blog

zadyszka

Ech, wreszcie złapać oddech, przestać gonić to, co ucieka, zacząć żyć na bieżąco, zażyć trochę spokoju…

Dziś środa, to w przychodni spokój (i można np. pisać blog).

Zanim oznajmiłem tryumfalny powrót Białego na szosy, właśnie on dostał strasznej zadyszki. Podejrzewałem coś z zapłonem, bo miewał trudności z odpaleniem w wilgotne dni – no i na całego zesłabł po naprawie wycieraczek, podczas której padał deszcz (a maska była podniesiona). Niestety, wymieniłem co się dało, niepotrzebnie kupiłem nową cewkę zapłonową – i nic. Jeszcze raz na to popatrzę, jak nic nie wskóram – pojadę do mechanika. Problemem może być górka przy wyjeździe z miasta. W razie czego pociągnie mnie Dana naszym kombi, którym znów jeżdżę do pracy.

A w przychodni – głównie papiery. Niedawno wypisywałem zgon pacjentowi, u którego podejrzewałem zaawansowanego raka jelita. Dał się w końcu namówić na szpital, ale chyba do niego nie poszedł. Znaleziono go w domu, po papiery przyszła córka, która nie widziała ojca 10 lat. Dziwak? Tak, ale sympatyczny. Prawdopodobnie i tak szpital by go nie uratował. Zmarł w domu wśród swoich zwierzaków, których nie chciał opuścić.

… szmery pod drzwiami. Pewnie idzie następny pacjent.

blog

strachy na lachy

Dopiero dziś znalazł doktór spokój/odwagę, by się  podziwać  na wyniki swoich badań.

Nie jest tak źle, co zresztą było widać już chwilę wcześniej, przed spłukaniem toalety.

Dana wybrała się w podróż na urzędy, wróci w nocy. Na nocny pociąg pojechała kombikiem, więc doktór ekshumował Poloneza (Niebieski bardziej straszy i smerfy zabrały mu papiery). Trzeba mu naprawić wybitą szybę i ukręcone lusterko. Ale jak dorobić uszkodzoną czarną tablicę? Bo białe to może mieć każdy SUV, a nawet dwusuw.

Cholerni wandale. 

blog

doktór na złom

… pojechał zaraz po robocie. No bo jednak żal Niebieskiego, a Biały potrzebował nowych półosi.

Doktorze, przyjął pan 50 pacjentów, a nie miał jeszcze czasu popatrzeć na swoje wyniki.

A może odwagi?

Byłem dziś dla pacjentów wyjątkowo miły. Prawie do końca, a nawet jeszcze po nim.

Mimo, że rano zadzwonił na domofon facet, szukający „tego pana, co ma trzy auta”. Że mu znów moja żona porysowała VW.

To on se naprawdę myśli, że mam tylko 3 auta?? 

blog

doktór u doktora Google

… dowiedział się, co wiedział. I nadal się boi. Badania jakieś robić? Czakać na rozwój (albo ustąpienie) objawów?

Mrozy zapowiadają. Trzeba powiadomić mechanika, że Biały ma wodę w chłodzeniu i spryskiwaczu. Tak! Jest już u mechanika, o własnych siłach wyjechał od blacharza, by leczyć starcze schorzenia sprzed listopadowej kolizji.

Kombi dziś doktór naprawił przy pomocy spinacza biurowego. Dzięki temu rodzinka mogła pojechać na wycieczkę. Ogólnie auto dobrze się spisuje.

Spać trzeba iść. Bo znów rano będzie pełno  psów.  No, siedzą jak psy w kolejce do suki, niektórzy merdają ogonkami na doktorów widok, inni warczą.

Ewunia wreszcze zasnęła. Ostatnio prześladują ją jakieś koszmary, boi się zasnąć. Za dużo kreskówek się chyba naoglądała. 

blog

biegunka świąteczna

Niestety, prawdziwa. Od pacjenta? Ale już ustępuje, po mięcie i głodówce.

Bieganina… oczywiście też. Do wpół do czwartej w nocy byłem na nogach: podłączanie zmywarki, wnoszenie żywej choinki, ostatnie porządki (znów nie zdążymy…).

Koniec zmiany w przychodni. Koniec ściągania filmu. Za chwilę wyłączam lapka.

Plany na dziś: komisyjna inauguracja zmywarki, wizyta na cmentarzu, kupić gazetę, zabrać  Jezuska  dla Dany. No i może wreszcie odebrać białe cento od blacharza!

Pozdrawiam świątecznie. 

blog

doktór stuknięty

Zielone! No to szybko, zanim zgaśnie.

… skąd się nagle wzięło przede mną to auto? Bam! Staję, wysiadam, patrzę. Cholera! Reflektor i błotnik. Tylko czemu akurat ten z oryginalnym lakierem?

Kierowca kombi, które zajechało mi drogę, nie czuje się winny. Wzywa policję. Wcześniej przybywa jakiś chłopiec, myślałem, że jego syn. Nie, to anioł. Czule pyta, co się stało i obiecuje wszelką pomoc, autem zastępczym poczynając.

Policja jest grzeczna. Każą dmuchać, pytają, jak to było. Na wszelki wypadek pytam, kto winien. Uff! Ale i tak ssyny zabierają dowód rejestracyjny i chyba czytają w moich myślach, bo nie odjeżdżają, póki Biały nie zostaje wciągnięty na lawetę. No, to gotowe. Podchodzi do mnie kierowca kombi i przeprasza. Ja go też. Ma obitego Passata, prawie nowego w porównaniu z moim pojazdem (może nawet nie ma 10 lat…).

Podjeżdżamy pod blok, zaczyna się wyjmowanie skarbów z Białego.

Moje nowe, ukochane autko! Nie zdążyłem się pochwalić, a już rozbite. Z polskim, chrześcijańskim gaźnikiem i termometrem na desce rozdzielczej. Nie to, co Niebieski – Cinquecento Yuong: dziwaczny gaźnik japoński, którego „lepiej nie ruszać”, lampka, co świeci jak się silnik przegrzeje (ile fabryka zaoszczędziła na wyeliminowaniu wskaźnika temperatury??). No i to najważniejsze – LPG! Jechaliśmy po niego do Sosnowca, więc tam będę musiał odebrać dowód rejestracyjny. Dobrze, że nie do Łodzi – tam też był jeden cienias z gazem (i to 900!), ale sprzedany został na pniu.

Papiery z sobotniego „zdrzenia drogowego” mam odebrać w poniedziałek. Jadę Niebieskim, bez badań, wydechu i ręcznego, każda opona inna. A oni, że takie rzeczy tylko w czwartki. W końcu sekretarka obiecuje mi, że jutro. No, ma się ten powalający imidż amanta filmowego, kobity się nie oprą.

We wtorek akurat mamy spotkanie z psycholożką n/t Ewika, więc zmieniłem sobie szychtę na popołudniową. Papier mam (ksero notatki, sporządzonej w radiowozie…), pakuję Danę no Niebieskiego i jedziemy do siedziby aniołów. Klepią, szlifują; nas prowadzą do biura. Obiecanej Pandy akurat nie ma, więc dostajemy Grande Punto, szybko zyskuje przydomek Punťa (imię dla kundelka). Dosiada go Dana, bo w Niebieskim mokro w d**ę po lutowym bokowaniu.

Odstawiamy Niebieskiego pod blokiem, jedziemy Punťą. Psycholożka ma same mądre rady, choć dziecię nie ma numeru PESEL. Dana prosi, bym kundlem powoził ja. Dziwne auto, jakieś takie skośne, stale wydaje się, że są otwarte drzwi pasażera. Pośrodku deski jakiś displej, a na nim pisze 6,2 l/100 km. To pokazuje aktualne zużycie paliwa? Ale gdzie są kilometry? I jak się zamyka tylne drzwi?

Konsola środkowa ugniata mnie w kolano. Złoty Duży Fiat. I jak lekko mu chodziło sprzęgło…

Paliwa ubywa. Ale… czy to na pewno Diesel? Na ruskiej stacji benzynowej patrzą pod maskę i też nie wiedzą. Trekoce jak Diesel, ale na korku wlewu „unleaded”. Dopiero niezawodny wujcio Google mówi, że w polu P3 dowodu D to Diesel (a P – benzyna).

Jest trzecia nad ranem. Niebieski w siąpiącym deszczu jedzie ekspresówką. Nie za szybko, bo na dodatek chłodnica mu cieknie i silnikowi grozi przegrzanie. Ogrzewanie działa, więc coś tam jeszcze w rurkach krąży, na szczęście.

Allahu Akbar – myślę sobie. No dobrze, wierzą sobie w boga, to jest dla nich wielki. Ale po co chcą zniszczyć naszą cywilizację?

Teraz uwaga, zjazd na normalną szosę, tu czasem stoją. Już raz były punkty i stówa.

Parkuję i do łóżka, tej nocy solo, bo to moja druga hacjenda, a rano nie trzeba wstawać. 

blog

dziura w blogu

… pierwsza taka.

Właśnie chciałem coś napisać, by nie został miesiąc bez notki (gdzie te czasy, kiedy bez notki nie mogło być dnia…), a tu widzę: od końca sierpnia pusto.

Jesień nadeszła. Teraz akurat złota, ładnie, ciepło. Obskoczyliśmy cmentarze i na weekend jedziemy na Słowację – w ulubione miejsce koło Bańskiej Szczawnicy. Dana cieszy się na jesienne widoki i atmosferę tych stron, Ewa na wspólne zabawy „s holkama” – czyli z dziewczynkami z pobliskiego domku.

Na miejsce powinniśmy dotrzeć po północy. Może nawet nie postawimy namiotu? 

blog

pracowity dzień

… po czułej nocy.

Wczoraj położyłem się „na chwilę”. Wkrótce przyłączyła się Dana, pytając, czy może się przytulić. Zapaliliśmy świeczkę.

Obudziłem się wcześnie. Która godzina? Bo wyjątkowo zdjąłem zegarek. Zamiast spać do oporu, wstałem i chwyciłem się zaległych prac z poprzedniego dnia. Escortem wjechałem na chodnik, tyłem. Znalazłem wysoki krawężnik… i mało ruchliwą ulicę. Po chwili zwisający wąż paliwowy był przymocowany do podwozia. Z auta zabrałem 17-calowy monitor Sony, jedyny kineskopowy, który był na giełdzie i podłączyłem do komputera w mieszkaniu. Dotychczasowy, trofeum z wystawki na słowackiej Orawie (wiosna 2011) co chwilę się wyłącza. Czyżby sprawka Ewuni? Stale naciskała wyłącznik, by swą mamę oderwać od komputera.

I pora do pracy. Pacjentów jak zwykle sporo. Pani Krystyna, wrak człowieka po ciękim wypadku, uśmiecha się, ma fantazyjnie zabarwione włosy.  Zakochałam się – mówi bez ogródek.  Aż się boję być szczęśliwa.  Nie dziwię się. Kiedyś pokazała mi zdjęcie ładnej dziewczyny w pokoju, urządzonym w stylu PRL.  To byłam ja…  Szczęśliwe narzeczeństwo, nagły wypadek. Kierowca, który miał 3,5 promila, wkrótce wyszedł z więzienia. Pani Krystyna – po kliku miesiącach, ze szpitala. Narzeczony nie pokazał się, nie chciał kaleki. Sama wychowała syna.

Inna pacjentka przynosi koniak. Jest przeszczęśliwa, że nie ma raka jelita. Diagnostyka była szybka i dogłębna. Można odetchnąć.

I jeszcze wizyta domowa. Nawet felieton zdążyłem napisać. Wracam do domu, wioząc Danie kandesartan (lek na nadciśnienie), którego „nagle” zabrakło. Ja trochę lepiej pilnuję, by swych leków mieć pod dostatkiem.

Dana czeka na kolejny odcinek tureckiego serialu. Na wizycie domowej też leciał. Czy prócz reklam, tureckiego serialu i mszy coś jeszcze ta nasza telewizja ma w swym repertuarze?

Trzeba w końcu coś zrobić z tym nieszczęsnym Cinquecentem. Jeździ prawie bez oleju (wydechu, hamulca ręcznego – też…). Uff! W końcu puścił ten nieszczęsny korek oleju. Z filtrem nie ma problemu – opaskowy klucz jest doskonały. Wypuszczam brudny olej do miski. Tak, prawidłowo oszacowałem jego ilość: niewiele ponad pół litra – po kilkakrotnym wypadnięciu korka wlewowego. Biedny silnik. No to teraz dostanie świeżego Lotosa. 2 litry z hakiem, jak mu się należy.

Ręce myję bez wody, samym Ludwikiem. Potem dopiero wodą spłukuję, są czyste. Dana śpi? Herbata, kieliszek Soplicy pigwowej. I drugi.

Przestawiam rozdzielczość obrazu w komputerze. Ten monitor potrafi więcej; 800×600 niektórym programom i stronom dziś nie wystarcza. Dana narzeka, że komputer leniwy. Opera coś za często pochłania całą moc procesora. Kiedy wreszcie złamiemy się i porzucimy klasyczną Operę i Windows XP? Nasz skromny komp od biedy udźwignie nawet dziesiąte Okna, ale gdyby już – to dam mu siódemkę.

blog

po nitce…

… do kłębka.

Pudełko z cenną zawartością się odnalazło. Telefon też, bateria w końcu ożyła, ale karta SIM jest odrzucana przez polskich operatorów. Zobaczymy, jak zachowa się macierzysta sieć. Jak coś, jestem gotów osobiście pójść do zarządu firmy. Jestem ich klientem od 15 lat!

Okazja logowania się do czeskiej sieci będzie już wieczorem, jedziemy z Daną na giełdę kolekcjonerską do Holic. Jutro mam z tej okazji urlop.

Znalazł się też klucz do odkręcania filtra oleju.

Pacjenci dziś wręcz szturmowali mój gabinet. Już rano wystarczyło spojrzeć na gęsto oparkowaną ulicę koło naszego ośrodka. Teraz już jest spokój. Za dwie minuty kończę ściąganie kolejnego pliku i wyłączam lapka.

Chyba sobie jeszcze zmierzę ciśnienie. 150/85? Oj doktorku, doktoreczku, coś dla ciebie ta zabawa nie jest zdrowa.

blog

chomik i szarość życia

Prawie nie mam oleju w Cinquecento, a akurat nastał czas jego wymiany. Niestety, choć w końcu zlokalizowałem korek spustowy (widział kto inny silnik, co ma miskę olejową Z BOKU?), nie udało mi się go odkręcić. Filtra też. Klucz „gdzieś” jest.

No to jeżdżę jak emeryt, by nie zatrzeć silnika. 60 na czwórce, po ekspresówce.

Nie bardzo mi się chciało na iść pocztę po polecony; bałem się, że urzędowy, a to niczego dobrego nie wróży. E, tylko z elektrowni. Pewnie zapomniałem zapłacić rachunek. Przy okazji stwierdziłem, że nie mam dowodu osobistego.

Tak samo nie mogę odnaleźć mojego czeskiego telefonu z bizneśmeńskim numerem – oby mi w końcu nie przepadł. Wcięło też pudełko, w którym miałem akumulatorki do latarek i ciężarne piractwem  peniski.  Czyżby Ewunia? Czasami znajdujemy pod jej łóżkiem różne podobne trofea. A z tego pudełka pożyczała już opaskę odblaskową, też jest nie wiadomo gdzie.

Wczoraj Dana kupiła Ewuni chomika. Dziewczynka cały czas go obserwuje, zamiast po raz enty oglądać to samo DVD – i o to chodzi. Jak mu damy na imię?

Został mi tylko na biurku tylko jeden pacjent, notoryczny pijak. Przyjdzie po kolejne lewe zwolnienie? O 18.00 kończę szychtę.