… jedzie doktór. Na tydzień, do Ewy. Do Ewy? Przecież Ewa, velká Eva, już nie żyje. Córka, Ania, jest jej odbiciem. I, mimo wszystko, nadal pełno tam Ewy, jej ducha.
W sobotę byliśmy na festiwalu folkowym.
W zeszłym tygodniu – na pogrzebie znajomej lekarki. Kiedy w grudniu odwoziłem ją z ustrońskiego sanatorium do Krakowa, nie sądziłem, że widzimy się po raz ostatni.
Po drodze zapalę znicz na grobie taty, taki duży, bo jutro ma urodziny.
Cinquecento ma mało oleju. Kupiłem jakąś taniochę, ale gdzie jest?
Do Wartburga, który stoi, pardon, leży na chodniku (i zbiera za wycieraczką oferty kupię ten samochód) – na eBay.de zdobyłem wahacze. No tak, trzeba było wahać się przed kupnem. Wredni ci Niemcy. Kult enerdowskich pojazdów wywindował w górę ceny części. Pomyśl, że kiedyś na taki festiwal przyjedziemy Wartburgiem – ta myśl rozpala Danę. Bo nawet sprzedawca z bufetu przyjechał najnowszym Peżotem.
Auto socjalistyczne – to dziś dość droga zabawka. Dla biedaków są Golfy, dla bogaczy – wozy z PRL. Się porobiło.
Doktór już wkrótce będzie dożywać końca miesiąca bez długów. Długa to historia, więc zostawmy ją na czas po powrocie z wakacji.