blog

sylwestrowa mozaika

… czyli ulga, szychta, pogrzeb (z katarem w tle)…

Rano na pocztę do rodzinnego miasta, po awizowany SMS-em polecony. Od przed świąt byłem w stresie, co to za cholerne pismo znów mi urzędy posyłają. Ulga: z wydziału finansowego, zapewne podatek od nieruchomości.

Potem pędem do roboty, doktór po raz pierwszy prawie zamknął zegar swojego zielonego Centa, czyli wskazówka otarła się o koniec skali, 160 km/h. No dobrze, z górki i trochę zawyża. No, ale ten, co mnie wyprzedzał tylko śmignął obok. 200 miał?

W robocie tak sobie, potem do sklepów, głównie na zakupy techniczne – obrzeża do półek i regał na drobiazgi.

Po powrocie do domu dowiaduję się, że umarła jedna z naszych świnek. Znalazła ją Ewa, maluchy się do niej tuliły. Mają jakieś 10 dni, ale jedno już je siano.

Dana prosi mnie na noworoczny toast.

Potem pójdę po łopatkę. Nadal jest w Cencie za siedzeniem, od pogrzebu poprzedniej świnki.

Nowy roku, bądź trochę lepszy…

blog

zdradliwy dysk

Tuż przed świętami nawalił mi komputer. Jakiś był niemrawy, więc zrobiłem restart. A po nim – zniknął dysk systemowy. Hitachi, wg mnie najbardziej niezawodna marka, dokładnie przetestowany, 3500 przepracowanych godzin, gdy instalowałem na nim w maju Windows 7. Nie miałem czasu sprawdzać, co się stało.

Wreszcie wczoraj wyjmuję go, podpinam przez USB do netbooka. Wydaje dziwne dźwięki i tyle. Nie widać go w komputerze. Co chwilę próbuje ruszyć. Potrząsam nim. Zmieniam pozycje… I nareszcie znajomy dźwięk podłączenia urządzenia USB. Ostrożnie odkładam dysk na stół… znów znika. No to jeszcze raz! I szybko jakiś dysk przenośny.

Udaje się dysk znów uruchomić. Kopiuję dane, bo przecież i na nim jakieś są, choćby poczta, zresztą drugi dysk, ten na dane, już dawno zapełniłem. Ojej, ile śmieci w moim folderze. Dziesiątki tysięcy plików, o których nie miałem pojęcia, nieraz o zerowej wadze. Mogłem wybrać bardziej selektywnie, co chcę kopiować, ale nie chcę już nic zmieniać, skoro dysk się kręci i wydaje swą zawartość bez szemrania.

Dysk zaczyna parzyć w rękę. I ręka też drętwieje, bo przecież strach dyskiem poruszyć, póki się gładko kręci. Dziecko głodne, a ja siedzę uwięziony już godzinę i patrzę, jak 72 tysiące plików kopiuje się na rezerwowy nośnik.

Udało się!

A gdyby tak włożyć dysk z powrotem na jego miejsce?

Działa! Ha, to go otestujemy. Parametry SMART bez najmniejszych oznak wadliwości. Nawet „Spin retry count”, czyli liczba nieudanych startów talerzy.

testy podejrzanego dysku

Chyba sprawdzę konektory na płytce dysku. Przerywa zasilanie?

Nowy dysk już kupiłem. Też Hitachi.

blog

jakoś to przeżyć…

Stale to samo. Już nie pamiętam, od kiedy. Ciągłe stany awaryjne, gonienie naglących spraw. Bo przecież to konieczne. A jak się te uciekające sprawy załatwi, nastanie wytęskniona ulga i wreszcie w spokoju, na bieżąco…

Zanim się jedno dogoniło, już następne domagało się pilnej interwencji. Niemal w nieskończoność.

I nareszcie – spokój. Dziwny spokój. Więc jednak?

Żony alkoholików podobno najbardziej się boją, kiedy mąż jest dłuższy czas trzeźwy i po prostu dobry. Wiedzą, że przecież znów się zacznie. Bo musi się zacząć.

Również u nas spokój okazał się ciszą przed burzą. Nie chcę wchodzić w szczegóły, choćby dlatego, że nigdy nie wiem, kto czyta ten blog. Wiem, prawie nikt prócz garstki wiernych, stałych czytelników, ale kto jeszcze?

blog

jak wujek stał się mamą, czyli kolejna świńska afera

Rano przybiega do nas Ewunia: Tata, mama, urodziły się bliźniaki! Tak się to musiało skończyć: w jednej klatce Bartowski z córką i synem, w drugiej owdowiały, smutny Bartek, nestor rodziny. Kilka tygodni temu pochowaliśmy jego drugą żonę, Tosię. Poród nie poród, Ewa musi do szkoły, ja – do roboty. Prośbę Dany o podwiezienie do miasta załatwiam odmownie. No tak, ty z każdego auta robisz Smarta. Co za kobita, ciężarowego Cinquecenta nie widziała?

Z pracy wracam, o dziwo, o czasie. Idziemy popatrzeć na maleństwa. Ten biały jest śliczny, nazwiemy go Husky? Ale coś mnie niepokoi. Obejrzyjmy matkę (reszta rodzinki wprowadziła się do Bartka… i wygoniła go z domku). Podwozie – chyba jednak żeńskie. Ale gdzie cycki? Upieram się, by do końca wyjaśnić sprawę rodzicielstwa.

Husky 😉

Brata domniemanej mamy świnek trudno jest złapać, pomaga zwinna ręka Ewuni. Rzekomy samiec ma chyba żeńskie podwozie, do tego jakieś rozchwierutane, jak moje Cento. A kawałek dalej – dwa czarne sutki! No, niezły z niego świński wuj…

Puszysty wuj zostaje ogłoszony mamą… i już się do niego, pardon – do niej, garną maleństwa. Strach mnie ogarnia, co by się stało, gdybyśmy w porę nie odkryli pomyłki. Maluchy wprawdzie trzymały się swej cioci, ale kto by je nakarmił?

blog

dwa ciężkie tygodnie

… i jakoś je przeżyłem. Nawet dzisiejszą zmasowaną inwazję masturbantów.

?? No, tak doktór nazywa tych capjętów, co przychodzą przedłużyć sobie zwolnienie od Szefki – dzisiaj jej akurat nie było. Mają często minę jak nastolatek, przyłapany przez mamusię na waleniu konia. Notorycznie chorują na kręgosłupy (jak moi mili pijaczkowie, ale ci chociaż solidnie dziękują za ratowanie swej dupy).

No i nie wkurwiaj się, doktorku, jak rączym krokiem wbiega ci do gabinetu taki kręgosłupowiec po kolejne zwolnienie. A ty, jak bliźni sami zauważają, nieraz wleczesz nogę za sobą, stękasz z bólu na schodach. I musisz do roboty chodzić aż kiedyś zdechniesz, nie zobaczywszy Dubrownika z siodła roweru.

Dana z Ewunią wyjechały do Pilzna. Jutro dyżur pod telefonem, to się coś w domu z porządków porobi.

A na ulicy „zima jak v ruském filmu”. Tak mawia Dana. U nas w poctawówce mówiło się, że piździ.

blog

zawroty zamiast wzwodu

Od dzisiejszego poranka doktór ma w swym codziennym menu nowy „proszek” (tak Czesi i starsi pacjenci.pl zwykli nazywać wszelkie leki) – na prostatę. Doktór naturalnie przeczytał ulotkę – zwłaszcza obowiązkowe punkty: producent (o dziwo ten sam, co na pudełku) i działania uboczne. Tym razem nie było tam o „pojedynczych przypadkach zgonów”, ale za to reszta całkiem niezła, np. priapizm, czyli stały wzwód. Zaraz to doktór oznajmił swej połowicy.

Niestety, doktór ma w tej chwili zawroty głowy, czyli pierwszy co do częstości objaw z listy. I znowu te fajniejsze objawy uboczne ma jakiś inny pacjent… To ja się tak nie bawię!

… ale za to wreszcie udało mi się odkryć, które koło w cieniasie nie jest okrągłe. Taki jakiś lokalny wzwód dostała opona. Autko wesoło podskakiwało, ale doktorowi przestawało być do śmiechu, ilekroć przekraczał 100 km/h. Zazwyczaj z górki, bo silnik bardzo już jest zmęczony życiem.

I tyle blogowania na dyżurze. Pora zmierzyć sobie ciśnienie. Ten nowy lek przy okazji je obniża.

blog

powiew jesieni

W przyrodzie. W życiu. Chyba nie pojadę na zjazd absolwentów mojego liceum. Zobaczyć, jak inni się zestarzeli? I zrozumieć, że ja też?

Zawsze na wszystko byłem za młody. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to zmieniło. Nagle na wszystko zaczynam być za stary. Nagle? Czy raczej coś zaspałem?

Wrzesień się kończy. Skończy i październik, rok, życie… no fuj.

blog

ojcem w pół godziny

Ewa poszła dziś po raz pierwszy do szkoły.

A my – udaliśmy się potem do czeskiego urzędu w miejscu jej urodzenia, Trzyńcu. O dziwo, wszystko poszło jak z płatka. Po niecałych 30 minutach oczekiwania odebraliśmy nowy akt urodzenia Ewy. Jestem w nim zapisany jako jej ojciec.

Jest tu jakaś Ewunia? – pytam w drzwiach. A jak się nazywa? Trochę się dąsała, że sama chciała wybrać sobie nazwisko. Ale nie braliśmy jej ze sobą, to zbyt skomplikowane dla siedmiolatki. Dla niej tata jest po prostu tatą. Od zawsze. Nie od dzisiaj.

A mamo, kiedy ty zmienisz nazwisko? Bo teraz wygląda na to, że nie należysz do naszej paczki.

Ślub to chcieliśmy mieć na stacji kolejki wąskotorowej w Hůrkach. Ale nasz przyjaciel już nie jest szefem tego przedsiębiorstwa.

blog

upływa szybko lato…

… jak życie; w tym wieku człek to już czuje (który koniec jest bliższy).

Doktór całkiem sporo tego zdziałał, zażył:

  • wyjazd na Litwę – na wariackich papierach, tzn. bez
  • kupno nowego samochodu (a nawet dwóch)
  • porządki w mieszkaniu (no, w toku) – iście epokowe wydarzenie
  • przygotowania do pójścia Ewuni do szkoły.

Biedne dziecko… Na razie się cieszy.

Ale teraz doktór musi kontynuować swój udział we wspomnianym wyżej epokowym wydarzeniu.

blog

Od zgonu do urlopu

… czyli tydzień (a nawet dwa) doktora.

Jak poprzedni, tak ostatni tydzień rozpoczynałem od wypisania karty zgonu. Smutne, kiedy tak się zaczyna pracę.

Tydzień uciekł jak z bicza strzelił. Urlop przesunąłem właśnie o tydzień, ale dalej już nie można, bo potem kto inny się będzie urlopować. Ale po co w ogóle było urlop przesuwać? Pierwotnie miał być od 1 lipca, chcieliśmy jednak pojechać na festiwal Na pomezí w Łomnej na Zaolziu – w tym roku miał wystąpić sam Nohavica. A to by nam urlop rozbiło – koncert zaplanowano na 5 lipca. Pojechała Dana, ja miałem dyżur koplaniany.

Jakoś byliśmy niepozbierani , auto wymagało kolejnej naprawy, więc znów przesunięcie wyjazdu. Zresztą ani pogoda nie była najlepsza. I co? Auto nadal nie naprawione, pogoda ciągle nie taka, my niby spakowani, ale nie do końca…

Pogoda ma się nareszcie poprawić. Auto może jechać z tym defektem. Pakowanie… właśnie wypakowałem fotki z karty, by mieć miejsce na nowe. Choróbsko mnie zbierało, może od klimy w robocie, ale jakoś się zniechęciło. Dana ma drobny problem, ale chyba znalazłem rozwiązanie. To chyba jednak już pojedziemy?

W przychodni poprosiłem, aby dali mi znać o losach dwojga moich pacjentów. Pana Stanisława, którego wysłałem do szpitala z nadzieją, że go jeszcze zobaczę. Ledwo zipiący staruszek, moje słoneczko. Są pacjenci, którzy zawsze zepsują mi humor. On był przeciwieństwem. I o pani Bernadetcie. Wdowa po pierwszym z moich dwu ostatnich nieboszczyków. Już dawno miała iść do szpitala, trawi ją jakaś dziwna choroba, nawet na forum lekarskim niewiele mi poradzili. Nie chciała opuścić chorego męża.

Chcę się zresetować. Po to jest urlop. Odpocząć od bomisiów („bo mi się”) i jatylków („ja tylko”) – tak w żargonie lekarskim nazywa się pewne kategorie pacjentów. Ale cóż, nie mogę zapomnieć o wszystkich pacjentach. Tak, jak o biednej Lence.

Dokąd jedziemy? Przed siebie, kierunek Kazimierz Dolny, Mazury, morze. Albo gdzie się nam zachce.