po wczorajszym dyżurze jestem. Nie, noc była spokojna, ale musiałem wcześnie wstać, by zdążyć na autobus… no, w sumie i tak mi uciekł.
Ale niewyspanie pozostało, bo nie było jak ani kiedy się położyć. Po obiedzie u mamy pojechałem do taty, w autobusie niemal obudziłem się z krzykiem: w półśnie nagle zobaczyłem szybko przesuwający się obraz szosy (siedziałem z przodu) – i przez moment miałem wrażenie, że przyspałem za kierownicą.
Tata dobrze zniósł połowę weekendu beze mnie, więc chyba bez obaw mogę się za tydzień urwać na dłużej.
Ale teraz – do łóżka.