blog

pogrzeb wróbelka i spawarka

… czyli streszczenie mijającego dnia.

Plany na weekend były bardzo kuszące, ale spaliły na panewce. Byliśmy bardzo zmęczeni w piątkowy wieczór, a samochód wrócił z naprawy bardzo późno, kiedy już sądziliśmy, że nie będzie gotowy przed sobotą. Już minęła połowa maja, a jeszcze nie byliśmy w Bańskiej Szczawnicy!

Ewa przed południem poszła na plac zabaw, wróciła smutna: przed domem znalazła martwego ptaszka. Postanowiła urządzić mu pogrzeb. Jak pamiętam, w jej wieku robiłem to samo…

Pojechaliśmy na zakupy, głównie po roletę na okno w kuchni, bo rano słońce nieznośnie razi w oczy. Potem wyskoczyliśmy nad Jezioro Goczałkowickie, gdzie dopadł nas deszcz. Na dobre lunęło, jak już byliśmy w aucie. Kiedy wysiadaliśmy, już nie padało i pochowaliśmy biednego wróbelka przy pomocy pokładowej saperki, która już kilka razy wybawiła nas z różnych opresji.

Wieczorem przypomniałem sobie o spawarce, którą kilka dni temu widziałem w jednym jedynym Lidlu, za to w dwu wersjach. Zanim się zdecydowałem, zostały tylko te większe. No to jazda! Już widzę, są. Do wózka dorzucam parę sztuk niezdrowej żywności: taki nabytek do warsztatu trzeba przecież uczcić!

Co w niedzielę? Pogoda nadal niepewna, jakiś wyjazd? A może pchli targ?

Reklamy
felietony

felieton na 17 maja 2019

Deszczowa karuzela

Dalej pada? Zamiast wyjrzeć za okno, spoglądam na ekran komputera: od Austrii przez Bramę Morawską suną deszczowe chmury, kręcąc swoisty młynek. I tak od paru dni, ciągle siąpi, do tego zimno. Nie tracę nadziei, że na weekend nareszcie się rozpogodzi i pojedziemy w ulubione strony. Jak na razie, końca pluchy nie widać, a prognozy lubią się w ostatniej chwili zmieniać. Te polityczne również, bo tuż przed wyborami zrobiło się wyjątkowo burzowo.

Skupmy się na pogodzie. Choć akurat kurczę się z zimna, nie śmieję się z globalnego ocieplenia. Jeśli dokładnie się wczytać w prace na jego temat, okaże się, że częste anomalie pogodowe, nawet w postaci raptownego ochłodzenia, wpisują się w obraz tych zmian. Ale czy spowodował je człowiek? Nie przesądzam. Od dziecka byłem uczony oszczędności i szacunku dla przyrody, choć wówczas nie zapowiadano jeszcze zmian klimatu. Tak czy owak, oszczędzam energię, choćby przy robieniu herbaty. Najwygodniejszy jest czajnik elektryczny. Pierwszy kupiłem, kiedy jeszcze nie były ani tak tanie, ani tak powszechne. Co więcej, wyprodukowano go w Europie, a w Cieszynie nie było ani supermarketu, ani nawet dyskontu. Słowem: prehistoria, choć granice były już otwarte. Duński bodaj czajnik z Czeskiego Cieszyna służył ładnych parę lat, aż w końcu przepaliła się grzałka. Długo trwało, zanim zdobyłem inny, w którym można zagotować wody na jedną jedyną herbatę. Prawie wszystkie wymagają gotowania co najmniej pół litra. Herbatka we dwoje? Nie zawsze jest okazja, więc reszta wrzątku na darmo stygnie, aż lodowce w Alpach topnieją. Unia ograniczyła moc odkurzaczy, zakazała żarówek, a tu takie marnotrawstwo prądu. Ale to rynek sam powinien wymusić produkcję małych czajników, widocznie ludzie ich nie chcą, choć litr powinien z nawiązką wystarczyć

Kiedy piszę te słowa (marząc o kolejnej herbacie), zaczynają obowiązywać niższe, unijne ceny rozmów do innych krajów. Były niezdrowo wysokie, zwłaszcza po zniesieniu opłat roamingowych: aby taniej dzwonić do Europy, warto było wchodzić w roaming, niegdyś tak drogi. W Cieszynie zwykle się to udawało. Teraz można prościej, choć nadal mamy taniej, logując się do czeskiej sieci. Niemniej mówię: dziękuję, Unio. A deszczu – stop.

Dla „Dziennika Zachodniego”

blog

doktór ledwo żywy

Wczoraj wieczorem okropny ból brzucha. Jęczałem, nie mogłem sobie znaleźć miejsca, czy raczej pozycji, w której mniej boli. Zastanawiałem się nawet nad wezwaniem pogotowia. Potem w końcu udało się zasnąć. Dana trzymała mnie za rękę.

Rano od godziny 7 dyżur kopalniany. Uwaliłem się w dyżurce do pierzyn. Pielęgniarka kilka razy zaglądała, zaniepokojona co ze mną jest. Ciśnienie niskie, szybkie tętno, sucho w ustach, ale przecież nie było masywnej biegunki, a stolec jest jasny. To którędy się doktór tak odwodnił? Na szczęście nie było żadnych interwencji medycznych u podopiecznych.

Od godz. 13 przychodnia. Jakoś to idzie. Ale potem przychodzi prośba o wizytę domową. Latają lekkie qrwy. Kobieta nie bierze mi tego za złe, obiecuje, ze spróbuje teścia przywieźć. I na szczęście się udaje. Starszy pan jest wesoły, żartuje, choć daleko mu do pełnego zdrowia.

Ostatnia godzina w przychodni, pacjenci już nie przyjdą, bo zamknięte. Czekam na ewentualne wezwanie z kopalni. Za chwilę koniec i do domu. Nadal jestem bardzo osłabiony. Podobno to po mnie widać.

W domu na całe szczęście udało się wyłączyć Internet Explorera, bo po ostatniej aktualizacji Windows uparcie otwierał wszystkie odsyłacze, a Opera nie dawała się nastawić jako domyślna.

… wezwanie na kopalnię, górnik ma poważną ranę. Dyżur niby już skończyłem, ale co tam.

P.S. Rana brzydka, ale „do wesela się zagoi”. Pacjent do szpitala, doktór do chałupy. Naerszcie!

felietony

felieton na 10 maja 2019

Inne Bielsko, inny Cieszyn

Długi majowy weekend. Już od zimy wszyscy ostrzyli sobie nań zęby. Niestety, spóźniłem się: do wzięcia był tylko 2. maja. Czas, czy raczej pogoda pokazały, że nie był to zły wybór. Słońce dopisało właśnie wtedy.

Trochę z konieczności wybraliśmy się do Czech. Tych prawdziwych, to jednak parę godzin jazdy z Cieszyna. Konieczność polegała na wzięciu z pewnego strychu pozostawionych tam przed laty rzeczy. Wyruszyliśmy na tyle późno, że nie udało się dotrzeć na miejsce o przyzwoitej porze. Postanowiliśmy rozbić biwak w miarę blisko celu. Patrzę na mapę i widzę, że nie jest daleko do Jiczyna. Tego w Czechach, na Morawach mamy Nowy Jiczyn. W pobliżu tego czeskiego mieszkał sympatyczny rozbójnik Rumcajs. Niestety, nic nie jest wieczne i moja córa żyje już zupełnie innymi bajkami, niż kiedyś jej tata. Nawet bielskie urwisy, Bolek z Lolkiem nie robią na niej wrażenia.

Okolice Jiczyna są bramą do malowniczego Czeskiego Raju. Dla cieszyniaka jest tam jeszcze coś specjalnego: Těšín, czyli Cieszyn. W samych Czechach, choć nie ma tego w nazwie. Urocza wioska u stóp prehistorycznego grodziska, należąca do pobliskiego miasteczka Železnice. I choć ma ono stację kolejową, sama nazwa nie pochodzi od kolei (która po czesku tak się właśnie nazywa).

Po krótkim popasie w miasteczku Hořice (znanym ze słynnych rurek waflowych), już po ciemku wyruszymy w stronę nowego Cieszyna. O, Bílsko – czyli Bielsko – moja połowica czyta nazwę mijanej miejscowości. Tylko Skoczowa chyba zabrakło, bo oto stajemy w uśpionym już Cieszynie. Idę na zwiady pod grodzisko. Cóż tu wyrosło? Chyba wodociągi. Czar miejsca, gdzie przed laty biwakowałem z rowerem, prysnął. Rozbijamy namiot pod lipą na sporym nawsiu. To taki plac (náves) w centrum wsi, odpowiednik rynku (náměstí) w mieście. Rankiem miejscowi przyglądają się nam z lekkim zdziwieniem.

Wszędzie dokoła kwitnie rzepak, na który moja połowica jest chyba uczulona. Zmywamy się jak niepyszni do miasteczka. Środek rynku jest trawiasty i nie brakuje miejsc do parkowania w cieniu drzew. Czeskie miasteczka, leżące na uboczu, są bardziej zadbane od polskich, ale mają słabszą sieć handlową – zauważa moja pani. Po zakupach w jedynym sklepiku idziemy na spacer sennymi uliczkami. Jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 7/8 V 2019

blog

wychodzenie na prostą?

Który to już raz??

Paradoksalnie, kolejne niepowodzenia na polu komputerowym tylko mnie utwierdziły w przekonaniu, że po każdym upadku po prostu trzeba wstać i próbować iść dalej. Trawestując frywolny szkolny wierszyk: trzy dyski padły, gacie opadły i ukazała się… Bańska Szczawnica. No, moja śliczna fotka na pulpicie.

Widok znad Bańskiej Szczawnicy (Słowacja), w dali górująca nad miastem Kalwaria.

Czytając ściągany w popłochu blog, w locie widziałem swoje życie, jak człowiek spadający w przepaść – i uświadomiłem sobie wiele rzeczy, głównie dotyczących relacji z Daną.

Dziś znów płakała w kuchni. Zostawiłem dysk, niech się skanuje, próbowałem z nią nawiązać rozmowę. Początkowo broniła się. Bo ty mnie nigdy nie kochałeś. No pewnie, tak najłatwiej: wszyscy są przeciwko mnie. Przynajmniej nie zaboli rozczarowanie. Kochałem i kocham, ale czasem jest to trudne.

Kątem oka jakiś czas przedtem widziałem, że fejsuje (wciąż na XP…). Spotkała cię jakaś przykrość na webie? No tak, jej tajne konto (założone z konieczności z powodu kursu kosmetycznego, na który uczęszcza) zostało namierzone przez dawnych znajomych. Jak oni się zestarzeli…

Mechanik nie zadzwonił. Kombi ma jechać do poprawki po wizycie na stacji diagnostycznej. Cienki cienko jeździ i formalnie ma zatrzymany dowód rejestracyjny. Po raz pierwszy od wielu lat (a może od zawsze – czyli od roku 1991) nie byłem na spotkaniu klubowym w okolicach Zlína. Historický radioklub československý – kiedyś jeździłem na wszystkie jego akcje, wracając z nich koleją ze zdobytymi trofeami. Ostatnio już tylko raz w roku i głównie, by spotkać starych znajomych. W gabinecie lekarskim mam kilka zabytkowych radioodbiorników. Pacjenci nieraz pytają, czy je zbieram, czy są na chodzie.

Kiedyś miałem na to czas.

Wrócić, wrócić na powierzchnię życia. Do zbiorów, do wypraw rowerowych.

Kurwa, depka to jest świństwo. A jak się dwoje takich zejdzie… Czasem jest ciężko, ale przecież nie opuszcza się bliskich w ich chorobie.

Blog… spowiedź, wiwisekcja, surfowanie bez antywiru. Ktoś może napluć w samo serce. Ale jest on dla mnie łącznikiem z moim starym życiem, którego nie potrafię zapomnieć. Tera to, panie, jutubują, fejsują, vlogują i wuj wi, co jeszcze. Taka to Sodoma z Gomorią.

… a pan Sodomka miał fabrykę karoserii w Wysokim Mycie. Po upaństwowieniu robili tam m.in. kultowy autobus Škoda RTO, zwany Erťákiem… produkowany też w Polsce – kultowy Jelcz…

Komentują, śledzą notki. Tak ma być. Ten blog miał być incognito, co po latach nie jest ściśle zachowane, ale trudno. Żal mi, że przez niepisanie i teraz jeszcze likwidację starego blogowiska na zawsze tracę kontakt z wieloma czytelnikami i komentatorami. Ale tak przecież bywa i poza Siecią. Z iloma to ludźmi (zwłaszcza w młodości) wymienialiśmy adresy, obiecując sobie pozostanie w kontakcie i jak się to zwykle kończyło…

blog

rady dla ojca córeczki

znalezione w sieci:

Každý rodič chce to najlepšie pre svoje dieťa.

 

Patrí medzi nich aj Michael Mitchell, ktorý sa riadi mottom, že v živote nie je dôležitý počet rokov, ktoré prežijete, ale kvalita vášho života.

Tento starostlivý tatino živí svoj blog „Life to Her Years” svojimi poznatkami a odporúčaniami pre mužov, ktorí chcú byť tými najlepšími otcami svojich dcér. Tu je 10 z nich:

 

1. Milujte matku svojej dcéry. Keď vyrastie, zamiluje sa a zoberie si muža, ktorý sa k nej bude správať tak ako vy k jej matke.

 

2. Život plynie veľmi rýchlo. Vychutnajte si preto každú spoločnú chvíľu. 

 

3. Opakujte jej, že je krásna. Raz sa ju magazíny a sociálne siete budú snažiť presvedčiť o opaku.

 

4. Nikdy nezmeškajte jej narodeniny. O desať rokov neskôr si nebude pamätať, čo ste jej dali, ale či ste tam boli s ňou.

 

5. Naučte sa dôverovať jej. Dajte jej počas dospievania väčšiu slobodu.Napokon splní očakávania, ktoré ste v nej mali.

 

6. Je dôležité, aby vedela, že sa kedykoľvek môže vrátiť domov, nech sa deje čokoľvek.

 

7. Iba niekoľko málo vecí uteší plačúce malé dievčatko tak ako dotyk ruky jej otca. Nezabúdajte na to.

 

8. Nechajte ju váľať sa v tráve. Je to dobré pre jej dušu a pre tú vašu tiež.

 

9. Tancujte s ňou. Začnite už s malým dievčatkom, nečakajte na svadobný deň.

 

10. Buďte pri nej vždy, keď vás potrebuje, buďte prítomný v jej živote. Keď dospeje, nečakajte len na príležitosť stretnúť sa, buďte spolu, kedy môžete.