blog

doktora ciśnie

W środę czułem się fatalnie.  Z powodu zmiany pogody – pomyślałem. Po powrocie z roboty było jeszcze gorzej, położyłem się. Jak zadzwoniła Dana, coś bełkotałem.

Potem zmierzyłem sobie ciśnienie: 170/110.

Do licha, od chorowania to są pacjenci!!! Posłowie sami dla siebie uchwalają ustawy, prawnicy i policjanci są ponad prawem. A doktór se musi wypisać receptę i zaiwaniać do apteki jak jakiś pacjent z  familoka.

Nie poznaję swojego organizmu. Ciśnienie trochę się unormowało, ale to wciąż nie to.

Boję się. Nie mam pomysłu, gdzie szukać przyczyny, ale coś się zaczyna dziać. Ciśnienie może być tylko wierzchołkiem góry lodowej.

blog

pusty dom

Mama wstawała zwykle wcześniej. Kiedy przychodziłem do kuchni, na stole czekało już smaczne śniadanie, zawsze tak estetycznie podane. Tego już nigdy nie będzie.

Póki mama żyła (a przecież miała być zawsze, do końca świata, jak każda mama), chciałem zupełnie zmienić układ kuchni na bardziej praktyczny. Mama nie chciała zmian, smutnie wtedy mawiała, że kiedy jej już nie będzie, urządzę sobie wszystko po swojemu. Ale… ja właśnie teraz chcę zachować dom takim, jak pamiętam z dzieciństwa. Było mi w nim dobrze, swojsko, bezpiecznie – jak w PRL. Nigdy nie cenimy tego, co mamy w  pakiecie podstawowym.

Nie jestem w tym domu całkiem sam. Niestety. Do spiżarni dostał się szczur (prawdopodobnie przez dziurę w podłodze po zeszłorocznej wymianie rur). Hałsuję, niechże sobie pójdzie. Nie chcę wynosić martwego ciała tego mądrego zwierzątka gdzieś pod płot. Jest tylko nieproszonym gościem, jak my w lesie. Kiedy ostatnio z Daną i Ewunią spaliśmy na Wałach, zza drzew spoglądały na nas oczy mieszkańców tego lasu, wg Dany były to wilki. Dorosłym nie zagrożą, ale musieliśmy pilnować małej, by nie powędrowała sobie na nocny spacer.

Pogoda dziś iście listopadowa, szkoda, wczoraj było słonecznie, ale czekałem na kolegę z Krakowa. Dlatego, zamiast być na wędrówce, siedzę w domu (tym, w którym spędziłem dzieciństwo) i głowię się, jak się wyrwać z błędnego koła zaniedbań, które przez ostatnie trzy lata odcisnęły piętno na tym budynku. Sytuacja jest miejscami rozpaczliwa, chce się uciec, by tego nie widzieć. Najpierw chyba muszę  zprovoznit  warsztat. No, czyż nie jestem Czechem, skoro w tym języku nieraz myślę? Najbliższym polskim odpowiednikiem byłoby „uruchomić”, ale raczej chodzi o „uczynić działającym” – aby w razie czego był do dyspozycji. Bez warsztatu nie czuję się mężczyzną. Nie czuję się  wogle.  Tak mówiłem, będąc dzieckiem.

blog

bolesne daty

Znałem na pamięć numery PESEL swoich rodziców (bo pisywałem im recepty). Teraz – pamiętam daty ich śmierci.

Czy 7 listopada też zapamiętam na zawsze? Uśmiechnięta twarzyczka Ewuni, odjeżdżającej ze swą mamą do babci, przyszywanego dziadka i pieska Filipka.

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepsze, co matka może zrobić dla swojego dziecka, to kochać jego ojca. Ale ktoś inny kiedyś też powiedział, że serce nie sługa.

… a za 20 minut mam być w robocie. Tam też jest net. On jest jak Bóg. Wszechobecny, wszechmocny, wszechwiedzący, niepojęty. A propos, czy ktoś go widział? A przecież czujemy jego obecność, wzywamy jego imienia.

blog

na grobach

… się było.

Taty i dziadków.

Pradziadków i prapradziedków po kądzieli. Tego dziadka babci, który pojechał z końmi po piasek – i zasypało go. Te same konie przywiozły go do domu… historia z roku 1902, często powtarzana przez babcię.

Ukochanej nauczycielki, pani Ludmiły.

Pacjentki, którą kochałem.

Rodziny M., z której doktor Oswald żył i umarł w Nigerii; dawna wielka miłość mojej mamy… 

Dwu ciotek, starych panien.

Mamy…

… znów mi się nie tak dawno śniła, żywa. Bałem się, że się obudzę i rozpłynie się w niebycie.

Spieszmy się kochać… Takie banalne – ale jak bardzo prawdziwe… 

blog

klamra czasu

Przed rokiem w rocznicę śmierci taty byłem w górach, dlatego na grób poszedłem zapalić światło w przedzień, późnym wieczorem.

W tym roku odwrotnie: 22 września byłem w górach, zaś w smutną rocznicę, przypadającą w następnym dniu, odwiedziłem cmentarz też późną porą. W świetle przydrożnych latarni było widać, jak wiatr przynosi kolejne fale deszczu. Znicz zapaliłem już w samochodzie, na wietrze byłoby to trudne.

Nie byłem na cmentarzu długo. Co mam tam robić? Wspomnienie rodziców noszę w sobie, wdzięczność dla nich – też, o tyle większą, że na koniec i ja zostałem rodzicem.

Trochę przez przypadek, trochę celowo – obie wycieczki miały bardzo podobną trasę: z Mostów koło Jabłonkowa do Czadcy – przez Jaworskie. Za pierwszym razem zauważyłem nowy szlak, który przeszedłem w tym roku. W międzyczasie Jaworskie stało się naszą górą magiczną. Byliśmy na nim ubiegłej jesieni dwa razy; za pierwszym – dwukrotnie zgubiliśmy drogę i w końcu czekał nas nieplanowany nocleg w budce autobusowej. Zapomnieliśmy zabrać w góry mapę, ale po powrocie zauważyłem, że układ dróg na stokach tego szczytu na wszystkich dostępnych mapach jest przedstawiony błędnie. Za drugim razem spaliśmy pod Jaworskim tuż obok mocno spróchniałego drzewa, co odkryliśmy dopiero rano. Zanim osiągnęliśmy szczyt, rozpadało się. Do Czadcy dotarliśmy zupełnie przemoczeni. I to wszystko z małą Ewunią w nosidełku…

Dana jest od tygodnia w Czechach, u swoich rodziców. Byłem przeziębiony, zwolnienie napisała mi sama szefowa. Teraz próbuję uporać się z problemami, które łatwiej się rozwiązuje, gdy rodzina chwilowo wyjedzie. Drobne remonty, porządki. Po cichu liczyłem, że pozbieram się, zanim skończy mi się chorobowe.

Chcę jak najlepiej wykorzystać czas do powrotu Dany i Ewuni. Ale… już się cieszę, jak znów pójdziemy na Jaworskie…

blog

niby zwykły dzień…

W nocy przenosiłem dane pomiędzy dyskami twardymi i coś się pogubiło, kiedy komputer się zawiesił. Dlatego późno poszedłem spać, potem Ewunia tradycyjnie domagała się swojej niemowlęcej flaszki (najwyraźniej tęskni za smoczkiem, którego od dawna nie chce) – więc się nie wyspałem. Ale nic, dziś (tzn. w piątek) pracuję od jedenastej.

Niewielka kolejka pacjentów, w ciągu godziny udało mi się ją rozładować i zaparzyć sobie herbatę (a w robocie jest lepsza woda, niż w domu, więc herbatę pijam tam w dużych ilościach). Dzień jak każdy inny – przynajmniej tak się zapowiadał.

Nie wiedziałem, że rano w pobliskiej kopalni stał się wypadek – człowiekowi urwało rękę. Zmiażdżona, nie ma czego przyszyć. Potem, też w okolicy – nagły zgon w pracy. Mój rówieśnik, młodszy o 3 tygodnie. Dopiero pod koniec szychty przyszła strapiona córka po kartę zgonu. Nigdy nie chorował, ostatnich kilka dni bolał go „żołądek”. Zawał?

Dwa wnioski do sanatorium – pierwsze, odkąd pracuję w nowej przychodni. Dwa wsteczne chorobowe – od poniedziałku. Tego też nie było cały miesiąc! No, chociaż nie musiałem szukać bankomatu, by kupić dla Ewuni pieluszki 😉

Idąc na drugie śniadanie, w pokoju socjalnym natknąłem się na moją nową Szefkę (ma tam swą dziuplę – tzn. palarnię…) i rozmowa zeszła na tory osobiste: pokazała mi zdjęcia swojego ukochanego pieska oraz… wnuczka. Lubią mnie w tej robocie. Najwyraźniej spodobałem się Szefce. To jest jak sen: dobre relacje międzyludzkie, umiarkowane tempo pracy i płaca, która w moim odczuciu jest bardziej niż godziwa. Chyba po raz pierwszy w życiu mam więcej, niż wynosi średnia krajowa.

Wieczorem, tuż po wypisaniu karty zgonu, zbieram się do domu. Jestem zmęczony, jadę powoli (tzn. z maksymalną dozwoloną na tej pseudoautostradzie szybkością). Zbliżam się do skrzyżowania, przy wysepce oddzielającej dwupasmowe jezdnie czeka czarne BMW, by skręcić w lewo. I nagle wjeżdża na mój, prawy pas! Pisk opon, lekki poślizg… Już myślałam, że bez stłuczki się nie obejdzie. Tamten przejeżdża na lewy pas i niespiesznie się oddala. Nie patrzyłem kto siedział za kierownicą. Oczekiwałem jakiegoś przepraszającego gestu… albo, że  będzie zmykać jak niepyszny.

Podjeżdżam pod blok – Dana wiezie Ewunię na jaj ulubionym trójkołowcu na plac zabaw. Idę z nimi. Dana jest przeziębiona. Zrezygnowaliśmy z weekendowego wyjazdu na festiwal folkowy.

blog

w nowej pracy

… był dziś doktór. Nie bez obaw rano jechał (oczywiście w ostatniej chwili): niebezpieczna szosa, a potem, na miejscu – jak to będzie? Jacy pacjenci, jakie przypadki? Bo może być coś poważnego, zamiast dotychczasowej papierologii…

Duży, ładny gabinet, przy drzwiach już widnieje moje nazwisko i godziny przyjęć. Fartuch dali. W ubikacji działa spłuczka. Elegancja – Francja.

… no i ta płaca. Na doktorskim forum wprawdzie napisali, że doktór tanio sprzedał swoją skórę. Wszystko jest względne. Na wszelki wypadek nie mówię, ile zarabiałem dotąd. Nikt by nie uwierzył.

Pieniądze to nie wszystko. Teraz łatwo się to mówi, bo człek przeżyje miesiąc i nawet coś odłoży.

felietony

Trzy sekundy życia

 

Dobra wiadomość: na Słowacji staniały mandaty. Znana z surowości tamtejsza policja uznała, że ostre sankcje spełniły swój cel: wyraźnie ubyło ofiar wypadków. Że policja słowacka bywa „wredna“, słyszał niemal każdy kierowca. Kto jeździł w ostatnich latach po tym kraju, zapewne zauważył, że mało kto wyraźnie przekracza dozwoloną szybkość. Znajduje to odbicie w statystyce: na drogach tego kraju ginie znacznie mniej osób. Mniej, niż przed laty, mniej, niż w Polsce (na milion mieszkańców). Prawie jak na Zachodzie, choć to kraj tak bliski i swojski. Nikt nie lubi policyjnego bata, ale jak widać – jest skuteczny. Opowieści o złośliwej skrupulatności tamtejszej policji zapewne nie są wyssane z palca, z drugiej strony – dyscyplina w sprawach zasadniczych jest potrzebna. Chodząc do szkoły, marzymy o łagodnych nauczycielach, potem o wyrozumiałych policjantach. Brutalna prawda jest taka, że bardziej się kierujemy naukami tych „złych“. Czy postuluję, by nasza policja była bardziej ostra? Dla mnie bywa wyrozumiała, nie chciałbym tego zmieniać. Z drugiej strony – nie lubię być traktowany jako zawalidroga, nowicjusz, kiedy w miarę przestrzegam znaków.

Mieszkając jedną nogą w Bielsku, dość dużo słyszałem o wypadku w pobliskich Kozach. Kierująca była po użyciu amfetaminy – to wszystkim utkwiło w pamięci. Sto kilometrów na godzinę i sto metrów do przejścia – brzmi bardziej banalnie. To około trzech sekund. Za mało, by dwaj chłopcy przeszli na drugą stronę. Dlaczego skupiamy się na amfetaminie? Większość z nas jej nie używa. To nie nasz przypadek. My tylko przekraczamy prędkość.

felieton na 12 VII 2013 – dla Dziennika Zachodniego