blog

depacjentacja

No nieźle! Poniedziałek, a tu już przed godziną 9 mam  wyczyszczoną  poczekalnię i nawet zniknął stosik zamówień na recepty.

… i potem łatwo być uprzejmym dla pacjentów, kiedy jest jakiś luz. Nawet se doktór zablogować może jak człowiek.

W domu – wczoraj doktór prowadził nocne manewry w piwnicy. Sąsiadka złożyła do spółdzielni donos, że doktór trzyma przed drzwiami mieszkania różne przedmioty (stary fotel z auta, kilka paczek, parę mebelków z wystawki). Korytarze są szerokie, rzeczy nikomu nie przeszkadzały, ale wg sąsiadki mogą „blokować drogi ewakuacji”. Ewakuacja widocznie ma przebiegać ślepym korytarzem piwnicznym, bo i tam doktór miał parę szafek, które objęto donosem. Musiała mieć baba jakichś pomocników do tych przeszpiegów piwnicznych, bo sama już ledwo wychodzi z mieszkania, podobno ma raka trzustki.

Nikt jej na piętrze nie lubi. Kiedy Ewunia jest głośna (np. śmieje się w kąpieli), sąsiadka stuka w ścianę. I pewnie właśnie o dziecko jej chodzi, ale zgrabniej jest złożyć skargę na graty pod drzwiami.

blog

zazdroszczę weterynarzom

Pies może lekarza ugryźć *).

Ale:

– nie szkaluje doktora na forum internetowym

– nie domaga się nienależnych refundacji leków

– nie stara się o grupę inwalidzką, bo mu w robocie kazali

– nie przychodzi po wniosek do sanatorium

– nie zna słowa „należy mi się”

– nie domaga się co pół roku  wszystkich badań

– nie ma qq na punkcie cholesterolu 

– nie czyta ulotek od leków

– nie zasięga konsultacji u doktora Google

– nie dzwoni mu w kieszeni telefon komórkowy

znalazłoby się tego i więcej… 

*) doktór idzie dziś na wizytę domową do przygłupiej pacjentki. „Może zamknie tego psa w łazience” – powiedziała sąsiadka, która doktora do tej akcji zwerbowała. 

blog

bolesne powitanie wiosny

Dłużej nie wytrzymam – muszę iść w góry! – powiedziałem sobie w piątek. Nie mogłem się zebrać, bo znów na mnie szło jakieś grypsko i czułem się fatalnie, niemal byłem gotów zrezygnować. Ale w niedzielę miało padać, więc…

Ciągnie mnie jak zwykle na Słowację, w przygraniczne góry. Na jedną ze znanych tras. Ha, ale nie mam ani koron, ani eur na bilet. Autem za granicę? Lepiej nie, bo nie ma badań technicznych. Przychodzi olśnienie: autem do Jaworzynki. I pętlę zrobić, by do niego wrócić.

W sobotnie rano budzi mnie słońce. Grypsko w odwrocie, więc raźnie się pakuję, ale biorę do chlebaka i Strepsils intensive. Buty – te nowe, z marketu. Takie ładne traktory, wygodne jak kapcie. Skarpetki – pierwsze czyste, które wpadły pod rękę, choć jakieś takie szorstkie…

W Biedronce  na Istebnem  dopełniam prowiant. Wycieczka bez zakupów w pobliżu miejsca wymarszu jest nieważna, jak szczur bez ogona u Tomka Sawyera. Wciskam auto w kąt małego parkingu, wrzucam plecak na grzbiet – i w drogę. Nieznaną drogą, którą nie tak dawno temu wskazałem Słowakom, jako prowadzącą do Czernego. Zanurzam się w las, śpiewają ptaki, błogo. Droga doprowadza mnie tam, gdzie myślałem. Widzę wykarczowane drzewa: to tędy pobiegnie droga dojazdowa do autostrady Żylina – Zwardoń. Miejscowi odwożą czym się da odpadki drzewne na opał. Ruska terenówka bez tablic na wstecznym biegu przeciąga przez rzekę dwie spore kłody.  Szkoda mi tych Wałów – mówię Słowakom. A oni – pogodzeni ze wszystkim, chyba też powątpiewają w sens tej monstrualnej inwestycji. Wały… śliczny zakątek, tuż za Trójstykiem. Nasze magiczne miejsce. Wkrótce zostanie wydane na pastwę buldożerów.

 

droga do Czernego

 

potok Czadeczka 

budowa autostrady - erozja stoku

udało się!

 Na Trzy Kopce idę nową drogą. Chciałem wypróbować, jak dostać się na grzbiet tego masywu bez człapania szosą. Otwierają się piękne widoki. Układ dróg zupełnie nie zgadza się z mapą. Docieram do przysiółka. 

Czerne, nad nim Wały (jeszcze bez autostrady), w tle Jaworzynka 

osada Chovancovci

nad osadą 

Ech, mieć taki domek jak ten, który mijam. Stara chałupa ma nowego właściciela, skrzętnie ją remontuje. Wspinam się nad osadę, do lasu. Grzbiet opada, by znów się wznosić. W górach – normalne. To takie urocze: te międzygrzbiety, międzyprzełączki. I wreszcze – jestem na grzbiecie głównym. Odpoczynek zakłóca mi tylko dwójka dzieci, jadących quadem.

widok z Trzech Kopców na Skalite i autostradę do Zwardonia

 Trzeba się sprężać. Ten odcinak już znam, więc maszeruję szybciej. Za rozwidleniem szlaków kieruję się na nową dla mnie drogę, która sprowadzi mnie na przełączkę, gdzie kiedyś z Daną i Ewunią spaliśmy na przystanku po błądzeniu we mgle pod Jaworskiem. Po drodze znów widoki: resztki śniegu na Raczy i Mała Fatra – cała w bieli.

 

widok na Raczę

 

osada Švancarovci 

w przydrożnym rowie

Kontynuuję marsz lokalną szosą. Zatrzymuje się quad, kierowca pyta, czy z Vreščovki przejedzie jakąś leśną drogą do osady Lalik. Nie, po drodze są wysokie góry – mówię. Nie wierzy mi… i po półgodzinie wraca, przyjaźnie kiwając mi ręką. Ja docieram do rzeczonej osady, mylę kierunki… ale dzięki temu podziwiam urok zapomnianego, dość przy tym zapyziałego przysiółka na końcu drogi. Biedne, zaniedbane domy mają jednak duszę, więc ukradkiem je fotografuję. Ukradkiem – żeby nie było przykro mieszkańcom.

osada Vreščovka

Do przełęczy granicznej doprowadza mnie prawie nowa szosa asfaltowa (chyba z ostatnich lat Czechosłowacji). Oj, chyba przesadziłem z długością trasy. Ściemnia się, do Zwardonia jeszcze 5 km, stopy zaczynają boleć. Noc ciepła, czemu z auta nie wziąłem karimaty? W Zwardoniu nogi już bolą na serio. Chyba nawet stoi słowacki pociąg (piętrowa jednostka City Elefant, robiona w Ostrawie). Ale bilet do Czernego pewnie drogi, z Czernego też godzina marszu… no i chcę dokończyć zaplanowaną trasę. Pieszo. 

stacja w Zwardoniu

W roku 1985 szedłem tędy z mamą. Przywiózł nas dwa dni wcześniej do Rajczy pociąg parowy, chyba Ty2 z parowozowni w Chabówce z dwoma Bipa-mi (czyli piętrowymi składami z niemieckiego Zgorzelca). W Koniakowie czekał na nas ostatni autobus, Jelcz, a jego kierowca słuchał Wolnej Europy. Ech… wszystko się zmieniło. To chyba już nie jest mój świat.

Droga się dłuży i kluczy. Spoglądam na linie świateł przydrożnych, widocznych na odległych grzbietach: gdzież jest Jaworzynka? Może zgubiłem szlak? Odnajduję na niebie Wielki Wóz. I po chwili staję na leśnej drodze asfaltowej; mapa upewnia mnie, że idę dobrze. A więc wreszcze postój, ostatni posiłek, siadam na ściętych pniach.

Tuż przed 10 wieczór wyruszam na ostatni etap. Wkrótce osiągam spodziewany skręt do Jaworzynki, na drogowskazie czytam, że to jeszcze 2 godziny marszu. Chyba dojdę tam szybciej – myślę. Marsz po asfalcie jest mniej bolesny, ale i tak po godzinie mam dość. Siadam na trawie, zdejmuję buty. Nie, nie ma kamieni, nie ma fałdów skarpetek. Są pęcherze. Nawet ponowne włożenie butów jest męką. Wlokę się coraz wolniej. W przysiółku – sklepik i dziwny obiekt z krzyżem i parkingiem. Ani chybi kościół, przerobiony z dawnej szkoły. A do najbliższego przystanku – kilka kilometrów, gdyby kto pytał.

Uff, nareszcze dolina Czadeczki. Teraz już tylko podejście pod Trzycatek. Koniec szlaku prowadzi skrótem, zejście na trawę przyprawia mnie o taki ból, że ledwo chwytam równowagę. Kilka minut przed pierwszą dowlekam się do auta, dopijam resztkę coli. I jazda. Noga boli przy zmianie biegów, na drodze widzę nieistniejące przeszkody, często nie wiem, w którą stronę będzie zakręt. Już tak kiedyś miałem, ale na rowerze, przed laty u Koszyc na Słowacji. Miałem wszystko ze sobą, to się zdrzemnąłem na przystanku autobusowym.

Dojechałem… Teraz ostrożnie, bo stoi policja, kogoś czesze. A ja idę z auta niepewnym krokiem. Nic nie wydmucham, ale papiery wozu nie są w porządku.

Zasypiam na łóżku w dziwnej pozycji, w ubraniu, przy świetle. Szkoda, że nie ma wody.

Co by to była za wyrypa, gdyby się człek nie umordował. Ale i tak znowu się chce w góry. Tylko buty muszą mieć twardą podeszwę… 

P.S. Wrzuciłem parę obrazków. Ostrość zdjęć nie jest najlepsza, bo ktoś swym małym paluszkiem dłubał w obiektywie…

blog

czarna pieczątka i wirusy

No fuj. Zrobili doktorowi na koszt firmy pieczątkę, bo skarżył się, że ta jego kieszonkowa przy takiej liczbie pacjentów co chwilę wymaga nasycania dość drogim tuszem (a capjenci nie płacą stemplowego).

No i zrobili. Fajnie, że bez adresu, telefonu. Niefajnie, że nasycili ja od razu czarnym tuszem. Nie dość, że muszę żyć w kapitaliźmie, to jeszcze to! Za mojego dzieciństwa wszystkie stemple były fioletowe, czasem niebieskie. A ja sobie postanowiłem: zielony. Kolor nadziei. No i żeby tak łatwo nie kserowali (bo cały świat wie, że Doktorissimus stempluje na zielono). Jeden narkoman zeskanował i wydrukował w kolorze, ale biedak nie poradził sobie z innymi detalami recepty, więc go capli. I jeszcze mu przeszukali kompa, a miał tam same piraty.

Czarny stempel. W sam raz na karty zgonu.

Dziś mało pacjentów, po prostu bosko! Czyżby się rozniosło po miasteczku, że u nas można  mieć zejście?

Doktór cuca Strepsils intensive. I pracuje. Niezbyt  intensive. Dlatego nawet bywa miły dla pacjentów, choć to pewnie oni przynieśli tego wirusa.

P.S. Update (tak się to teraz mówi? w czasach destynacji  i  deweloperów): pieczątka doktora znów jest zielona. Ano, zamienił się z rejestratorkami, które miały takową do podbijania doktorowych zwolnień.

blog

w robocie spoko

… jeśli pominąć zgon pacjenta w samej przychodni. No trudno, wszyscy kiedyś musimy.

Doktór zablokował na służbowym lapku aktualizację Opery i ściągnął na  peniska  „starą” Operę, tzn. najmłodszą z tych prawdziwych.

W domu – zainstalował. Komputer nie protestował, że ma nowszą wersję na pokładzie. Wszystkie ustawienia, zakładki – powróciły. Tylko nowych zakładek nie widać. No trudno, doktór pamięta, gdzie wczora googlał.

Opera, moja kochana Opera wróciła. Ze wszystkimi swoimi wadami, które jej wybaczam. Jak powiedziała pani Dulska: znów można żyć po bożemu.

To teraz proszę jeszcze o niebieskie Jelcze i Edwarda Gierka. 

blog

mam dość Opery!

Niechcący zaktualizowałem ją do najnowszej wersji, czyli 19. Wszystko, co w Operze ceniłem w porównaniu do innych przeglądarek, spierdolili. Robią ze mnie debila (lepiej wiedzą, co dla mnie dobre).

… doktorku, po 25 latach „wolnej Polski” jeszcze się dziwisz, że robią cię w balona??

Ja chcę starą, dobrą Operę.

… ja chcę moje stare, całkiem znośne życie. Bez auta, netu, toksycznych relacji.

blog

71 pacjentów

Dopiero dzisiaj mi powiedzieli, ilu wczoraj miałem.

Dzisiaj to se nawet doktór zablogować może. 

A… jeszcze była wizyta domowa. Po godzinach, jakże. Czyli: 72.

Znowu ktoś kaszle pod drzwiami. Następny? 

blog

zwariowany dzień

A zaczął się tak ładnie… Rano słońce i do tego nie dzwoni budzik: do roboty na dwunastą. Doktór dopiero co wyciągnął z szafy zimową kurtkę, a tu przez noc z -5 na +5 stopni. Pewnie ciśnienie się zmieniło (to amosferyczne), nie na darmo doktora wieczorem bolała głowa. Ciśnienie krwi? Nadal w fazie ustawiania leczenia. Z firmy przynieśli darmowe próbki najnowszego kalciblokera, który nie tak dawno temu polecał doktorowi jeden z kolegów, że nie ma działań ubocznych typowych dla amlodypiny.

Pierwsze zadanie: odebrać bloczki ZLA (zwyczajowo nazywane poprzednim symbolem, L-4) w ZUS-ie. Ha, jak się w końcu za friko zaparkowało na podwórku pobliskiej izby lekarskiej, to się okazało, że ZUS nie ten. A gdzie ten drugi? Ludziska nie potrafią wytłumaczyć. Że na KOŃCU ulicy Traugutta, przy torach. Doktór znalazł, gorzej z parkowaniem. Ciasno nastawiane bloczyska, jakieś byłe PRL-owskie koszary? Jeden z bloków (nadal?) zajmuje mili… policja. ZOMO jakie tu było?

Doktór, spocony, w rozpiętej kurtce, pędzi do roboty ojcowym Cinquecentem, z otwartym oknem. A! Strzyka! Ale jakoś szybko przestało. Odmarzł spryskiwacz, ale przecież był pełen wody po tym, jak nie pomógł wrzątek z czajnika.

W przychodni po raz pierwszy od dwu tygodni – w miarę luz. Można porozmawiać z pacjentami. Doktór wraca myślą do tego sześdziesięciolatka, co ani chybi ma raka jelita grubego, z przerzutami do wątroby. Nie! Nie pójdzie do szpitala, choć delikatnie mówię, że sprawa jest poważna, po minie pacjenta zresztą widzę, że się tego domyśla. Ale… co by mu ten szpital dał? Chemię? Może chociaż pójdzie do tego gastrologa, dokąd go doktór posyłał już we wrześniu – wtedy diagnoza nie była jeszcze tak oczywista.

Po powrocie do domu – głowa doktora boli. Ciśnienie? Które? Powietrza, czy krwi?

Doktora ciśnie co innego. Zaufał autorytetowi Nortona i użył programu Norton PartitionMagic do połączenie dwu partycji dysku, na którym miał prawie 40 GB map z netu. No i połowa danych jest niewidoczna. „Error 1655 FRS not in any directory, File 1367-1369”. Nortonie, cóżeś ty narobił? A było po chrześcijańsku skopiować dane z obu partycji na inny dysk…

Wczoraj doktór spalił dysk z mniej cenną zawartością. Ano, konektor zasilający przy głupocie można wcisnąć na odwrót i zamieni się miejscami napięcia zasilające 5V z 12V. Pewnie pomoże wymiana elektroniki dysku. 40-gigowa Barracuda na Allegro kosztowała 18 złotych.

Jak uratować mapy? Informatyk by wiedział, ale odzyskiwanie danych kosztuje. Nauka też.

Bezpieczeństwo danych. Kluczowa sprawa w dzisiejszym świecie.

A nowotwory? 

blog

Mercedesem do pracy

… przyjechał dziś doktór. Używany, ale i tak wart grubo ponad 100 tysięcy.

Doktór jest bogaty! Od razu se kupił 10 biletów.

„Długi, czerwony i często staje.”

W przychodni – ruch przedświąteczny. Co roku powtarza sie ten fenomen: na święta, które trwają 2 dni, ludzie robią zapasy od końca października.

… a potem, po świętach jest druga fala. Uzupełniają braki.

Drugi powód tej lekowej gorączki – to refundacja. Zawsze się boją, że od nowego roku się coś zmieni, na gorsze. Wiec robia zapasy. A po Nowym Roku, uradowani, że swiat się nie zawalił, radosnie kontynuują hurtowe skupowanie medykamentów.

Dziś czeka mnie wizyta domowa u pacjentki terminalnej. Dopiero co wypisana zae szpitala, ale problemy powróciły. Czy dożyje Świąt?