blog

mniej więcej do przodu

W nocy naprawiłem domowego kompa. Pomogła wymiana płyty głównej. Padły elektrolity? Bo jakieś spuchnięte, te koło procka. Przy okazji dostaliśmy szybszy procesor.

W Cinquecento spróbuję wymienić świece. Na razie jeżdżę Escortem, przez dwa dni korzystałem z komunikacji miejskiej. Pieszo 2 km od chorego? Masakra, ten upał.

Dziś przywiozą zmywarkę. Dana cały czas za nią lobbowała. Obawiam sie, że gładko umyje to, co bez trudu i obrzydzenia umyje i człowiek. Rzeczywiste syfy i tak będzie się myć ręcznie. No i co ze sławetnym  kurvitkiem ?  To mityczna część, która wysiada zaraz po gwarancji i czyni naprawę nieopłacalną. Serwisanci się śmieją, ale nie zaprzeczają istnienia zjawiska.

Powoli zapominam o sraczce, co mnie trapiła w miniony weekend. I jaka to ulga, móc sobie puścić normalnego bąka, nie bojąc się, że może być mokry.

Mimo upału pacjenci chodzą jak wściekli. Początkowo upały zniechęcały ich do chodzenia z pierdołami.

Chwila spokoju. Jak fajnie…

 

 

blog

Mount Smecta

… a miałem być w górach.

Po raz pierwszy, odkąd jestem z Daną, miałem iść w góry – sam (dotąd robiłem to tylko podczas jej wyjazdów do Pilzna).

Zamiast tego – czeka mnie może spacer do miasta po Smectę, bo wykorzystałem jedyną saszetkę tego leku przeciwbiegunkowego. Dobrze, że jest w wolnej sprzedaży, bo nie mam przy sobie recept.

Cinquecento pada. Ledwo dojechałem do domu. Słabe, głośne, przypomina stary traktor lub motocykl. Nie pali jeden z dwu cylindrów? Mój drugi komputer (tam, gdzie mieszkamy z Daną) zupełnie padł, podejrzewam płytę główną. Już kupiłem taką samą, by nie instalować systemu na nowo.

Głowa boli. Od ciśnienia? Ale w takim stanie przecież nie ma sensu przyjmowanie leków doustnych.

Bloksa znów „ulepszyli”. Co jeszcze do kompletu?

blog

w biegu

No to mamy koniec lipca. Lato ucieka, jak życie, coraz szybciej. Dziś wyjątkowo dostałem zmianę poranną, więc do Bańskiej Szczawnicy możemy wyjechać wcześniej. Przy dobrych warunkach są to 4 godziny jazdy autem.

Cholerny ropny katar. Rano jestem cały zatkany, potem smarkam i pluję ropą. Już w zeszły weekend żartowałem, że mieliśmy kupić diesla. Tak, i przed tygodniem byliśmy w Bańskiej Szczawnicy. Od wczoraj utylizuję w sobie przetreminowany antybiotyk. Homeopaci twierdzą, że im bardziej rozcieńczony lek, tym silniej działa. Ja z kolei wierzę w moc tych przedatowanych 😉 Ostatnio pomogła mi maść jeszcze z PRL-u.

Na obrzeżu Bańskiej Szczawnicy mamy już swoje stałe miejsce. Obok ostatnio parkuje mieszkalna Avia z sąsiedniego powiatu, przebywa w niej trzydziestoparoletni psycholog lub jego rodzice. Trochę dziwne towarzystwo, ale sympatyczne. Z psychologiem wypiliśmy cały zapas Biedronkowego piwa. Na Słowacji drogo, wozimy swoją żywność.

Po drugiej stronie szosy, w małym domku, mieszka liczna rodzina cygańska. Sympatyczni ludzie, Ewunia uwielbia bawić się z ich trzema najmłodszymi córkami. Wszystkich dzieci jest dziesięcioro, najstarszy syn jest weterynarzem w Anglii. Najstarsza z trzech koleżanek Ewuni chce pójść w jego śłady. Rodzina jest bardzo zwarta, starsze dziewczynki opiekują sie młodszymi, Ewa jest prowadzona za rękę, by nie wpadła pod auto.

W przychodni dziś spokój. Idę sobie zrobić zupę. 

blog

goniąc pecha…

… dobrnąłem do końca czerwca.

Ojej, to już dzień się skraca, a ja jeszcze nie na trasie…

Rowerowy urlop sprzed miesiąca też trochę nie wyszedł: niestety, dał o sobie znać brak kondycji. No i dwie gumy, mimo nowych opon! Skróciłem trasę, ale i tak jechałem do białego rana. Pod koniec (a fe!) podwiozłem się pociągiem, do roboty i tak się spóźniłem parę godzin.

Tydzień później spędziliśmy długi weekend w okolicach Bańskiej Szczawnicy. Dana była tam po raz pierwszy, wróciła oczarowana. Ewuni najbardziej podobało się ciepłe kąpielisko.

Po dwu tygodniach znów tam wróciliśmy. Zaraz na początku auto przestało jechać na gazie. Już mieliśmy zawrócić, ale postanowiłem pogrzebać pod maską. Udało się, po prostu spadł konektor z zaworu LPG, ale porządnie skaleczyłem się śrubokrętem. Jadąc w nocy remontowaną drogą, pozbyłem się prawego lusterka. Nazajutrz, podczas kąpieli, Dana nalała mi wody do ucha tak niefortunnie, że do wieczora nie udało mi się go odetkać. Zaraz po opuszczeniu przez nas kąpieliska odmówił współpracy aparat fotograficzny. Byłem zdruzgotany (czytaj: wściekły…).

Ucho w końcu się odetkało, lusterko w mig dokupiłem na Allegro i wymieniłem (choć trzeba było rozebrać całe drzwi!), aparat kupiłem tamże prawie nowy za… 70 złotych – identyczny model, bardzo mi odpowiada, Kodak CX7525.

Kilka dni temu urwała się w połowie w Cinquecento rura wydechowa. Pu! pu! dzyń! pu! Wczoraj wjechałem na krawężnik i, wpełznąwszy pod auto, całkowicie ją zdemontowałem – by chociaż nie podzwaniała o asfalt. Gramy dalej?

Tak! 

 

blog

pechowy urlop

No i byłem na wyborach, choć w poprzedniej notce pomyliłem się: miałem o tym czasie być w połowie trasy. Naturalnie – głosowałem tak, jak większość miasta i regionu. Okazało się jednak, że jesteśmy w mniejszości.

Co się stało z planowanym wyjazdem? Zanim na dobre się rozpędziłem z przygotowaniami, zupełnie zepsuła się pogoda. Szkoda, że na początku urlopu nie pozwoliłem sobie na jeden dzień pauzy i wyskok w góry.

Zaniedbany dom rodzinny po śmierci mamy. Przy mojej skłonności do gromadzenia rzeczy – zarośnięte, bezładnie zawalone przejścia – wpadało się na chwilę, rzucało graty i uciekało. W końcu na tyle udało mi się uporządkować tę hacjendę, że z nastaniem pogody mogłem już przygotowywać samą wyprawę kolarską (trzeba było np. utorować drogę do składu map…).

Dziś, tzn. wczoraj, wyruszyłem pod wieczór. I po 600 metrach musiałem zawrócić. Przebita dętka, patrzę: opona cienka, kord wyłazi… Druga niewiele lepsza – przed laty przecięta na szkle i podłożona. Bagażu mało, tylko 23 kg, ale ja przytyłem z 10 kilo – więc mogłaby nie wytrzymać staruszka, made in Czechoslovakia (a ta łysa – to jeszcze z PRL chyba…).

Sześć prawie lat wisiał rower na haku, krótko po ostatnim  cyklowandrze  pękła tylna oś. Potem poznałem Danę, rodzice zaczęli chorować i umarli, pojawiła się Ewunia.

Czy dostanę jeszcze opony rozmiaru 630?

Na pralce przez cały ten czas czekały rzeczy z ostatniego  cyklowandru,  wyprane i ułożone w kostkę. Dziękuję, mamo. Dziękuję po raz ostatni. Nie pomyślałem, że gdy sięgnę po te ubrania, ciebie już tutaj nie będzie. Taty, Wielkiej Ewy. Kochani, gdzie jesteście?

Dwa dni zostały. Jak się uda, pojadę na Słowację, wrócę przez Morawy.

… a kiedy znów zabrzmi hasło  cyklowandr  – w ciągu dwu godzin wyruszę na trasę.

blog

wybieram Palikota

Ewunia w przedszkolu nieźle rozrabia. Mimo to jest lubiana. Ostatnio jednak wywołała niemal zgorszenie. Cóż takiego zrobiła?? Ano, język księdzu pokazała. Bo przyszedł jakiś pan w dziwnym ubraniu.

… a co ksiądz ma do roboty w przedszkolu?

W wolnym kraju robią w gacie ze strachu przed Kościołem nie tylko przedszkolanki, ale nawet sędziowie, politycy… no, większość. Ewunia jest zadziorna, pyskuje rodzicom, nie będzie lepiej traktować duchownego… nawet nie wie, co to za funkcja.

Czytając komentarze w internecie, można odnieść wrażenie, że Polacy (przynajmniej ci surfujący) w istocie mają tak samo dość Kościoła, jak 30 lat temu PZPR. Odwagi im starcza, by aninimowo się wyszczekać w Sieci. Za komuny nie było netu, to się wypisywało w wychodkach i przejściach podziemnych „Katyń pomścimy”, a potem chodziło na pochody pierwszomajowe, bo mogliby sprawdzić obecność i nie dopuścić do matury.

Wybory też są aninimowe, ale ludzie wolą się nie wychylać. A blog? Naruszę im tą zgniłą ciszę wyborczą! 

Nie mam złudzeń, mój kandydat nie wygra. Nie mam kałasznikowa, więc chociaż moją kartką wyborczą zawalczę z systemem. 

Druga tura za dwa tygodnie? To fajnie, powinienem być na wycieczce rowerowej. Następnego dnia do roboty… Trzeba wrócić po zamknięciu melin wyborczych (cytat z antykomunistycznej bibuły lat 80.).

Tak, za tydzień mam wyruszyć na  cyklovandr  – pierwszy od czasu przyjácia na świat Ewuni. Dana mi zazdrości, ale i ona doczeka się. Drugi mój urlop spędzimy razem.

Rano jadę do Cieszyna – by pójść na wybory i zacząć szykować rower. Wszystko w proszku, zarośnięte. Rodzicielstwo baardzo zmienia życie (nawet faceta). Piękne zadanie, ale powiedzmy otwarcie: niezwykle trudne i wyczerpujące.

Szkoda, że już nie mogę podzękować moim śp. rodzicom. Tak łatwo się zapomina, ile dla nas poświęcili. Ale sprowadzamy dzieci na świat, by żyły swoim życiem. Oboje rodzice głosowaliby na innego kandydata, ja bym pewnie się im nie przyznał, kogo wybierałem. Przykro mi, ale mam swoje poglądy. To znaczy: przykro mi nie, że je mam. Przykro mi, jeżeli kogoś bliskiego one bolą.

blog

moje urodziny

Socjalistyczno – kapitalistyczne: tuż po nich 1 Maja i przed laty paradowanie przed trybuną z dygnitarzami PZPR, w ich dzień – ostatni moment na oddanie PIT-a. Detale zeszłorocznego zeznania zostały na starym dysku, 35 km stąd (autoryzacja zeznania internetowego polega na podaniu dokładnej kwoty zeszłorocznego przychodu) , więc musiałem złożyć papierowe i do tego pocztą. Zajechałem po drodze z pracy do „wielkiego Tesca”, bo tam jest  poczta i darmowy parking. Na parkingu – horror, ludziska szaleją, bo jutro koniec świata, a dziś początek długiego weekendu. Jakoś zaparkowałem obitego czinkola… i co ja widzę! Opel Rekord, chyba z przełomu lat 60. i 70. Stan i ładunek wskazywały na to, że jest to nadal użytkowy, codzienny wóz swego posiadacza. Nie uzyskałby aplauzu na zlocie weteranów, ale TO właśnie jest żywe auto.

Kilka dysków mi kolejno zwariowało: fizycznie niby dobre, ale dane zniknęły. Ściągam pirackie na ogół programy do odzyskiwania danych… czyżbym tą drogą zaraził komputer jakimś niewykrywalnym świństwem?

Dana przywitała mnie tortem urodzinowym, zrobionym na zamówienie. „Sto lat” i… obrazek telewizora Fala. Zrobiło mi się smutno: dość rzadki telewizor, mam go w zbiorach, ale nigdy już nie odbierze sygnału wprost z eteru… no może na wschód od Polski.

Dana kupiła mi kilka dni temu diody do alternatora (sklepik zamykają, nim wrócę z roboty), przy okazji muszę go wyjąć i naprawić, bo jeżdżę bez świateł, tak słabo ładuje, że potem nie mogę zapalić. Dziś też z dziką radością pokonałem rondo przy centrum handlowym pod prąd – jakoś się zatkało, a solenizant nie będzie czekać. Nie, nie dlatego. Po prostu odezwał się we mnie krnąbrny chłopiec, na przekór kalendarzowi.

Trzeba mi jechać po pieluchy dla córy – chyba do Kauflandu, Biedronkę już zamknęli, a w Tesco są kiepskie. Ewunia już tylko na noc je dostaje.

Długi weekend? Nie mamy wielkich planów. Poprzedni spędziliśmy w namiocie, konkretnie noc z soboty na niedzielę. Gardło trochę rano bolało, ale przeszło. Ewunia była zadowolona.

blog

marcowa retrospekcja

Ale to przeleciało… Dawniej starałem się każdego dnia coś na blogu napisać, dziś – chociaż raz w każdym miesiącu.

Chyba wreszcze wykaraskaliśmy się z łańcuchowej infekcji. Trapiła nas od jesieni, w ostatnim nawrocie przez uporczywy, szczekający kaszel, wyzwalany zmianą temperatury, zapachem, szybkim oddechem. Szybko i zdecydowanie pomógł nowy lek przeciwbakteryjny, Moloxin. Nie jest to całkiem antybiotyk, przynajmniej według tego podziału leków, który znam ze studiów. Coś jak Biseptol (nieznośnie popularny w latach mojego dorastania, a teraz odkrywany na nowo). Moloxinu nie piszę w pierwszym rzucie, po prostu nie powinno się bez konieczności używać najbardziej skutecznych leków… aby zachowały swą moc jak najdłużej.

21 lutego mieliśmy kraksę samochodową. Może za mocne słowo, ale w pierwszej chwili pomyślałem: żyjemy, jesteśmy cali, ale auto chyba na złom. Dobrzy ludzie pomogli nam z niego wyjść, postawić je na koła, a potem jeszcze załatać folią wybitą szybę. Cinquecento dzielnie sobie jeździ, ale wkrótce pójdzie do blacharza, by naprostował słupek – nie dało się włożyć nowej szyby na całym obwodzie, więc wieje i zacieka do środka. A pogoda wredna…

Co się stało? Jechałem pod górę bardzo stromą drogą lokalną, właściwie taki skrót między domami. Ktoś sobie tam w najlepsze zaparkował, nie mogąc zapewne wjechać na zaśnieżone podwórko. Zacząłem powoli cofać. Nagle przestały działać hamulce, próbowałem skręcić w boczną drogę, ale bok auta uniósł się i leżeliśmy na boku… ciesząc się, że nie skończyliśmy w korycie potoku.

Przed tygodniem kupiliśmy  nowe  auto – będzie go używać Dana. Jak na złość, z komisu jeszcze dziarsko dojechało. Po drodze okazało się, że instalacja LPG nie działa właściwie (po prostu: nie da się na gazie jeździć, rzekomo tylko brakowało go w zbiorniku), a w nocy – że rozładowuje akumulator. Odłączyłem ją i na razie jeździmy na benzynie. Nie wiadomo, ile dokładnie auto jej spala, bo licznik też nie działa. Ogólnie jednak jestem z zakupu zadowolony, choć dla mnie auto jest zbyt nowoczesne – wolę okna na korbki i zamki na klucze. Zdalnie to by mi pasowało nastawiać prawe lusterko, ale tego akurat nasza wypasiona fura nie ma. Ford Escort Ghia, rocznik 96, ładnie utrzymany.

W przychodni trochę oddechu – koleżanka wróciła z egzotycznego urlopu, więc odpadli jej pacjenci. Sezon infekcyjny się kończy, przedświąteczny popłoch receptowy – chyba też.

blog

wdowiec słomiano-blaszany

… w arabskie światełko barwy cyjanu się wpatruje.

Doktór się czegoś napił??

Herbaty.

Wdowiec słomiany, bo Dana z Ewunią są  wyjechane.  Nareszcie rozwiązał (miejmy nadzieję, że definitywnie) problem swego blaszanego komputera.

Z modemu, sygnowanego logiem saudyjskiego operatora świeci jasnoniebieską barwą (wg manualu, który jest na szczęście i po angielsku – jest to kolor cyan) dioda, co sygnalizuje zalogowanie do sieci 4G.

Poprzedni twardziel chyba padł sprzętowo, choć w BIOS-ie wciąż wyświetla się „SMART capable and status OK”. Wkrótce potem na ułamek sekundy pokazuje się BSOD (Blue Sreen of Death) i… reszta jest milczeniem.

Szkoda danych, które nie były zdublowane (ale na szczęście większość była).

No to teraz nareszcie nasz doktór wylogowuje się z kompa – do życia. Szkoda, bo dzień był słoneczny. Ale jutro też ma być…

Nowa instalacja: najnowsza wersja Windows XP. Doktór tym razem utworzył trzecie konto użytkownika: Evička. Instalacja Windows XP wystarcza zwykle na kilka lat spokojnej pracy.

blog

doktór włamywaczem

… był parę dni temu.

Wybrałem się na nocne zakupy do pobliskiego Tesco. Dana właśnie zasnęła po kolejnej dawce syropu wykrztuśnego (nie daje się na noc? – tak, pod światło też się nie foci, znamy  to…). Chcąc wyrzucić śmieci, zorientowałem się, że nie wziąłem kluczy. Żal mi było jednak od razu umęczoną kaszlem Danę budzić.

Po powrocie pod blok ostrożnie próbuję bramę – czasem, zwłaszcza przy mrozach, zmek nie zaskoczy. Niestety. No to dzwonię domofonem. Nic. Komóra? Uff, włączona, ale co z tego?? Spoglądam na fasadę – jedno okno kuchenne świeci się, liczę, który numer ma to mieszkanie. Ale jest wpół do trzeciej, może ktoś tylko zapomiał zgasić?

Wyjmuję scyzoryk i dłubię jego ostrzem w szczelinie drzwi. A! Mam kluczyki od auta. Biorę spory śubokręt z bagażnika i rozpieram nim szczelinę bramy. Nie tak mocno, bo ryglel się blokuje. Tak, lekko i teraz dobrze wycelowane ruchy robaczkowe scyzoryka. Puściło!

Drzwi mieszkania ustąpiły pod uderzeniem barku stukilowego niemal doktora. Zamek czasem odskkiwał nawet po uderzeniu w drzwi przez  Ewika.

Osobo, vstávej! – wykrzykuję nad uśpioną Daną sakramentalną frazę, którą milicja zrywała z dworcowych ławek śpiących trampów.

Zanim ułożyłem się obok niej, zmieniłam gałkę w drzwich wejściowych na zwykłą klamkę. Już raz sposobem otwieraliśmy drzwi mieszkania, w którym niebacznie zatrzasnęliśmy Ewunię. Postawiliśmy na nogi pół piętra, ale ona w najepsze nadal spała, gdy po dobrych 20 minutach odblokowaliśmy zamek przy pomocy narzędzi, których użyczyła sąsiadka.