Cyfrowe zmagania
Kilka tygodni temu zabłądziliśmy w górach. Góra była niewysoka, do tego z widokiem na pobliską miejscowość, aż wstyd się przyznać. Zapadał zmrok, kiedy zdecydowaliśmy się pójść drogą, która zdawała się prowadzić we właściwym kierunku. Było coraz ciemniej, a droga przestała się odróżniać od otaczającego ją lasu. Wydawało mi się, że znam topografię terenu, ale i tak zabrałem mapę. Elektroniczną, w tablecie. A ten – odmówił posłuszeństwa. Znaleźliśmy się na stromym stoku, porośniętym gęstymi krzakami i przeoranym niespodziewanymi jarami. W pewnym momencie zauważyłem, że ponownie jesteśmy w miejscu, w którym już byliśmy. Czytałem o tym w opowieściach podróżników, że idąc przed siebie, można niechcący zatoczyć koło. Ale to było na pustyni i trwało dłużej. Szkoda, że nie mam kompasu – pomyślałem. Wtedy wyłoniły się światła domów w dolinie. Chodźmy w dół – zawyrokowała Ewunia. Nie było to łatwe, moja połowica zaliczyła bolesny upadek, ale dość szybko znaleźliśmy się na wyraźnej drodze, która bezpiecznie wyprowadziła nas z lasu. Po powrocie do domu zaraz włączyłem mapę, którą zazdrośnie skrywał tablet: ta droga na niej była (i widziałbym, jak jest blisko). Na papierowej mapie – nie. Która lepsza? Cyfrowe nowinki są znakomite. Dopóki działają. W odróżnieniu od tradycyjnych rozwiązań mają tendencję do nagłych awarii. Najgorzej, jeśli na fali fascynacji łatwością utraciliśmy zdolność radzenia sobie bez nich.
Popołudnie w przychodni. Ostatni zapisany pacjent na razie nie dotarł. Piszę recepty. Ręcznie, bo to nowa praca i jeszcze „na piechotę”. Dlatego stos zamówień dużo wolniej topnieje. Od ponad roku pracuję w mojej głównej przychodni na komputerze i widzę różnicę. 28 czy 30 tabletek? Co ten pacjent brał poprzednio? Tracę cenne minuty, wertując odręczne zapiski. Z kolei w skomputeryzowanym gabinecie mam gorszy kontakt wzrokowy z chorym. A, zgłasza się pacjent. Musi chwilę zaczekać, bo rejestratorka ma problem z wysłaniem zwolnienia. Tylko ona ma komputer. Oprogramowanie dalekie jest od doskonałości, co jest bolączką tylko pewnych resortów. Strony banków, operatorzy komórkowi – rzadko nawalają. Niekończące się problemy informatyczne są typowe dla branż, dla których systemy zamawia państwo.
Wracam do recept. Ale czas minął i trzeba opuścić gabinet. Szef podobno już zamówił komputery. Czekam z utęsknieniem, bo znakomicie ułatwiają rutynowe czynności. Zwolnienia elektroniczne są mimo wszystko wygodne. A recepty? Zobaczymy.
Dla „Dziennika Zachodniego”, 5/6 listopada 2019