Zielone! No to szybko, zanim zgaśnie.
… skąd się nagle wzięło przede mną to auto? Bam! Staję, wysiadam, patrzę. Cholera! Reflektor i błotnik. Tylko czemu akurat ten z oryginalnym lakierem?
Kierowca kombi, które zajechało mi drogę, nie czuje się winny. Wzywa policję. Wcześniej przybywa jakiś chłopiec, myślałem, że jego syn. Nie, to anioł. Czule pyta, co się stało i obiecuje wszelką pomoc, autem zastępczym poczynając.
Policja jest grzeczna. Każą dmuchać, pytają, jak to było. Na wszelki wypadek pytam, kto winien. Uff! Ale i tak ssyny zabierają dowód rejestracyjny i chyba czytają w moich myślach, bo nie odjeżdżają, póki Biały nie zostaje wciągnięty na lawetę. No, to gotowe. Podchodzi do mnie kierowca kombi i przeprasza. Ja go też. Ma obitego Passata, prawie nowego w porównaniu z moim pojazdem (może nawet nie ma 10 lat…).
Podjeżdżamy pod blok, zaczyna się wyjmowanie skarbów z Białego.
Moje nowe, ukochane autko! Nie zdążyłem się pochwalić, a już rozbite. Z polskim, chrześcijańskim gaźnikiem i termometrem na desce rozdzielczej. Nie to, co Niebieski – Cinquecento Yuong: dziwaczny gaźnik japoński, którego „lepiej nie ruszać”, lampka, co świeci jak się silnik przegrzeje (ile fabryka zaoszczędziła na wyeliminowaniu wskaźnika temperatury??). No i to najważniejsze – LPG! Jechaliśmy po niego do Sosnowca, więc tam będę musiał odebrać dowód rejestracyjny. Dobrze, że nie do Łodzi – tam też był jeden cienias z gazem (i to 900!), ale sprzedany został na pniu.
Papiery z sobotniego „zdrzenia drogowego” mam odebrać w poniedziałek. Jadę Niebieskim, bez badań, wydechu i ręcznego, każda opona inna. A oni, że takie rzeczy tylko w czwartki. W końcu sekretarka obiecuje mi, że jutro. No, ma się ten powalający imidż amanta filmowego, kobity się nie oprą.
We wtorek akurat mamy spotkanie z psycholożką n/t Ewika, więc zmieniłem sobie szychtę na popołudniową. Papier mam (ksero notatki, sporządzonej w radiowozie…), pakuję Danę no Niebieskiego i jedziemy do siedziby aniołów. Klepią, szlifują; nas prowadzą do biura. Obiecanej Pandy akurat nie ma, więc dostajemy Grande Punto, szybko zyskuje przydomek Punťa (imię dla kundelka). Dosiada go Dana, bo w Niebieskim mokro w d**ę po lutowym bokowaniu.
Odstawiamy Niebieskiego pod blokiem, jedziemy Punťą. Psycholożka ma same mądre rady, choć dziecię nie ma numeru PESEL. Dana prosi, bym kundlem powoził ja. Dziwne auto, jakieś takie skośne, stale wydaje się, że są otwarte drzwi pasażera. Pośrodku deski jakiś displej, a na nim pisze 6,2 l/100 km. To pokazuje aktualne zużycie paliwa? Ale gdzie są kilometry? I jak się zamyka tylne drzwi?
Konsola środkowa ugniata mnie w kolano. Złoty Duży Fiat. I jak lekko mu chodziło sprzęgło…
Paliwa ubywa. Ale… czy to na pewno Diesel? Na ruskiej stacji benzynowej patrzą pod maskę i też nie wiedzą. Trekoce jak Diesel, ale na korku wlewu „unleaded”. Dopiero niezawodny wujcio Google mówi, że w polu P3 dowodu D to Diesel (a P – benzyna).
…
Jest trzecia nad ranem. Niebieski w siąpiącym deszczu jedzie ekspresówką. Nie za szybko, bo na dodatek chłodnica mu cieknie i silnikowi grozi przegrzanie. Ogrzewanie działa, więc coś tam jeszcze w rurkach krąży, na szczęście.
Allahu Akbar – myślę sobie. No dobrze, wierzą sobie w boga, to jest dla nich wielki. Ale po co chcą zniszczyć naszą cywilizację?
Teraz uwaga, zjazd na normalną szosę, tu czasem stoją. Już raz były punkty i stówa.
Parkuję i do łóżka, tej nocy solo, bo to moja druga hacjenda, a rano nie trzeba wstawać.