Dłużej nie wytrzymam – muszę iść w góry! – powiedziałem sobie w piątek. Nie mogłem się zebrać, bo znów na mnie szło jakieś grypsko i czułem się fatalnie, niemal byłem gotów zrezygnować. Ale w niedzielę miało padać, więc…
Ciągnie mnie jak zwykle na Słowację, w przygraniczne góry. Na jedną ze znanych tras. Ha, ale nie mam ani koron, ani eur na bilet. Autem za granicę? Lepiej nie, bo nie ma badań technicznych. Przychodzi olśnienie: autem do Jaworzynki. I pętlę zrobić, by do niego wrócić.
W sobotnie rano budzi mnie słońce. Grypsko w odwrocie, więc raźnie się pakuję, ale biorę do chlebaka i Strepsils intensive. Buty – te nowe, z marketu. Takie ładne traktory, wygodne jak kapcie. Skarpetki – pierwsze czyste, które wpadły pod rękę, choć jakieś takie szorstkie…
W Biedronce na Istebnem dopełniam prowiant. Wycieczka bez zakupów w pobliżu miejsca wymarszu jest nieważna, jak szczur bez ogona u Tomka Sawyera. Wciskam auto w kąt małego parkingu, wrzucam plecak na grzbiet – i w drogę. Nieznaną drogą, którą nie tak dawno temu wskazałem Słowakom, jako prowadzącą do Czernego. Zanurzam się w las, śpiewają ptaki, błogo. Droga doprowadza mnie tam, gdzie myślałem. Widzę wykarczowane drzewa: to tędy pobiegnie droga dojazdowa do autostrady Żylina – Zwardoń. Miejscowi odwożą czym się da odpadki drzewne na opał. Ruska terenówka bez tablic na wstecznym biegu przeciąga przez rzekę dwie spore kłody. Szkoda mi tych Wałów – mówię Słowakom. A oni – pogodzeni ze wszystkim, chyba też powątpiewają w sens tej monstrualnej inwestycji. Wały… śliczny zakątek, tuż za Trójstykiem. Nasze magiczne miejsce. Wkrótce zostanie wydane na pastwę buldożerów.



Na Trzy Kopce idę nową drogą. Chciałem wypróbować, jak dostać się na grzbiet tego masywu bez człapania szosą. Otwierają się piękne widoki. Układ dróg zupełnie nie zgadza się z mapą. Docieram do przysiółka.

Ech, mieć taki domek jak ten, który mijam. Stara chałupa ma nowego właściciela, skrzętnie ją remontuje. Wspinam się nad osadę, do lasu. Grzbiet opada, by znów się wznosić. W górach – normalne. To takie urocze: te międzygrzbiety, międzyprzełączki. I wreszcze – jestem na grzbiecie głównym. Odpoczynek zakłóca mi tylko dwójka dzieci, jadących quadem.

Trzeba się sprężać. Ten odcinak już znam, więc maszeruję szybciej. Za rozwidleniem szlaków kieruję się na nową dla mnie drogę, która sprowadzi mnie na przełączkę, gdzie kiedyś z Daną i Ewunią spaliśmy na przystanku po błądzeniu we mgle pod Jaworskiem. Po drodze znów widoki: resztki śniegu na Raczy i Mała Fatra – cała w bieli.


Kontynuuję marsz lokalną szosą. Zatrzymuje się quad, kierowca pyta, czy z Vreščovki przejedzie jakąś leśną drogą do osady Lalik. Nie, po drodze są wysokie góry – mówię. Nie wierzy mi… i po półgodzinie wraca, przyjaźnie kiwając mi ręką. Ja docieram do rzeczonej osady, mylę kierunki… ale dzięki temu podziwiam urok zapomnianego, dość przy tym zapyziałego przysiółka na końcu drogi. Biedne, zaniedbane domy mają jednak duszę, więc ukradkiem je fotografuję. Ukradkiem – żeby nie było przykro mieszkańcom.

Do przełęczy granicznej doprowadza mnie prawie nowa szosa asfaltowa (chyba z ostatnich lat Czechosłowacji). Oj, chyba przesadziłem z długością trasy. Ściemnia się, do Zwardonia jeszcze 5 km, stopy zaczynają boleć. Noc ciepła, czemu z auta nie wziąłem karimaty? W Zwardoniu nogi już bolą na serio. Chyba nawet stoi słowacki pociąg (piętrowa jednostka City Elefant, robiona w Ostrawie). Ale bilet do Czernego pewnie drogi, z Czernego też godzina marszu… no i chcę dokończyć zaplanowaną trasę. Pieszo.

W roku 1985 szedłem tędy z mamą. Przywiózł nas dwa dni wcześniej do Rajczy pociąg parowy, chyba Ty2 z parowozowni w Chabówce z dwoma Bipa-mi (czyli piętrowymi składami z niemieckiego Zgorzelca). W Koniakowie czekał na nas ostatni autobus, Jelcz, a jego kierowca słuchał Wolnej Europy. Ech… wszystko się zmieniło. To chyba już nie jest mój świat.
Droga się dłuży i kluczy. Spoglądam na linie świateł przydrożnych, widocznych na odległych grzbietach: gdzież jest Jaworzynka? Może zgubiłem szlak? Odnajduję na niebie Wielki Wóz. I po chwili staję na leśnej drodze asfaltowej; mapa upewnia mnie, że idę dobrze. A więc wreszcze postój, ostatni posiłek, siadam na ściętych pniach.
Tuż przed 10 wieczór wyruszam na ostatni etap. Wkrótce osiągam spodziewany skręt do Jaworzynki, na drogowskazie czytam, że to jeszcze 2 godziny marszu. Chyba dojdę tam szybciej – myślę. Marsz po asfalcie jest mniej bolesny, ale i tak po godzinie mam dość. Siadam na trawie, zdejmuję buty. Nie, nie ma kamieni, nie ma fałdów skarpetek. Są pęcherze. Nawet ponowne włożenie butów jest męką. Wlokę się coraz wolniej. W przysiółku – sklepik i dziwny obiekt z krzyżem i parkingiem. Ani chybi kościół, przerobiony z dawnej szkoły. A do najbliższego przystanku – kilka kilometrów, gdyby kto pytał.
Uff, nareszcze dolina Czadeczki. Teraz już tylko podejście pod Trzycatek. Koniec szlaku prowadzi skrótem, zejście na trawę przyprawia mnie o taki ból, że ledwo chwytam równowagę. Kilka minut przed pierwszą dowlekam się do auta, dopijam resztkę coli. I jazda. Noga boli przy zmianie biegów, na drodze widzę nieistniejące przeszkody, często nie wiem, w którą stronę będzie zakręt. Już tak kiedyś miałem, ale na rowerze, przed laty u Koszyc na Słowacji. Miałem wszystko ze sobą, to się zdrzemnąłem na przystanku autobusowym.
Dojechałem… Teraz ostrożnie, bo stoi policja, kogoś czesze. A ja idę z auta niepewnym krokiem. Nic nie wydmucham, ale papiery wozu nie są w porządku.
Zasypiam na łóżku w dziwnej pozycji, w ubraniu, przy świetle. Szkoda, że nie ma wody.
Co by to była za wyrypa, gdyby się człek nie umordował. Ale i tak znowu się chce w góry. Tylko buty muszą mieć twardą podeszwę…
P.S. Wrzuciłem parę obrazków. Ostrość zdjęć nie jest najlepsza, bo ktoś swym małym paluszkiem dłubał w obiektywie…