felietony

felieton na 8 XI 2019

Cyfrowe zmagania

Kilka tygodni temu zabłądziliśmy w górach. Góra była niewysoka, do tego z widokiem na pobliską miejscowość, aż wstyd się przyznać. Zapadał zmrok, kiedy zdecydowaliśmy się pójść drogą, która zdawała się prowadzić we właściwym kierunku. Było coraz ciemniej, a droga przestała się odróżniać od otaczającego ją lasu. Wydawało mi się, że znam topografię terenu, ale i tak zabrałem mapę. Elektroniczną, w tablecie. A ten – odmówił posłuszeństwa. Znaleźliśmy się na stromym stoku, porośniętym gęstymi krzakami i przeoranym niespodziewanymi jarami. W pewnym momencie zauważyłem, że ponownie jesteśmy w miejscu, w którym już byliśmy. Czytałem o tym w opowieściach podróżników, że idąc przed siebie, można niechcący zatoczyć koło. Ale to było na pustyni i trwało dłużej. Szkoda, że nie mam kompasu – pomyślałem. Wtedy wyłoniły się światła domów w dolinie. Chodźmy w dół – zawyrokowała Ewunia. Nie było to łatwe, moja połowica zaliczyła bolesny upadek, ale dość szybko znaleźliśmy się na wyraźnej drodze, która bezpiecznie wyprowadziła nas z lasu. Po powrocie do domu zaraz włączyłem mapę, którą zazdrośnie skrywał tablet: ta droga na niej była (i widziałbym, jak jest blisko). Na papierowej mapie – nie. Która lepsza? Cyfrowe nowinki są znakomite. Dopóki działają. W odróżnieniu od tradycyjnych rozwiązań mają tendencję do nagłych awarii. Najgorzej, jeśli na fali fascynacji łatwością utraciliśmy zdolność radzenia sobie bez nich.

Popołudnie w przychodni. Ostatni zapisany pacjent na razie nie dotarł. Piszę recepty. Ręcznie, bo to nowa praca i jeszcze „na piechotę”. Dlatego stos zamówień dużo wolniej topnieje. Od ponad roku pracuję w mojej głównej przychodni na komputerze i widzę różnicę. 28 czy 30 tabletek? Co ten pacjent brał poprzednio? Tracę cenne minuty, wertując odręczne zapiski. Z kolei w skomputeryzowanym gabinecie mam gorszy kontakt wzrokowy z chorym. A, zgłasza się pacjent. Musi chwilę zaczekać, bo rejestratorka ma problem z wysłaniem zwolnienia. Tylko ona ma komputer. Oprogramowanie dalekie jest od doskonałości, co jest bolączką tylko pewnych resortów. Strony banków, operatorzy komórkowi – rzadko nawalają. Niekończące się problemy informatyczne są typowe dla branż, dla których systemy zamawia państwo.

Wracam do recept. Ale czas minął i trzeba opuścić gabinet. Szef podobno już zamówił komputery. Czekam z utęsknieniem, bo znakomicie ułatwiają rutynowe czynności. Zwolnienia elektroniczne są mimo wszystko wygodne. A recepty? Zobaczymy.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 5/6 listopada 2019

blog

jak wujek stał się mamą, czyli kolejna świńska afera

Rano przybiega do nas Ewunia: Tata, mama, urodziły się bliźniaki! Tak się to musiało skończyć: w jednej klatce Bartowski z córką i synem, w drugiej owdowiały, smutny Bartek, nestor rodziny. Kilka tygodni temu pochowaliśmy jego drugą żonę, Tosię. Poród nie poród, Ewa musi do szkoły, ja – do roboty. Prośbę Dany o podwiezienie do miasta załatwiam odmownie. No tak, ty z każdego auta robisz Smarta. Co za kobita, ciężarowego Cinquecenta nie widziała?

Z pracy wracam, o dziwo, o czasie. Idziemy popatrzeć na maleństwa. Ten biały jest śliczny, nazwiemy go Husky? Ale coś mnie niepokoi. Obejrzyjmy matkę (reszta rodzinki wprowadziła się do Bartka… i wygoniła go z domku). Podwozie – chyba jednak żeńskie. Ale gdzie cycki? Upieram się, by do końca wyjaśnić sprawę rodzicielstwa.

Husky 😉

Brata domniemanej mamy świnek trudno jest złapać, pomaga zwinna ręka Ewuni. Rzekomy samiec ma chyba żeńskie podwozie, do tego jakieś rozchwierutane, jak moje Cento. A kawałek dalej – dwa czarne sutki! No, niezły z niego świński wuj…

Puszysty wuj zostaje ogłoszony mamą… i już się do niego, pardon – do niej, garną maleństwa. Strach mnie ogarnia, co by się stało, gdybyśmy w porę nie odkryli pomyłki. Maluchy wprawdzie trzymały się swej cioci, ale kto by je nakarmił?

blog

dwa ciężkie tygodnie

… i jakoś je przeżyłem. Nawet dzisiejszą zmasowaną inwazję masturbantów.

?? No, tak doktór nazywa tych capjętów, co przychodzą przedłużyć sobie zwolnienie od Szefki – dzisiaj jej akurat nie było. Mają często minę jak nastolatek, przyłapany przez mamusię na waleniu konia. Notorycznie chorują na kręgosłupy (jak moi mili pijaczkowie, ale ci chociaż solidnie dziękują za ratowanie swej dupy).

No i nie wkurwiaj się, doktorku, jak rączym krokiem wbiega ci do gabinetu taki kręgosłupowiec po kolejne zwolnienie. A ty, jak bliźni sami zauważają, nieraz wleczesz nogę za sobą, stękasz z bólu na schodach. I musisz do roboty chodzić aż kiedyś zdechniesz, nie zobaczywszy Dubrownika z siodła roweru.

Dana z Ewunią wyjechały do Pilzna. Jutro dyżur pod telefonem, to się coś w domu z porządków porobi.

A na ulicy „zima jak v ruském filmu”. Tak mawia Dana. U nas w poctawówce mówiło się, że piździ.

blog

zawroty zamiast wzwodu

Od dzisiejszego poranka doktór ma w swym codziennym menu nowy „proszek” (tak Czesi i starsi pacjenci.pl zwykli nazywać wszelkie leki) – na prostatę. Doktór naturalnie przeczytał ulotkę – zwłaszcza obowiązkowe punkty: producent (o dziwo ten sam, co na pudełku) i działania uboczne. Tym razem nie było tam o „pojedynczych przypadkach zgonów”, ale za to reszta całkiem niezła, np. priapizm, czyli stały wzwód. Zaraz to doktór oznajmił swej połowicy.

Niestety, doktór ma w tej chwili zawroty głowy, czyli pierwszy co do częstości objaw z listy. I znowu te fajniejsze objawy uboczne ma jakiś inny pacjent… To ja się tak nie bawię!

… ale za to wreszcie udało mi się odkryć, które koło w cieniasie nie jest okrągłe. Taki jakiś lokalny wzwód dostała opona. Autko wesoło podskakiwało, ale doktorowi przestawało być do śmiechu, ilekroć przekraczał 100 km/h. Zazwyczaj z górki, bo silnik bardzo już jest zmęczony życiem.

I tyle blogowania na dyżurze. Pora zmierzyć sobie ciśnienie. Ten nowy lek przy okazji je obniża.

blog

powiew jesieni

W przyrodzie. W życiu. Chyba nie pojadę na zjazd absolwentów mojego liceum. Zobaczyć, jak inni się zestarzeli? I zrozumieć, że ja też?

Zawsze na wszystko byłem za młody. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to zmieniło. Nagle na wszystko zaczynam być za stary. Nagle? Czy raczej coś zaspałem?

Wrzesień się kończy. Skończy i październik, rok, życie… no fuj.

blog

ojcem w pół godziny

Ewa poszła dziś po raz pierwszy do szkoły.

A my – udaliśmy się potem do czeskiego urzędu w miejscu jej urodzenia, Trzyńcu. O dziwo, wszystko poszło jak z płatka. Po niecałych 30 minutach oczekiwania odebraliśmy nowy akt urodzenia Ewy. Jestem w nim zapisany jako jej ojciec.

Jest tu jakaś Ewunia? – pytam w drzwiach. A jak się nazywa? Trochę się dąsała, że sama chciała wybrać sobie nazwisko. Ale nie braliśmy jej ze sobą, to zbyt skomplikowane dla siedmiolatki. Dla niej tata jest po prostu tatą. Od zawsze. Nie od dzisiaj.

A mamo, kiedy ty zmienisz nazwisko? Bo teraz wygląda na to, że nie należysz do naszej paczki.

Ślub to chcieliśmy mieć na stacji kolejki wąskotorowej w Hůrkach. Ale nasz przyjaciel już nie jest szefem tego przedsiębiorstwa.

blog

upływa szybko lato…

… jak życie; w tym wieku człek to już czuje (który koniec jest bliższy).

Doktór całkiem sporo tego zdziałał, zażył:

  • wyjazd na Litwę – na wariackich papierach, tzn. bez
  • kupno nowego samochodu (a nawet dwóch)
  • porządki w mieszkaniu (no, w toku) – iście epokowe wydarzenie
  • przygotowania do pójścia Ewuni do szkoły.

Biedne dziecko… Na razie się cieszy.

Ale teraz doktór musi kontynuować swój udział we wspomnianym wyżej epokowym wydarzeniu.

blog

Od zgonu do urlopu

… czyli tydzień (a nawet dwa) doktora.

Jak poprzedni, tak ostatni tydzień rozpoczynałem od wypisania karty zgonu. Smutne, kiedy tak się zaczyna pracę.

Tydzień uciekł jak z bicza strzelił. Urlop przesunąłem właśnie o tydzień, ale dalej już nie można, bo potem kto inny się będzie urlopować. Ale po co w ogóle było urlop przesuwać? Pierwotnie miał być od 1 lipca, chcieliśmy jednak pojechać na festiwal Na pomezí w Łomnej na Zaolziu – w tym roku miał wystąpić sam Nohavica. A to by nam urlop rozbiło – koncert zaplanowano na 5 lipca. Pojechała Dana, ja miałem dyżur koplaniany.

Jakoś byliśmy niepozbierani , auto wymagało kolejnej naprawy, więc znów przesunięcie wyjazdu. Zresztą ani pogoda nie była najlepsza. I co? Auto nadal nie naprawione, pogoda ciągle nie taka, my niby spakowani, ale nie do końca…

Pogoda ma się nareszcie poprawić. Auto może jechać z tym defektem. Pakowanie… właśnie wypakowałem fotki z karty, by mieć miejsce na nowe. Choróbsko mnie zbierało, może od klimy w robocie, ale jakoś się zniechęciło. Dana ma drobny problem, ale chyba znalazłem rozwiązanie. To chyba jednak już pojedziemy?

W przychodni poprosiłem, aby dali mi znać o losach dwojga moich pacjentów. Pana Stanisława, którego wysłałem do szpitala z nadzieją, że go jeszcze zobaczę. Ledwo zipiący staruszek, moje słoneczko. Są pacjenci, którzy zawsze zepsują mi humor. On był przeciwieństwem. I o pani Bernadetcie. Wdowa po pierwszym z moich dwu ostatnich nieboszczyków. Już dawno miała iść do szpitala, trawi ją jakaś dziwna choroba, nawet na forum lekarskim niewiele mi poradzili. Nie chciała opuścić chorego męża.

Chcę się zresetować. Po to jest urlop. Odpocząć od bomisiów („bo mi się”) i jatylków („ja tylko”) – tak w żargonie lekarskim nazywa się pewne kategorie pacjentów. Ale cóż, nie mogę zapomnieć o wszystkich pacjentach. Tak, jak o biednej Lence.

Dokąd jedziemy? Przed siebie, kierunek Kazimierz Dolny, Mazury, morze. Albo gdzie się nam zachce.

blog

była sobie mała Lenka…

Nareszcie się nam udało pojechać do Bańskiej Szczawnicy. Jak zwykle, dotarliśmy tam w nocy i usłali sobie nocleg pod gołym niebem. Ranek był słoneczny, ale zanim zjedliśmy śniadanie, zaczęło się chmurzyć. Tak czy owak pierwszym punktem programu były odwiedziny u naszych znajomych.

Dom sprawiał wrażenie opustoszałego. Coś się tutaj zmieniło… Ale nie, pani Anna idzie nam na przeciw. Zdrowo wygląda, zrzuciła sporo zbędnych kilogramów, chodzi bez kul.

Jak se máte? – pyta Dana.

Zle. Zomrela nám Lenka. Pani Anna płacze.

Czy ja dobrze słyszę? Spoglądam na Danę i widzę po jej oczach, że się nie przesłyszałem. Widzimy, jak Ewunia, niosąc swoje ulubione zabawki, najwyraźniej udaje się na poszukiwanie Lenki. Nie widziały się przecież tak długo!

Evka, Evka! (Euka – tak to brzmi po słowacku)… Nie, tym razem nie słyszymy radosnego okrzyku małej Lenki. Wszędzie było jej pełno, przepadały za sobą.

Lenka (z lewej) z Ewą, maj 2016
ostatnie wspólne zdjęcie, maj 2018

Na podwórku wciąż stoi zielony rowerek Lenki i wózek dla lalki.

———————————————————————-

Tatusiu, a można cofnąć czas? – pyta następnego dnia Ewa.

felietony

felieton na 7 czerwca 2019

30 lat minęło

Tatusiu, jak byłeś mały, były komputery? A supermarkety? Też nie? To nie chciałabym żyć w tych czasach – odpowiedziała Ewunia. Ma siedem lat i wszystko starsze wydaje się jej mrocznym średniowieczem. W tym wieku też tak miałem i np. świat bez prądu byłby dla mnie nie do przyjęcia. Człek się jednak starzeje i skala czasu się skraca.

Dziś, kiedy piszę te słowa, mija 30 lat od przełomowych wyborów. Byłem wówczas studentem. Większość kolegów popierała opozycję i trochę się gorszyli, że z tzw. listy krajowej (proponowanej przez rządzących) pozostawiłem jedną osobę ze stu – oni pewnie wykreślili wszystkich. Ale i ja chciałem zasadniczej zmiany; następnego dnia napawałem się druzgocącą porażką PZPR. Miałem wówczas niespełna 30 lat. Te następne uciekły bardzo szybko, kolejne nie muszą być mi dane w całości. Oglądam się wstecz i czuję gorycz. Nie tak miało być.

Ale w roku 1989 rozpierała mnie euforia. Otwarte granice, przynajmniej niektóre – idę za ciosem i wyruszam na rowerze do Wiednia. Po drodze spotyka mnie defekt, który prowadzi mnie do domu dobrych ludzi, Słowaków… a sympatia dla ich podwójnego kraju na zawsze zmienia moje życie. Do Wiednia wciąż jeszcze daleko, więc szybko mijam Bratysławę, najeżoną drutami socjalistyczną granicę, potem tylko skromna budka Austriaków i już jestem w wolnym świecie.

W pierwszym miasteczku wygląda przez okno mała dziewczynka. Uśmiecham się do niej, a ona odpowiada „grüss Gott”. Ale to jedyny uśmiech. Ludzie odwracają wzrok, nie rozmawiają ze sobą tak żywo jak u nas, jakby się czegoś bali. Jak to? Mają przecież pełne sklepy, nie dusi ich drętwy reżim. Dlaczego są tacy smutni, bez życia? Pierwsze wrażenie, bez retuszu. Zostanie na zawsze.

Kiedy po trzech dniach, zafascynowany Wiedniem, wracam do Bratysławy, znów czuję się jak w do… ojej, o mało nie rozwaliłem koła! W Austrii tak nie rzucało przy przejeżdżaniu szyn. Do Cieszyna mam dwa dni jazdy. Z ulgą wracam do swoich.

Lata uciekły. Tamta epoka dla młodych jest prehistorią. Co się zmieniło? Dużo i niedużo. W Cieszynie dokończono wreszcie szpital, mamy drogę ekspresową, ubył nam duży dworzec autobusowy, pociągi do Bielska, fabryki. Bobrówka jest czysta, starówka zadbana, ale i przeładowana reklamami. Za poprzednich 30 lat, od roku 1959, chyba jednak zmiany w infrastrukturze były większe: szkoły, osiedla.

Tak, jak wówczas, przed 30 laty, chciałbym wrócić do kraju życzliwych, otwartych ludzi. Pogodnych mimo trudności życia codziennego. Tylko dokąd?

Dla „Dziennika Zachodniego”, 4 VI 2019