Obraz taty, jaki zobaczyłem w niedzielę rano, był przerażający. Sonda żołądkowa, w niej skrzepy krwi, bulgocący szybki oddech. W końcu dodzwoniłem się i do mamy. Tatuś umiera…
Właśnie szła wizyta, przenieśli go z powrotem na jedynkę i zamonitorowali.
Kiedy stan taty nieco się poprawił, wyskoczyłem do domu na śniadanie, wróciłem z Daną. Dana źle się poczuła, udałem się do pokoju lekarskiego, by pożyczyć ciśnieniomierz. W cztery oczy z lekarką rozmawiało się całkiem miło. Potem, po południu, kiedy byłem przy ojcu sam, przyszła do mnie na chwilę, spytała jaką mam specjalność. Mówiliśmy naturalnie i o tacie. Zrobili mu znowu tomografię głowy, wyszło ognisko udarowe. Niedokrwienne czy krwotoczne? – spytałem. Pani doktor poszła po historię choroby. No tak… Leczenie obu postaci udaru jest, jak się łatwo domyślić, diametralnie inne. Zresztą powiedziała otwarcie, że konsultujący neurolog nie wprowadził żadnego leczenia przeciwudarowego.
Tata jeszcze wczoraj reagował cichym mruczeniem na moje słowa. Dziś jego oddech był spokojniejszy, ale nie zauważyłem żadnej reakcji na przejawy mojej obecności.
Tatusiu, czy to już koniec?