blog

na pogrzeb Ewy

Jedziemy na pogrzeb, ale nie nasz własny (więc nie będę jechał ostro). Ledwo to powiedziałem, auto wpadło w poślizg, zatrzymało się przy przeciwległym krawężniku. Z drugiej strony skrzyżowania stał autobus miejski. Jego kierowca najwyraźniej nie mógł się zdobyć na wjazd na ten oblodzony i stromy odcinek.

Po 5 godzinach dojechaliśmy cali i zdrowi, choć trochę spóźnieni.

Ewę przyszedł pożegnać jej biały koń. Prowadzony po skraju wiejskiego cmentarza, rżał co chwilę. A w tle – srebrną szadzią pokryte góry.

koń Ewy 

Tak trudno uwierzyć, że już nigdy nie zobaczymy Ewy, nie usłyszymy jej szelmowskiego głosu.  Czy ten pies gryzie? Nie, połyka ludzi w całości.  Była jak słońce, promieniowała na innych pogodę i ciepło. Tak bardzo polubiła Danę…  Dbaj o zdrowie, ciesz się każdym dniem – już wtedy wiedziała, że może nie wygrać swej walki z nowotworem.

felietony

felieton na 18 listopada 2011

 

Recepta na strach

I lekarze, i pacjenci miny mają nietęgie. Nikt tak naprawdę nie wie, co się będzie działo od stycznia. NFZ zapowiada dokładne kontrole recept. W mediach panuje pomieszanie, spora część lekarzy też jest zdezorientowana. Obawiam się, że nawet NFZ nie ma w tej kwestii jasno.

Recepta jest poleceniem wydania leku. Lekarz bierze odpowiedzialność za skutki medyczne. Niektóre leki są refundowane, NFZ pokrywa część ceny, nieraz setki złotych. I za ten aspekt ma być odpowiedzialny lekarz – czy pacjent jest ubezpieczony, czy rzeczywiście leku potrzebuje i w takiej ilości. To pierwsze będzie trudne, bo nie ma systemu weryfikacji tzw. ubezpieczenia, a przynajmniej lekarz nie ma do niego dostępu. Naturalnie nie wydano żadnych okólników, czy jak by to zwał – wiążących, oficjalnych informacji dla ludzi w białych kitlach. Delikatną kwestią są tzw. choroby przewlekłe, literka P na recepcie, obniżająca pacjentowi cenę. Dotyczy ściśle wybranych leków, przy każdym z osobna – konkretnej choroby. Cukrzycowych – w cukrzycy, parkinsonowskich w odnośnej chorobie itd. Pewnego leku sercowego – rok po zawale, niektórych przeciwbólowych – tylko w raku. I tu zaczyna się ból, inni chorzy mają żal. Nie do NFZ, nie do aptek, do lekarzy. A to od nich chce NFZ ściągać różnicę, gdy zakwestionuje receptę.

Dla „Dziennika Zachodniego“

blog

przebłysk

Wczoraj Ewa nie dała wyraźnego znaku, że odbiera naszą obecność. Zmęczeni podróżą i szukaniem po zmroku szpitala, zanocowaliśmy u Ewy – w domu, do którego już nie wróci…

Dziś rano, przed odjazdem, postanowiliśmy jeszcze raz zaglądnąć do niej – na oddział paliatywny.

Nagle wypowiedziała moje imię.  Tak bardzo cię potrzebuję… ratuj mnie…

Po chwili przyszła pielęgniarka z zastrzykiem morfiny. Ewa znów powoli zaczęła odpływać w swój świat.

Do roboty spóźniłem się godzinę. Tę godzinę, którą spędziłem przy łóżku Ewy. Mimo, że potem jechałem dość dziko, starając się nadrobić czas. Dwa razy ryzykownie wyprzedzałem. Żeby być u celu może dwie minuty wcześniej?

Poczekalna pełna pacjentów, nie wypada parzyć herbaty, choć sucho w ustach. Mężczyzna w średnim wieku, na chwilę przyjechał z Hiszpanii, gdzie pracuje. Zastał matkę ciężko chorą. Rak, przerzuty, wodobrzusze. Tak nagle, najpierw były zaparcia, to pani doktor poleciła otręby… Kilka miesięcy chudła, potem szpital – i diagnoza.

Czy pana mama wie, że jest śmiertelnie chora?

Nie.

Będzie miał trudne zadanie. 

blog

Ewa umiera

Dostaje duże dawki morfiny. Nie zawsze poznaje najbliższych. Chyba trzeba się pospieszyć, jeśli chcemy ją jeszcze zobaczyć.

Ewa… jakimś dziwnym trafem miała ostatnio 55 lat, nadal taka dziewczęca, wręcz łobuzerska… Tyle miała planów, rozpoczętych obrazów… Taki dziecięcy apetyt na życie…

Dana jest teraz w Czechach, u swej mamy. Bardzo ją zasmuciły wieści o Ewie. Wiedzieliśmy, że ma raka, ale była jeszcze nadzieja. Teraz już wiem, że nigdy już nie wróci to, co było. Nie wstanie z łóżka, nie odpowie na SMS-a. Najwyżej na nas popatrzy. Dlaczego tak rzadko się spotykaliśmy? No tak, daleko mieliśmy do siebie. I wydawało się, że nam to nie ucieknie. Tak człowiek wiecznie za czymś biega, nie ma czasu na życie.

I nagle przychodzi śmierć. To już? – pytamy w osłupieniu… Ona nas nie słucha, chwilę cierpliwie czeka, by dotarło do nas, że pora iść…

blog

doktór w kącie

… konsumował wieczerzę swą. Ktoś pewnie myślał, że go do kąta postawili za skandaliczne słownictwo. No, pyskować doktór umie.

Więźniowie dziś mają pokoje do kopulacji, a doktór tu nie ma dyżurki  – to powiedział w obecności pacjentów, na całą poczekalnię.

Po zlikwidowaniu dyżurki przeniósł się na weekend do pustego w tym czasie gabinetu neurologa. Ale i ten zlikwidowano, pewnie był za mały i nie spełniał europejskich norm. W pomieszczeniu urządzono  masarnię,  tzn. gabinet masażysty. Logicznie, gabinet neurologa przesunięto do przepastnego byłego gabinetu masażu.

Doktór popadnie swe dwie bananówki, jak tylko opustoszeje poczekalnia.

Życie jest chwilami mało zabawne. To dlaczego ludziom nie chce się umierać? Stale na coś liczą…

Przychodniane dylematy należą do najmniejszych w doktorowym żywocie. O tych większych nie chce mu się pisać.

Zapalenie zatok jakby ustępowało…

blog

zapalenie zatok

… trapi doktora na dyżurze. Własnych zatok, gdyby kto pytał. Na szczęście, pacjentów jak na lekarstwo. Smarka ropą, łebsko boli.

Doktór se rano poszedł do apteki po antybiotyk. I zaległ w gabinecie, który w weekend jest wolny.

A czemu doktór nie jest na Chorobowem? No, bo jak się robi na czarno, to się to nie opłaca. A poza tym w robocie ma się więcej spokoju, niż w domu.

Ta robota ma określone zalety. Dlatego się jej doktór trzyma. Póki mu się to  karkuluje.

blog

doktora wyjebali

… z dyżurki. Po prostu: pomieszczenie wynajmują jakimś prywaciarzom. Doktorowe klamoty znalazły się na korytarzu.

Kwa, na znak protestu to se chyba raz wezmę zimowy śpiwór. I będę dyżurować przed przychodnią.

Guj im w gupę. 

blog

pan doktór jest chory

… ale nie leży w łóżeczku. Do dyspozycji ma tylko kozetkę w swej dyżurce.

Ech, nie było jak w Czechach, z Daną. W pakamerze jej taty, pod lasem. W zacisznym kącie stało prawdziwe, przytulne łoże małżeńskie. Kołdry były raczej jednoosobowe i niekompatybilne formatem z naszymi ciałami. Ale nie tam złapaliśmy przeziębienie, choć noce były bardzo zimne. A herbatę gotować trzeba było na piecyku, opalanym patykami z pobliskiego lasu. Jak się w nim napaliło, można było w jego pobliżu  tańcować,  zanim udaliśmy się do naszego wspaniałego łoża. Do rana piecyk był zimny, więc nikomu za bardzo nie chciało się z łóżka wychodzić.

Ale chcemy jeszcze przed zimą wrócić do tej zapadłej wioski w zachodnich Czechach. Tak zapadłej, że w weekendy nie jeździ tam żaden autobus.

Najpierw może jednak pojedziemy do Ewy. Leży w szpitalu. To już chyba jej ostatnie tygodnie. 

dana napisał(a): je mi to moc líto [żal], škoda, že jsem jí nepoznala dříve [wcześniej]
taková fajn baba 

Ewuniu… nie odchodź… Tak nam było z Tobą dobrze…

blog

doktór na Czantorii

… był dziś – tzn. wczoraj. Po drodze założył sobie konto w czeskim banku. Kto używa mBanku, wie o co chodzi – obsługa internetowa, podstawowe funkcje gratis, ale w czym jest figiel – nie robią trudności obcokrajowcom. Może tym razem bank nie zniknie wraz z doktorową forsą, jak to niedawno zrobiła pewna słowacka spółka.

Wczoraj było słonecznie, dziś już nie. Ale dobrze, że nie padało. Smutne, że zlikwidowali wieczorny autobus, doktór by nie miał jak wrócić, ale zostawił sobie auto. Ha, wymyślać wycieczkę tak, by wrócić do swego samochodu – to dla mnie jak dla człowieka, który nie żył w PRL, kupować cukier na kartki. Albo jeszcze gorzej.

To już bym wolał te kartki.

Po drodze zadzwoniłem do Dany, z miejsca, gdzie w maju gotowaliśmy herbatę. Jutro do niej przyjadę; Dana jest w Czechach, w rodzinnych okolicach Pilzna.