W nocy przenosiłem dane pomiędzy dyskami twardymi i coś się pogubiło, kiedy komputer się zawiesił. Dlatego późno poszedłem spać, potem Ewunia tradycyjnie domagała się swojej niemowlęcej flaszki (najwyraźniej tęskni za smoczkiem, którego od dawna nie chce) – więc się nie wyspałem. Ale nic, dziś (tzn. w piątek) pracuję od jedenastej.
Niewielka kolejka pacjentów, w ciągu godziny udało mi się ją rozładować i zaparzyć sobie herbatę (a w robocie jest lepsza woda, niż w domu, więc herbatę pijam tam w dużych ilościach). Dzień jak każdy inny – przynajmniej tak się zapowiadał.
Nie wiedziałem, że rano w pobliskiej kopalni stał się wypadek – człowiekowi urwało rękę. Zmiażdżona, nie ma czego przyszyć. Potem, też w okolicy – nagły zgon w pracy. Mój rówieśnik, młodszy o 3 tygodnie. Dopiero pod koniec szychty przyszła strapiona córka po kartę zgonu. Nigdy nie chorował, ostatnich kilka dni bolał go „żołądek”. Zawał?
Dwa wnioski do sanatorium – pierwsze, odkąd pracuję w nowej przychodni. Dwa wsteczne chorobowe – od poniedziałku. Tego też nie było cały miesiąc! No, chociaż nie musiałem szukać bankomatu, by kupić dla Ewuni pieluszki 😉
Idąc na drugie śniadanie, w pokoju socjalnym natknąłem się na moją nową Szefkę (ma tam swą dziuplę – tzn. palarnię…) i rozmowa zeszła na tory osobiste: pokazała mi zdjęcia swojego ukochanego pieska oraz… wnuczka. Lubią mnie w tej robocie. Najwyraźniej spodobałem się Szefce. To jest jak sen: dobre relacje międzyludzkie, umiarkowane tempo pracy i płaca, która w moim odczuciu jest bardziej niż godziwa. Chyba po raz pierwszy w życiu mam więcej, niż wynosi średnia krajowa.
Wieczorem, tuż po wypisaniu karty zgonu, zbieram się do domu. Jestem zmęczony, jadę powoli (tzn. z maksymalną dozwoloną na tej pseudoautostradzie szybkością). Zbliżam się do skrzyżowania, przy wysepce oddzielającej dwupasmowe jezdnie czeka czarne BMW, by skręcić w lewo. I nagle wjeżdża na mój, prawy pas! Pisk opon, lekki poślizg… Już myślałam, że bez stłuczki się nie obejdzie. Tamten przejeżdża na lewy pas i niespiesznie się oddala. Nie patrzyłem kto siedział za kierownicą. Oczekiwałem jakiegoś przepraszającego gestu… albo, że będzie zmykać jak niepyszny.
Podjeżdżam pod blok – Dana wiezie Ewunię na jaj ulubionym trójkołowcu na plac zabaw. Idę z nimi. Dana jest przeziębiona. Zrezygnowaliśmy z weekendowego wyjazdu na festiwal folkowy.