Jedziemy na pogrzeb, ale nie nasz własny (więc nie będę jechał ostro). Ledwo to powiedziałem, auto wpadło w poślizg, zatrzymało się przy przeciwległym krawężniku. Z drugiej strony skrzyżowania stał autobus miejski. Jego kierowca najwyraźniej nie mógł się zdobyć na wjazd na ten oblodzony i stromy odcinek.
Po 5 godzinach dojechaliśmy cali i zdrowi, choć trochę spóźnieni.
Ewę przyszedł pożegnać jej biały koń. Prowadzony po skraju wiejskiego cmentarza, rżał co chwilę. A w tle – srebrną szadzią pokryte góry.
Tak trudno uwierzyć, że już nigdy nie zobaczymy Ewy, nie usłyszymy jej szelmowskiego głosu. Czy ten pies gryzie? Nie, połyka ludzi w całości. Była jak słońce, promieniowała na innych pogodę i ciepło. Tak bardzo polubiła Danę… Dbaj o zdrowie, ciesz się każdym dniem – już wtedy wiedziała, że może nie wygrać swej walki z nowotworem.