blog

ojcem w pół godziny

Ewa poszła dziś po raz pierwszy do szkoły.

A my – udaliśmy się potem do czeskiego urzędu w miejscu jej urodzenia, Trzyńcu. O dziwo, wszystko poszło jak z płatka. Po niecałych 30 minutach oczekiwania odebraliśmy nowy akt urodzenia Ewy. Jestem w nim zapisany jako jej ojciec.

Jest tu jakaś Ewunia? – pytam w drzwiach. A jak się nazywa? Trochę się dąsała, że sama chciała wybrać sobie nazwisko. Ale nie braliśmy jej ze sobą, to zbyt skomplikowane dla siedmiolatki. Dla niej tata jest po prostu tatą. Od zawsze. Nie od dzisiaj.

A mamo, kiedy ty zmienisz nazwisko? Bo teraz wygląda na to, że nie należysz do naszej paczki.

Ślub to chcieliśmy mieć na stacji kolejki wąskotorowej w Hůrkach. Ale nasz przyjaciel już nie jest szefem tego przedsiębiorstwa.

Reklamy
blog

upływa szybko lato…

… jak życie; w tym wieku człek to już czuje (który koniec jest bliższy).

Doktór całkiem sporo tego zdziałał, zażył:

  • wyjazd na Litwę – na wariackich papierach, tzn. bez
  • kupno nowego samochodu (a nawet dwóch)
  • porządki w mieszkaniu (no, w toku) – iście epokowe wydarzenie
  • przygotowania do pójścia Ewuni do szkoły.

Biedne dziecko… Na razie się cieszy.

Ale teraz doktór musi kontynuować swój udział we wspomnianym wyżej epokowym wydarzeniu.

blog

Od zgonu do urlopu

… czyli tydzień (a nawet dwa) doktora.

Jak poprzedni, tak ostatni tydzień rozpoczynałem od wypisania karty zgonu. Smutne, kiedy tak się zaczyna pracę.

Tydzień uciekł jak z bicza strzelił. Urlop przesunąłem właśnie o tydzień, ale dalej już nie można, bo potem kto inny się będzie urlopować. Ale po co w ogóle było urlop przesuwać? Pierwotnie miał być od 1 lipca, chcieliśmy jednak pojechać na festiwal Na pomezí w Łomnej na Zaolziu – w tym roku miał wystąpić sam Nohavica. A to by nam urlop rozbiło – koncert zaplanowano na 5 lipca. Pojechała Dana, ja miałem dyżur koplaniany.

Jakoś byliśmy niepozbierani , auto wymagało kolejnej naprawy, więc znów przesunięcie wyjazdu. Zresztą ani pogoda nie była najlepsza. I co? Auto nadal nie naprawione, pogoda ciągle nie taka, my niby spakowani, ale nie do końca…

Pogoda ma się nareszcie poprawić. Auto może jechać z tym defektem. Pakowanie… właśnie wypakowałem fotki z karty, by mieć miejsce na nowe. Choróbsko mnie zbierało, może od klimy w robocie, ale jakoś się zniechęciło. Dana ma drobny problem, ale chyba znalazłem rozwiązanie. To chyba jednak już pojedziemy?

W przychodni poprosiłem, aby dali mi znać o losach dwojga moich pacjentów. Pana Stanisława, którego wysłałem do szpitala z nadzieją, że go jeszcze zobaczę. Ledwo zipiący staruszek, moje słoneczko. Są pacjenci, którzy zawsze zepsują mi humor. On był przeciwieństwem. I o pani Bernadetcie. Wdowa po pierwszym z moich dwu ostatnich nieboszczyków. Już dawno miała iść do szpitala, trawi ją jakaś dziwna choroba, nawet na forum lekarskim niewiele mi poradzili. Nie chciała opuścić chorego męża.

Chcę się zresetować. Po to jest urlop. Odpocząć od bomisiów („bo mi się”) i jatylków („ja tylko”) – tak w żargonie lekarskim nazywa się pewne kategorie pacjentów. Ale cóż, nie mogę zapomnieć o wszystkich pacjentach. Tak, jak o biednej Lence.

Dokąd jedziemy? Przed siebie, kierunek Kazimierz Dolny, Mazury, morze. Albo gdzie się nam zachce.

blog

była sobie mała Lenka…

Nareszcie się nam udało pojechać do Bańskiej Szczawnicy. Jak zwykle, dotarliśmy tam w nocy i usłali sobie nocleg pod gołym niebem. Ranek był słoneczny, ale zanim zjedliśmy śniadanie, zaczęło się chmurzyć. Tak czy owak pierwszym punktem programu były odwiedziny u naszych znajomych.

Dom sprawiał wrażenie opustoszałego. Coś się tutaj zmieniło… Ale nie, pani Anna idzie nam na przeciw. Zdrowo wygląda, zrzuciła sporo zbędnych kilogramów, chodzi bez kul.

Jak se máte? – pyta Dana.

Zle. Zomrela nám Lenka. Pani Anna płacze.

Czy ja dobrze słyszę? Spoglądam na Danę i widzę po jej oczach, że się nie przesłyszałem. Widzimy, jak Ewunia, niosąc swoje ulubione zabawki, najwyraźniej udaje się na poszukiwanie Lenki. Nie widziały się przecież tak długo!

Evka, Evka! (Euka – tak to brzmi po słowacku)… Nie, tym razem nie słyszymy radosnego okrzyku małej Lenki. Wszędzie było jej pełno, przepadały za sobą.

Lenka (z lewej) z Ewą, maj 2016
ostatnie wspólne zdjęcie, maj 2018

Na podwórku wciąż stoi zielony rowerek Lenki i wózek dla lalki.

———————————————————————-

Tatusiu, a można cofnąć czas? – pyta następnego dnia Ewa.

felietony

felieton na 7 czerwca 2019

30 lat minęło

Tatusiu, jak byłeś mały, były komputery? A supermarkety? Też nie? To nie chciałabym żyć w tych czasach – odpowiedziała Ewunia. Ma siedem lat i wszystko starsze wydaje się jej mrocznym średniowieczem. W tym wieku też tak miałem i np. świat bez prądu byłby dla mnie nie do przyjęcia. Człek się jednak starzeje i skala czasu się skraca.

Dziś, kiedy piszę te słowa, mija 30 lat od przełomowych wyborów. Byłem wówczas studentem. Większość kolegów popierała opozycję i trochę się gorszyli, że z tzw. listy krajowej (proponowanej przez rządzących) pozostawiłem jedną osobę ze stu – oni pewnie wykreślili wszystkich. Ale i ja chciałem zasadniczej zmiany; następnego dnia napawałem się druzgocącą porażką PZPR. Miałem wówczas niespełna 30 lat. Te następne uciekły bardzo szybko, kolejne nie muszą być mi dane w całości. Oglądam się wstecz i czuję gorycz. Nie tak miało być.

Ale w roku 1989 rozpierała mnie euforia. Otwarte granice, przynajmniej niektóre – idę za ciosem i wyruszam na rowerze do Wiednia. Po drodze spotyka mnie defekt, który prowadzi mnie do domu dobrych ludzi, Słowaków… a sympatia dla ich podwójnego kraju na zawsze zmienia moje życie. Do Wiednia wciąż jeszcze daleko, więc szybko mijam Bratysławę, najeżoną drutami socjalistyczną granicę, potem tylko skromna budka Austriaków i już jestem w wolnym świecie.

W pierwszym miasteczku wygląda przez okno mała dziewczynka. Uśmiecham się do niej, a ona odpowiada „grüss Gott”. Ale to jedyny uśmiech. Ludzie odwracają wzrok, nie rozmawiają ze sobą tak żywo jak u nas, jakby się czegoś bali. Jak to? Mają przecież pełne sklepy, nie dusi ich drętwy reżim. Dlaczego są tacy smutni, bez życia? Pierwsze wrażenie, bez retuszu. Zostanie na zawsze.

Kiedy po trzech dniach, zafascynowany Wiedniem, wracam do Bratysławy, znów czuję się jak w do… ojej, o mało nie rozwaliłem koła! W Austrii tak nie rzucało przy przejeżdżaniu szyn. Do Cieszyna mam dwa dni jazdy. Z ulgą wracam do swoich.

Lata uciekły. Tamta epoka dla młodych jest prehistorią. Co się zmieniło? Dużo i niedużo. W Cieszynie dokończono wreszcie szpital, mamy drogę ekspresową, ubył nam duży dworzec autobusowy, pociągi do Bielska, fabryki. Bobrówka jest czysta, starówka zadbana, ale i przeładowana reklamami. Za poprzednich 30 lat, od roku 1959, chyba jednak zmiany w infrastrukturze były większe: szkoły, osiedla.

Tak, jak wówczas, przed 30 laty, chciałbym wrócić do kraju życzliwych, otwartych ludzi. Pogodnych mimo trudności życia codziennego. Tylko dokąd?

Dla „Dziennika Zachodniego”, 4 VI 2019

blog

pogrzeb wróbelka i spawarka

… czyli streszczenie mijającego dnia.

Plany na weekend były bardzo kuszące, ale spaliły na panewce. Byliśmy bardzo zmęczeni w piątkowy wieczór, a samochód wrócił z naprawy bardzo późno, kiedy już sądziliśmy, że nie będzie gotowy przed sobotą. Już minęła połowa maja, a jeszcze nie byliśmy w Bańskiej Szczawnicy!

Ewa przed południem poszła na plac zabaw, wróciła smutna: przed domem znalazła martwego ptaszka. Postanowiła urządzić mu pogrzeb. Jak pamiętam, w jej wieku robiłem to samo…

Pojechaliśmy na zakupy, głównie po roletę na okno w kuchni, bo rano słońce nieznośnie razi w oczy. Potem wyskoczyliśmy nad Jezioro Goczałkowickie, gdzie dopadł nas deszcz. Na dobre lunęło, jak już byliśmy w aucie. Kiedy wysiadaliśmy, już nie padało i pochowaliśmy biednego wróbelka przy pomocy pokładowej saperki, która już kilka razy wybawiła nas z różnych opresji.

Wieczorem przypomniałem sobie o spawarce, którą kilka dni temu widziałem w jednym jedynym Lidlu, za to w dwu wersjach. Zanim się zdecydowałem, zostały tylko te większe. No to jazda! Już widzę, są. Do wózka dorzucam parę sztuk niezdrowej żywności: taki nabytek do warsztatu trzeba przecież uczcić!

Co w niedzielę? Pogoda nadal niepewna, jakiś wyjazd? A może pchli targ?

felietony

felieton na 17 maja 2019

Deszczowa karuzela

Dalej pada? Zamiast wyjrzeć za okno, spoglądam na ekran komputera: od Austrii przez Bramę Morawską suną deszczowe chmury, kręcąc swoisty młynek. I tak od paru dni, ciągle siąpi, do tego zimno. Nie tracę nadziei, że na weekend nareszcie się rozpogodzi i pojedziemy w ulubione strony. Jak na razie, końca pluchy nie widać, a prognozy lubią się w ostatniej chwili zmieniać. Te polityczne również, bo tuż przed wyborami zrobiło się wyjątkowo burzowo.

Skupmy się na pogodzie. Choć akurat kurczę się z zimna, nie śmieję się z globalnego ocieplenia. Jeśli dokładnie się wczytać w prace na jego temat, okaże się, że częste anomalie pogodowe, nawet w postaci raptownego ochłodzenia, wpisują się w obraz tych zmian. Ale czy spowodował je człowiek? Nie przesądzam. Od dziecka byłem uczony oszczędności i szacunku dla przyrody, choć wówczas nie zapowiadano jeszcze zmian klimatu. Tak czy owak, oszczędzam energię, choćby przy robieniu herbaty. Najwygodniejszy jest czajnik elektryczny. Pierwszy kupiłem, kiedy jeszcze nie były ani tak tanie, ani tak powszechne. Co więcej, wyprodukowano go w Europie, a w Cieszynie nie było ani supermarketu, ani nawet dyskontu. Słowem: prehistoria, choć granice były już otwarte. Duński bodaj czajnik z Czeskiego Cieszyna służył ładnych parę lat, aż w końcu przepaliła się grzałka. Długo trwało, zanim zdobyłem inny, w którym można zagotować wody na jedną jedyną herbatę. Prawie wszystkie wymagają gotowania co najmniej pół litra. Herbatka we dwoje? Nie zawsze jest okazja, więc reszta wrzątku na darmo stygnie, aż lodowce w Alpach topnieją. Unia ograniczyła moc odkurzaczy, zakazała żarówek, a tu takie marnotrawstwo prądu. Ale to rynek sam powinien wymusić produkcję małych czajników, widocznie ludzie ich nie chcą, choć litr powinien z nawiązką wystarczyć

Kiedy piszę te słowa (marząc o kolejnej herbacie), zaczynają obowiązywać niższe, unijne ceny rozmów do innych krajów. Były niezdrowo wysokie, zwłaszcza po zniesieniu opłat roamingowych: aby taniej dzwonić do Europy, warto było wchodzić w roaming, niegdyś tak drogi. W Cieszynie zwykle się to udawało. Teraz można prościej, choć nadal mamy taniej, logując się do czeskiej sieci. Niemniej mówię: dziękuję, Unio. A deszczu – stop.

Dla „Dziennika Zachodniego”

blog

doktór ledwo żywy

Wczoraj wieczorem okropny ból brzucha. Jęczałem, nie mogłem sobie znaleźć miejsca, czy raczej pozycji, w której mniej boli. Zastanawiałem się nawet nad wezwaniem pogotowia. Potem w końcu udało się zasnąć. Dana trzymała mnie za rękę.

Rano od godziny 7 dyżur kopalniany. Uwaliłem się w dyżurce do pierzyn. Pielęgniarka kilka razy zaglądała, zaniepokojona co ze mną jest. Ciśnienie niskie, szybkie tętno, sucho w ustach, ale przecież nie było masywnej biegunki, a stolec jest jasny. To którędy się doktór tak odwodnił? Na szczęście nie było żadnych interwencji medycznych u podopiecznych.

Od godz. 13 przychodnia. Jakoś to idzie. Ale potem przychodzi prośba o wizytę domową. Latają lekkie qrwy. Kobieta nie bierze mi tego za złe, obiecuje, ze spróbuje teścia przywieźć. I na szczęście się udaje. Starszy pan jest wesoły, żartuje, choć daleko mu do pełnego zdrowia.

Ostatnia godzina w przychodni, pacjenci już nie przyjdą, bo zamknięte. Czekam na ewentualne wezwanie z kopalni. Za chwilę koniec i do domu. Nadal jestem bardzo osłabiony. Podobno to po mnie widać.

W domu na całe szczęście udało się wyłączyć Internet Explorera, bo po ostatniej aktualizacji Windows uparcie otwierał wszystkie odsyłacze, a Opera nie dawała się nastawić jako domyślna.

… wezwanie na kopalnię, górnik ma poważną ranę. Dyżur niby już skończyłem, ale co tam.

P.S. Rana brzydka, ale „do wesela się zagoi”. Pacjent do szpitala, doktór do chałupy. Naerszcie!

felietony

felieton na 10 maja 2019

Inne Bielsko, inny Cieszyn

Długi majowy weekend. Już od zimy wszyscy ostrzyli sobie nań zęby. Niestety, spóźniłem się: do wzięcia był tylko 2. maja. Czas, czy raczej pogoda pokazały, że nie był to zły wybór. Słońce dopisało właśnie wtedy.

Trochę z konieczności wybraliśmy się do Czech. Tych prawdziwych, to jednak parę godzin jazdy z Cieszyna. Konieczność polegała na wzięciu z pewnego strychu pozostawionych tam przed laty rzeczy. Wyruszyliśmy na tyle późno, że nie udało się dotrzeć na miejsce o przyzwoitej porze. Postanowiliśmy rozbić biwak w miarę blisko celu. Patrzę na mapę i widzę, że nie jest daleko do Jiczyna. Tego w Czechach, na Morawach mamy Nowy Jiczyn. W pobliżu tego czeskiego mieszkał sympatyczny rozbójnik Rumcajs. Niestety, nic nie jest wieczne i moja córa żyje już zupełnie innymi bajkami, niż kiedyś jej tata. Nawet bielskie urwisy, Bolek z Lolkiem nie robią na niej wrażenia.

Okolice Jiczyna są bramą do malowniczego Czeskiego Raju. Dla cieszyniaka jest tam jeszcze coś specjalnego: Těšín, czyli Cieszyn. W samych Czechach, choć nie ma tego w nazwie. Urocza wioska u stóp prehistorycznego grodziska, należąca do pobliskiego miasteczka Železnice. I choć ma ono stację kolejową, sama nazwa nie pochodzi od kolei (która po czesku tak się właśnie nazywa).

Po krótkim popasie w miasteczku Hořice (znanym ze słynnych rurek waflowych), już po ciemku wyruszymy w stronę nowego Cieszyna. O, Bílsko – czyli Bielsko – moja połowica czyta nazwę mijanej miejscowości. Tylko Skoczowa chyba zabrakło, bo oto stajemy w uśpionym już Cieszynie. Idę na zwiady pod grodzisko. Cóż tu wyrosło? Chyba wodociągi. Czar miejsca, gdzie przed laty biwakowałem z rowerem, prysnął. Rozbijamy namiot pod lipą na sporym nawsiu. To taki plac (náves) w centrum wsi, odpowiednik rynku (náměstí) w mieście. Rankiem miejscowi przyglądają się nam z lekkim zdziwieniem.

Wszędzie dokoła kwitnie rzepak, na który moja połowica jest chyba uczulona. Zmywamy się jak niepyszni do miasteczka. Środek rynku jest trawiasty i nie brakuje miejsc do parkowania w cieniu drzew. Czeskie miasteczka, leżące na uboczu, są bardziej zadbane od polskich, ale mają słabszą sieć handlową – zauważa moja pani. Po zakupach w jedynym sklepiku idziemy na spacer sennymi uliczkami. Jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 7/8 V 2019