Dzisiaj dwa razy uznano mnie za dziadka Ewuni.
O, wnuczek…
Nnie, to dziewczynka.
… a teraz pojedzie doktór do zgonu. Na razie – cudzego.
życie codzienne i niecodzienne pewnego lekarza
Dzisiaj dwa razy uznano mnie za dziadka Ewuni.
O, wnuczek…
Nnie, to dziewczynka.
… a teraz pojedzie doktór do zgonu. Na razie – cudzego.
Cztery godziny w robocie, na rękę około 50 złotych (minus dojazd…).
Pacjentów nawet sporo. Jeden z nich – majówkowy turysta, przyszedł tylko po receptę: wziął ze sobą zbyt mały zapas leku. Skoro nie był zapisany do naszej przychodni, za wizytę u mnie musiał zapłacić w rejestracji (a przecież mamy prawo do świadczeń w całej Unii – na warunkach jak tambylcy…).
Po wyjściu pacjenta na moim biurku został kwit, opiewający na 100 złotych.
I nawet bardzo okrągłe. Tylko z czego się tu cieszyć? Że drugiego tyle już nie będzie?
Trzeba posprzątać w ogrodzie. Będzie też okazja, by przyjąć gratulacje od mamy.
… i podziękować rodzicom. Szkoda, że taty już nie mogę uścisnąć. Dopiero teraz wiem, ile cierpliwości dla nas mieli nasi rodzice, kiedy sami byliśmy tacy maleńcy… Ewunia jest wyjątkowo mało problemowym dzieckiem. Uff, byle nie zapeszyć…
… i pierwsza wizyta w gospodzie. Wygląda na to, że piana z tatowego piwa Ewuni smakowała.

Noc z soboty na niedzielę przespaliśmy w trójkę pod gołym niebem, w uroczym miejscu koło Trzyńca. W niedzielę trochę za bardzo się opaliliśmy, tzn. Ewunia.
Po raz pierwszy spała w łóżeczku dziecięcym, które jej kupiliśmy na Aukro.cz. W sobotę wreszcie wyciągnąłem z nieczynnej od tamtej eskapady Fiesty wszystkie detale i zmontowałem w mieszkaniu. Początkowo córeczka czuła się w ogromnym, pustym łóżku nieswojo, więc poprzednią noc spędziła jeszcze po staremu, w wiklinowym koszu, w którym przyjechała z porodówki. Wstawiliśmy go do łóżeczka.
Czekam na alternator (z Allegra) do tatowego CC, padło łożysko. Na razie jeździmy Polonezem, dziś – do pediatry na szczepienie. Polonez jest żarłoczny, benzyna – droga. Ale… PKS-em tam i z powrotem: 4 x 10 zł. Benzyny spalimy do 8 litrów.
Ściągam melodyjki w formacie .mid – do naszych Siemensów C65. Ten od Dany był wyczyszczony przez poprzedniego właściciela, mój – miał tylko standardowe dzwonki. Danie teraz gra melodyjka z kultowego filmu Slunce, seno, jahody (Słońce, siano, jagody). Akurat pierwszy, kto ją uruchomił, był jej były mąż. Oczywiście lepiej od Dany wiedział, gdzie się ona znajduje. Przecież dzwonię na czeski numer, to jesteś w Czechach.
Dziś się spóźniłem do roboty – rano nie było prądu, a ja nie chciałem zostawiać do wieczora nieczynnej lodówki. Przed przychodnią już na mnie czekała Szefka.
Pan doktor nigdy nie przychodzi do pracy punktualnie.
Co za potwarz! Przecież raz na kilka tygodni mi się to zdarza…
Sosnowiec i Smoleńsk. W nieskończoność.
No, przynajmniej próbuje, dziś widzieliśmy to po raz pierwszy.
Dzisiaj też skończyła 3 miesiące.
… jest piątek, trzynastego. Tak, jak wtedy w styczniu.
Wieczorem jedziemy całą paczką do Zlína, na jutrzejesze spotkanie Historycznego Radioklubu Czechosłowackiego.
Przedwczoraj była karczemna awantura o Ewunię. Dzwoniła do nas policja, na numer taty, widocznie ktoś im podał numer rejestracyjny auta. Akurat telefon taty włączam tylko czasami, zresztą akurat nawalił. Wieczorem włożyłem jego SIM-kę do rozdziewiczonego*) Madziara (Siemens A60, made in Hungary) i wskoczyły dwie SMS-ki, że ktoś próbował się połączyć. Się wygooglało: oficer dyżurny c.k. Policyi w Białej.
*) odsimloczenie kosztowało więcej, niż ten trup
Dana wróciła z Czech w piątek wieczorem.
W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę pociągiem, mimo zimowej pogody. Po prostu: Dana kupiła w supermarkecie zniżkowe bilety kolejowe na całą sieć kolei czeskich, ważne tylko w wielkanocną sobotę lub niedzielę. Chwilami świeciło słońce, chwilami – śnieżyło. Pojechaliśmy do Znojma, morawskiego miasta przy samej granicy austriackiej, wróciliśmy nieco inną trasą. Naturalnie – byliśmy z Ewunią. Dobrze zniosła podróż i tradycyjnie podobała się niemal wszystkim. Spokojne, uśmiechnięte dziecko. Widocznie zatrudniamy dobrego piarowca.
Dziś klapa: pojechałem do mamy, przy okazji chciałem jej wypełnić PIT. Niestety, zmieniono warunki jednej z ulg i musimy z niej zrezygnować. A mojego PIT-u z ubiegłego roku nie mogę znaleźć w komputerze. Chcieli go w izbie lekarskiej, kiedy prosiłem o czasowe zwolnienie ze składki jako bezrobotny. Że wróciłem do pracy, tego wiedzieć nie muszą.
Rano pędzę do roboty tatowym Czinkłeczętem. Rzęzi i nie dorównuje szybkością naszemu Maluchowi (100 zamiast 130), za to spala prawie 7 litrów benzyny. Biedny tata… dał się nabrać na tego rzęcha, potem ciągle wspominał swoją ukochaną śp. Favoritkę…
Poniedziałek, więc zaczyna się ostro. Już w szatni odbieram telefon znajomego, prosi o wizytę u ojca. Komputer się muli, program „Gabinet” co chwilę pada.
… no i po pacjentach. Herbata, kanapki, druga herbata – i na wizyty. Ta druga – okazuje się, że jedziemy do pana W. o chorwackim nazwisku. Sympatyczny starszawy pan, skromny domek na końcu drogi, z oknami wychodzącymi na las. Zza piwnicznych drzwi wniebogłosy szczeka kundelek, nie mogąc się pogodzić z nagłą banicją. Uderza mnie, że drzwi do pokoju mamy pana W. są zamknięte, a w mieszkaniu panuje starokawalerski rozgardiasz. Osłuchuję pacjenta, piszę receptę. Nie mam odwagi pytać o jego mamę… Syn pana W. mieszka koło naszej przychodni, on sam sprawia wrażenie człowieka samotnego, zżytego tylko z matką – staruszką.
Mama wkrótce wróci ze szpitala – słyszę i kamień spada mi z serca. Pan W. prosi o podwiezienie do miasta, do apteki. Najpierw musi złapać kundelka, który wyrwał się i uciekł na drogę. Pan W. to nasz autostopowicz, kiedyś byłem u niego z wizytą swym prywatnym autem, wracając z dyżurowego odskoku do taty. Wtedy też przybrał się ze mną, po lekarstwa dla mamy.
W południe kończę robotę, wracam do domu. Pod wieczór dzwonię do Marii; jej ukochany wujek nagle trafił do szpitala. Wujek, zwany dziadkiem, w praktyce – był dla niej ojcem. Przed rokiem hucznie obchodził 70. urodziny, kilka miesięcy po wykryciu i wyoperowaniu raka płuc. Maria była mi wdzięczna, że to ja namówiłem go do leczenia. Wydawało się, że jest dobrze. Po kilku miesiącach pojawiła się wznowa, radioterapia miała zażegnać niebezpieczeństwo. Niestety, bóle i niedowłady nie były powikłaniami napromieniowania. Kiedy odkryto przerzuty do kręgosłupa, Maria zrozumiała, że walczymy już tylko o możliwie długie i komfortowe przeżycie chorego, który jeszcze tak niedawno, czując wiosnę, chciał wyjść na podwórko.
Wczoraj poczuł bóle brzucha, zabrało go pogotowie (niechętnie, bo pacjent nowotworowy i do tego stary… skąd ja to znam…). Pęknięcie jelita, jak u Václava Havla (nowotwór ten sam, czy to przypadek?). Operacja się udała, chirurg był pełen ostrożnej nadziei: w brzuchu nie było żadnych przerzutów.
Telefon Marii był wyłączony, co mnie zmartwiło. Wieczorem oddzwoniła. Dziadek zmarł rano.
Dana pojechała z Ewunią do tej swojej, do Pilzna w Czechach.
Po raz pierwszy od miesięcy mogę pomieszkać w moim domu rodzinnym… i chwycić się wszystkiego, co na mnie czeka. Mogłoby być cieplej, bo w taki ziąb nie chce się nic robić w ogrodzie, piwnicy, na strychu.
… we wtorek ma być słonecznie, ciepło. Sprawdzałem prognozę dla Słowacji. Jak w nocy odprowadzałem Danę na peron, w przejściu podziemnym zabrzmiała melodyjka, towarzysząca zapowiedziom pociągów (ja sobie do niej nucę: tyś pocieszycielem zwany – brzmi mi tak samo, jak Przybądź duchu stworzycielu). Przez chwilę zapomniałem, że znów chodzę do roboty*)
*) robota (czes.) – pańszczyzna
Lekarz pracujący za płacę minimalną. No, k-wa (córa nie słyszy, to mogę), dejcie mi chociaż jednóm flaszke tego Ginesa, czy jak mu tam 😉
kręte drogi moich aut