krzepliwość i co oznacza wskaźnik INR. Słucha mnie z uwagą i sympatią. Mówi o swojej pracy: był kurierem w firmie spedycyjnej. Ale już nie dam rady, chcę przejść na rentę.

Żegna się i szczerze dziękuje.

Widzi pan, tutaj mieliśmy lepsze warunki, by porozmawiać. Przepraszam, że byłem dla pana tak szorstki…

Ale widzę, że nie ma mi tego za złe. Po moim wyjściu rejestratorka pewnie coś mu mówiła, jak wygląda mój dzień pracy.

Jego praca wyglądała podobnie. Dopóki był w stanie jeździć z przesyłkami.

blog

doktór ma drukarkę

Żeby napalić w piecu, trzeba było zdjąć z niego trochę gratów. Tych bardziej wrażliwych na temperaturę.

I tak oto na doktorowym tapczanie spoczęła drukarka HP Laser Jet 5P (instrukcja, gdyby ktoś szukał). Trzeba ją gdzieś wynieść, ale wypadałoby wcześniej wypróbować. Tak, pamięć doktora nie myli: napis Vaš VI 2008 mówi o niej wszystko – dar Vaška z czerwca 2008. Czyżby kolejny danajský dárek,  jak mawiają Czesi? Bo Vašek bardzo lubi wciskać znajomym graty, które żal mu wyrzucić…

Drukarka pochodzi z wymiany sprzętu komputerowego w jakiejś firmie. Vašek często przejmował takie sprzęty i po skontrolowaniu, ew. mniejszej naprawie – upłynniał. Trzeba ją podłączyć do komputera, zainstalować sterownik… Ale na biurku tyle rzeczy! Jak się dostać do kabli?

Doktór jak małpa zaczął naciskać wszystkie przyciski drukarki, ciesząc się, że coś w niej mruczy i zapalają się różne diody. Ta jedna to by się świecić nie musiała, bo sygnalizuje zakleszczenie się papieru… Doktór wyjął kartridż i dziwuje się, jak by tu się dostać do wnętrzności drukarki (poprzedniczka, LJ4MP, przy uchyleniu wieka bardziej się rozdziawiała). Nic doktór nie wykumał, to klapę zamknął. I znów zaczął guziczki naciskać jak jakaś blond… pardon, małpa.

I naraz drukarka zaczęła sprawiać wrażenie, że coś drukuje. Nie inaczej. Wypluła całkiem ładnie zadrukowaną stronę kontrolną. Doktór jest niedowiarkiem, dopóki nie wydrukuje tekstu z komputera, nie da głowy, że drukarka jest sprawna. Ale chyba jest. I pewnie kartridże nie będą do niej drogie.

Niby fajnie, że sprawny sprzęt można dostać za darmo. Ale czy nasza cywilizacja działa racjonalnie? O warunkach pracy ludzi w Azji doktór woli nie myśleć. Bo dość się już dzisiaj nawściekał.

Hura, jest drukarka. Ponad rok czekała na tę chwilę. Na zastosowanie też jeszcze poczeka, sierotka. A doktór może porządnie napalić w piecu. Jak będzie miał czym.

Taka drukarka, jak była nowa, miała wartość około 10 ton węgla. Niestety, używanego węgla nikt za darmo nie rozdaje. No, chyba, że chodzi o popiół…

Doktorze, wehikuł czasu pora zbudować.

blog

jutro do roboty 30

Zadzwonił Tadeusz i spytał, czy bym nie wziął zastępstwa i dyżuru. OK. Woli mieć wolne w piątek, bo w weekend lepiej płacą, a mniej jest do roboty.

W Pradze pociąg śmiertelnie potrącił człowieka. Trudno, stało się. Ale z tego powodu pociąg stał PONAD DWIE GODZINY. Co te gnojki tak długo robiły? I które gnojki? Drážní inspekce (Inspekcja kolejowa) czy policja? Już raz coś takiego mi zrobili, kiedy wracałem z pierwszego vaandru z Daną. I tak byłem spóźniony, ale może bym jeszcze uratował swoje wynagrodzenie za dyżur.

Różne rzeczy się mogą stać. Jeśli fizycznie uniemożliwiają jazdę pociągu (zerwana sieć, kolizja z autem) – trudno, mogę to zrozumieć. Muszę. Takie postępowanie – nie. Tylko co im sukinsynom zrobić?

blog

potęga Google

No tak. Chodziło mi po głowie dość znane powiedzenie przypadek sprzyja tylko umysłom dobrze przygotowanym,  bo akurat mama zaobserwowała coś ciekawego: jak wzrośnie jej gorączka, ból stawów staje się mniej dokuczliwy. Podobne obserwacje pozornie banalnych, cokolwiek dziwnych zjawisk czasami naprowadzały ludzi na trop wielkich odkryć.

Ale kto to powiedział? Typowałem kogoś ze świata nauki, raczej z wieku XX. Wiadomo, gdzie powinna być odpowiedź. I jest: Ludwik Pasteur.

Piszę maila do kolegi z Warszawy: nie przyjadę, bo zima sroga. Widocznie się starzeję, bo podczas sławetnej zimy stulecia w latach 70. miałem ochotę specjalnie wyruszyć w Polskę – na wieść o tym, że normalny rozkład jazdy się załamał, a komunikację między największymi ośrodkami utrzymują wozy motorowe.

Pewnie seria SN 61. Tak typowe dla Warmii, gdy jeździłem za Violettą. Violetty już nie ma; co się stało z tymi węgierskimi wagonami?

I znów niezawodne narzędzie kieruje mnie do Wikipedii. Wozy motorowe SN 61 też przeminęły. Nie były takie stare, wyprodukowano je w latach 1960-75. To dla taboru kolejowego nie jest sędziwy wiek.

Jadąc do Dany, na stacji Zábřeh na Moravě widziałem wagon motorowy serii 831*), wykonujący regularny kurs do Šumperka. To są wozy z lat 50., najstarsze pojazdy trakcyjne**) w Czechosłowacji, które pozostają w normalnej służbie (na Słowacji już nie). Kiedy ostatni raz jechałem wozem SN 61? A 831? Czy jeszcze zobaczę 831 w normalnym ruchu?

Nigdy nie wiemy, co przeżywamy po raz ostatni. Nawet Google nie wie. Bóg by wiedział, ale to postać z innej bajki.

*) serie 830 i 831 nosiły pierwotnie oznaczenie M262; różnica polega na tym, że prze remontach niektóre egzemplarze dostały inny, nowszy silnik – te oznaczono serią 831; wyglądem się nie różnią.

**) drugie w tej kategorii są lokomptywy elektryczne serii 140 (pierwotnie E499.0), też z lat 50., do niedawna można je było w barwach kolei słowackich spotkać na torach PKP, kiedy prowadziły pociągi na odcinku Żylina – Zwardoń – Katowice, ponieważ nowsze czeskie lokomotywy z rozrządem tyrystorowym nie pasowały do parametrów sieci trakcyjnej PKP.

blog

dłuższy dzień

– zauważył tata, który niespodziewanie mnie odwiedził. Już o pół godziny.

Po obiedzie telefon. Tata dzwoni z dworca autobusowego, czy mogę przyjść, że coś dla mnie ma, a sam przyjść nie zdąży, bo za chwilę ma powrót. Okazuje się, że przywiózł mi dwie pary skarpetek. Tylko po to przyjechał?? Przecież był u mnie w pracy w sobotę… Najwyraźniej szuka przetekstów, by się ze mną spotykać. To miłe, ale co się za tym może kryć? Dlaczego znów prosił o zmierzenie cukru? Unika swojego lekarza rodzinnego, onkologię omija szerokim łukiem…

W domu zrobiłem kawałek porządków w pokoju. Uprzątnąłem wszystko, co leżało na tapczanie… i zobaczyłem, jak sobie buja grzyb na macie, oddzielającej legowisko od ściany. Poniżej poziomu tapczanu, więc normalnie prawie nie widać. Ale dlaczego?? Pierwsza myśl: ściana tak podmaka od dołu, od sutereny. Na szczęście nie. Ale worek foliowy, który spadł za tapczan, jest pokryty kroplami wody. Chyba się skrapla na tej macie, bo ściana zewnętrzna, a w pokoju nie ma ogrzewania. No, akurat odblokowałem dojście do pieca. Teraz jeszcze dostać się do piwnicy…

Cieszę się na ciepły piec. Dana nie ma porządnego ogrzewania. Kiedyś miała w swym pokoju piec kaflowy, ale był stary i został zburzony. A przecież oboje tak bardzo lubimy ogień. Jak dotąd, mogliśmy się nim nacieszyć tylko podczas naszych vandrów.

felietony

felieton na 15 stycznia 2010

Zima stulecia



Jak tam u was ze śniegiem? – pyta prawie każdy, kto pisze czy telefonuje z daleka. Normalnie, jak to w zimie, odpowiadam. Nasz górski rejon przekorna natura obdarowała trochę mniejszą porcją, ale bez przesady. W latach 70. krążył kawał: co to jest zima stulecia? Minus 20 stopni plus socjalizm. Dzisiejsze media nie potrzebują nawet tyle, by takową ogłosić. Tegoroczna zima już parę razy przypomniała, że nie ma z nią żartów. Tyle, że to akurat do obrazu zimy należy. Nie jest lekko. Tak, jak z grypą, która niemal co roku nas nęka. Daje się we znaki wielu, w pojedynczych przypadkach z fatalnym skutkiem.

Żyjemy w coraz szybszym tempie. Po oblodzonej drodze pędzimy jak w lecie, nie chcemy odleżeć grypy. Szkoda zwalniać w tym biegu. Przecież mamy nowoczesne auta, skuteczne leki. Jeśli mimo to wypadamy z gry, radzi słuchamy o zimie stulecia i pandemii grypy. A to po prostu prawdziwa zima.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 12 I 2010