blog

na wakacje

… jedzie doktór. Na tydzień, do Ewy. Do Ewy? Przecież Ewa,  velká Eva,  już nie żyje. Córka, Ania, jest jej odbiciem. I, mimo wszystko, nadal pełno tam Ewy, jej ducha.

W sobotę byliśmy na festiwalu folkowym.

W zeszłym tygodniu – na pogrzebie znajomej lekarki. Kiedy w grudniu odwoziłem ją z ustrońskiego sanatorium do Krakowa, nie sądziłem, że widzimy się po raz ostatni.

Po drodze zapalę znicz na grobie taty, taki duży, bo jutro ma urodziny.

Cinquecento ma mało oleju. Kupiłem jakąś taniochę, ale gdzie jest?

Do Wartburga, który stoi, pardon, leży na chodniku (i zbiera za wycieraczką oferty  kupię ten samochód) – na eBay.de zdobyłem wahacze. No tak, trzeba było wahać się przed kupnem. Wredni ci Niemcy. Kult enerdowskich pojazdów wywindował w górę ceny części.  Pomyśl, że kiedyś na taki festiwal przyjedziemy Wartburgiem  – ta myśl rozpala Danę. Bo nawet sprzedawca z bufetu przyjechał najnowszym Peżotem.

Auto socjalistyczne – to dziś dość droga zabawka. Dla biedaków są Golfy, dla bogaczy – wozy z PRL. Się porobiło.

Doktór już wkrótce będzie dożywać końca miesiąca bez długów. Długa to historia, więc zostawmy ją na czas po powrocie z wakacji. 

blog

piwne święto

… już za nami.

W Żywcu najbardziej nam smakował porter. Akurat nie wzięliśmy pod uwagę, że Ewunia nie ma jeszcze prawa jazdy.

Opracowałem trasę, na której nie powinna czyhać policja. A potem pojechaliśmy i tak tą najbardziej uczęszczaną.

Dana śpi. Ewunia chwilowo też, kły jej rosną, więc co chwilę drogujemy ją ibuprofenem.

W lodówce jest radler *)…

Portera chyba zacznę nazywać driverem.

*) Radler (niem.) – rowerzysta

blog

tata!

… wykrzyknęła Ewunia, kiedy w poniedziałek wróciłem z pracy – wyraźnie i po raz pierwszy odnosząc to na pewno do mojej osoby (przedtem tatą  bywał i… piesek u dziadków)

3 czerwca 2013 – muszę zapisać tę datę.

A kiedy ja zacząłem mówić? Ale kogo mam o to zapytać? 

felietony

felieton na Dzień Matki

Kwiaty dla mamy



Dobrze pamiętam ten dzień, miałem jakieś 16 lat. Wracając ze szkoły przechodziłem obok kwiaciarni. „Dziś składamy życzenia: wszystkim mamom“ – głosił napis nad okienkiem. Ruch musiał być duży – ostała się chyba ostatnia wiązanka, lekko sfatygowana. Mama jednak rozpromieniła się, kiedy w domu wręczyłem jej te kwiaty. Miała wówczas z grubsza tyle lat, ile ja teraz. Cieszyn skąpany był w wiosennym słońcu, nie wiedzieliśmy jeszcze, że już za kilka lat zerwą się potężne wiatry historii.

To tak oczywiste, że jesteśmy na świecie. Ile zawdzięczamy rodzicom, w pełni uświadamiamy sobie, gdy mamy własne dzieci. I, niestety, kiedy nasi rodzice odchodzą na zawsze. Nie płakałem, kiedy nadeszła wiadomość, że mama nie żyje. Nie płakałem na jej pogrzebie. Kiedy wysiadłem na uroczym przystanku w Oszczadnicy i pociąg odjechał – nie wytrzymałem. Poprzednio stałem na tym peronie dwadzieścia lat wcześniej, właśnie z mamą. Wyruszaliśmy na jedną z naszych najpiękniejszych wycieczek w tej części gór. Otarłem łzy i zarzuciłem na ramiona plecak. Pogoda była równie piękna, jak wtedy. Dziękuję ci, że wpoiłaś mi miłość do wędrowania – te słowa wypowiedziałem nad grobem. W drugiej połowie życia coraz chętniej wspominamy swe dzieciństwo. Góry towarzyszyły mi od niepamiętnych czasów i to właśnie mama wynosiła mnie na Równicę od moich dwu lat. Pozostała wiernym towarzyszem wędrówek, dopóki starczyło jej sił.

Po śmierci mamy znalazłem w jej szufladzie zasuszone kwiaty. Właśnie tamte. „Pierwsze kwiaty, które dostałam od syna“, data. Nie przypuszczałem wówczas, jak drogą staną się dla niej pamiątką.

dla „Dziennika Zachodniego” 

blog

… i po maju

Podczas nieobecności Dany i Ewuni zrobiłem trochę porządku w obu domach. Znalazła się część rzeczy, których szukaliśmy od miesięcy – np. mój zeszyt haseł (no przecież nie będę ich trzymać w kompie!). Niestety – nie telefon Dany, w którym miała dzwonek z naszego ulubionego filmu i fotkę z wandru po Austrii. Te pliki mam, telefon był groszowy i zasimloczony (ale świetny model, jeśli nie pragniemy smartfona – Siemens C65), szkoda numeru.

Ewunia już biega. Zdążyła sobie oparzyć ręce, próbując przyłożyć do ogniska – i spaść ze schodów, bez obrażeń. Dzisiaj byliśmy na ostatniej kontroli, już wszystko w porządku.

26 maja położyłem na grobie mamy czerwoną różę.

Radziecka lodówka, pracująca nieprzerwanie od roku bodaj 1978, przed kilkoma dniami nawaliła – spalił się termostat. To się da naprawić. I warto, bo świetnie się spisywała. Większość wiktuałów, które musiałem z niej wyjąć, włożyła do niej jeszcze moja mama.

Jutro chcemy wyskoczyć z Daną na Słowację, nad zaporę wodną, w sobotę – na folkowy festiwal.

Nie udaje się nam dopiąć budżetu. Likwiduję telefon stacjonarny – po śmierci mamy nie jest już potrzebny. Testuję 19-groszowe oferty: nju.mobile i Virgin mobile, by obniżyć koszty i tutaj. Dziewica jest chyba lepsza, bo zadaje się w obie strony z każdym operatorem zagranicznym. Nju na kartę nie ma rozmów wychodzących w 2 z 3 czeskich sieci.

Trzeba w końcu naprawić Fiestę (ma LPG!). Wartburg też ma, ale to będzie dłuższa historia. Dana chce nim pojechać do Turcji. Ja na razie cicho marzę o Eisenachu (i wejściu na tamtejszy zamek w takt Wagnera). A głośniej – o nowych wahaczach. Przyjechał z Krakowa i siadł na chodniku. Amorek przebił się na ziemię.

Ściągam film  The heart is a lonely hunter.

blog

smutne urodziny

Zawsze starałem się być już na nogach o 6:50 – o tej godzinie przyszedłem na świat. W kuchni czekało już śniadanie. Mama miała uroczystą minę. Jak tylko się uczesałem i przybliżyłem do stołu, podchodziła do mnie i, spoglądając głęboko w oczy, składała mi życzenia.

Dzisiaj spałem dłużej. Nie było zresztą po co wstawać, nikt na mnie nie czekał.

Dana z Ewunią jest u swej rodziny w Czechach. Telefon ma wyłączony. 

blog

niosąc złą nowinę

(mała retrospekcja)

Najtrudniejsze zadanie po śmierci bliskiej osoby? Zawiadomić wszystkich, których trzeba. I w porę.

Ciocia mieszka niedaleko nas. Jedna z nielicznych klatek schodowych, gdzie człek dostanie się przed drzwi mieszkania. Dzwonię. Otwiera ciocia.

Co chcesz mi powiedzieć? Co przyszedłeś mi powiedzieć?

Milczę.

Wejdź

——–

Halo, czy dodzwoniłem się do państwa B.?

Dawni znajomi, od lat nie mieliśmy kontaktu.

Chyba wiem, jaką wiadomość chce nam pan przekazać…

——–

Tratatatata… frankownica stempluje plik kopert z czarnym paskiem na rogu. Niektóre posyłam chyba do nieba. Przetrząsałem stare notesy mamy.

——–

Staroświecki Siemens S10, wypasiony model z roku 1997. Czeska SIMka. Przeglądam  spis numerów. Czy państwo Mikulášowie jeszcze żyją? Czy nadal mają ten numer? Co tam, to tylko parę koron. Fanfara, przypominająca trąbkę pocztową: doręczono.

——–

Panie profesorze, przypomina pan sobie wycieczkę z mamą na Kościelec? Mama na Tatry spogląda już z góry…

 

felietony

felieton na 25 stycznia 2013

Równia pochyła

Czy wyście zgłupieli? Zburzyliście dworzec i w zamian macie coś takiego? Czech z walizką, udający się do Krakowa, nie mógł ochłonąć ze zdziwienia. My sami na odmianę sprawiamy wrażenie, że nic specjalnego się nie stało.

Prześledźmy krok po kroku, jak pozbyliśmy się dworca autobusowego. Najpierw uznano, że druga jego część jest niepotrzebna, więc miasto postanowiło spieniężyć swój grunt. Już wtedy powstawali nowi przewoźnicy, którym ten dworzec by się przydał. Niestety, teren zajęto pod stację benzynową. Za jakiś czas zaczęto propagować budowę ronda na rogu Liburni i Katowickiej. Jednym z argumentów było „ułatwienie wyjazdu autobusów PKS w stronę Katowic“. W ostatecznym efekcie wyjazd ten zablokowano, w zamian obiecując dobudowanie w nieokreślonej przyszłości wjazdu dla autobusów – wprost na wiadukt. Następnym wystrzałem było Zintegrowane Centrum Przesiadkowe, mające połączyć dworce PKP i PKS. Nie widziałem projektu, ani sensu tego przedsięwzięcia, ale inni ślinili się z zachwytu. Sprawa zresztą wkrótce ucichła. Za to pod płotem dworca rozrastały się stanowiska prywatnych przewoźników, którzy starali się ulżyć PKS-owi, wysyłając swe wozy tuż przed jego autobusami, na te same, najbardziej uczęszczane trasy i z nieco niższą taryfą. Żarty żartami, ale ktoś wydał im koncesje. Na dokładkę media prowadziły negatywną kampanię, że niby PKS wozi nas starymi gruchotami, a konkurencja oferuje lepsze warunki podróżowania. Kiedy cieszyński PKS dogorywał, władze lokalne nie zadbały o przejęcie dworca, choć groźba jego likwidacji była realna. Daliśmy im władzę, a oni nas urządzili.

blog

czarne chmury

… pokrywały prawie całe niebo, kiedy jechałem rano do pracy. Chyba nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Zanim zapaliłem silnik, wyjąłem z torby telefon i położyłem go na półeczce.

W połowie drogi rozległ się jego dzwonek – ten zwykły, dla numerów, których nie mam w pamięci.  Spojrzałem na ekran – numer stacjonarny, to chyba bezpośrednia linia na oddział, gdzie leży mama.

Panie doktorze, bardzo mi przykro, pana mama

Jechałem powoli, inne auta mnie wyprzedzały. W przychodni znowu były tłumy pacjentów. Do szpitala dotarłem, gdy prosektura już była zamknięta.

W przedpokoju stoją buty mamy, w spiżarni chyba jeszcze leży woreczek z ryżem, który ugotowała.

Mamo, wołam Twoje imię, znowu jesteś przy mnie… 

http://www.youtube.com/watch?v=tTMxnsOwlNU 

http://www.youtube.com/watch?v=mae27a4Hv9Q 

Jest rano, leżysz na plecach, w swych wyciągniętych w górę rękach trzymasz mnie wysoko nad sobą, uśmiechasz się… Leci chłopczyk do mamusi

Siedzimy na trawie, Ty rozkładasz na płóciennej serwecie nasze górskie śniadanie.

mama na ostatniej tatrzańskiej wycieczce - Niżne Tatry, wrzesień 2006 

Strzępy wspomnień… Jak mi teraz pusto…