Nawet było go sporo, ale tylko dzisiaj – jeśli wierzyć prognozie. Szkoda, że nie udało się taty nigdzie wyciągnąć – tzn. poza mieszkanie.
W nocy źle spałem, obudziłem się późno. Nawet tata spytał, czy nie chciałbym się gdzieś urwać na wycieczkę. Za późno, brak ekwipunku, brak melodii. To drugie najmniej istotne…
Próbowałem tatę namówić na wyjazd. Zawahał się, ale zaraz znalazł przeszkody: nie wie, gdzie ma spodnie, nie jest pewien jak mu się pójdzie po schodach. No to spróbujmy jedno piętro, w razie czego wrócimy – mówię. Ale to wieczorem, teraz by mnie wszyscy oglądali. No tak, oddał walkowerem. Oczywiście wieczorem też nie było żadnej próby chodzenia po schodach. Chodzi coraz bardziej niepewnie, skarży się na sztywnienie nóg. Mówi, że od siedzenia… i się kładzie, zamiast chodzić.
Przed obiadem wyskoczyłem autem do supermarketów. Po ulubione soki taty i przede wszystkim – śledzie. Niestety, przy okazji zobaczyłem, jak mi koroduje Polonez… no w sumie dobrze, trzeba wiedzieć i w porę go ratować. Ale czuję, że go nie pokocham.
Obiad tacie smakował: znów wybrał barszcz z pierogami. A na kolację zapowiedział niespodziankę. Pizzę na telefon. Tak się tym pomysłem przejął, że próbował dzwonić do pizziarzy… pilotem od telewizora.
Chyba nawalił domofon, bo po kwadransie pizzocentrala dzwoni na tatowy telefon, że szofer u drzwi stoi (mają identyfikację rozmówcy, na tym samym numerze pracuje radiotaxi i wygląda na to, że również CIA…).
Do lapa wsadziłem zakupioną jakiś czas temu na Allegro kartę PCMCIA z portami USB 2.0. Niestety, jedynym efektem jest znaczne osłabienie dźwięku, choć niedziałającą kartę usunąłem, a nastawienia dźwięku skontrolowałem. Ech, komputery. Zawsze jakiś diabeł w nich siedzi. Jak mi ktoś poradzi i zrobi się cud, też go ogłoszę błogosławionym w dniu Święta Pracy.