na Palikota, tzn. na jego ludzi.
Dlaczego: Palikot jest tak beszczelny, że mówi na głos to, co inni sobie tylko myślą.
… kiedy to do licha było, że ludzie myśleli sobie swoje, ale woleli być po cichu?
życie codzienne i niecodzienne pewnego lekarza
na Palikota, tzn. na jego ludzi.
Dlaczego: Palikot jest tak beszczelny, że mówi na głos to, co inni sobie tylko myślą.
… kiedy to do licha było, że ludzie myśleli sobie swoje, ale woleli być po cichu?
Po kilku godzinach jazdy autem dotarliśmy w sobotę do małej miejscowości w Beskidzie Niskim. Przed Nowym Sączem kierownicę przejęła Dana, po tym jak ze dwa razy o mało nie wpadłem do rowu, fotografując podczas jazdy. A było co, pogoda dopisała, krajobrazy pyszne…
Ewa czekała na nas w łóżku, z chustą na głowie. Jak dawniej uśmiechnięta, rozgadana. Tylko czasami wtrącała, jakby od niechcenia: boję się. W stajniach 40 koni, w pracowni zaczęte obrazy. Wieść o raku przyszła jak grom z jasnego nieba, w same urodziny. Żartuje, ale dobrze wie, że gra toczy się o wielką stawkę. I jest przygotowana na wszystko. Dobrze, że dzieci są już duże.
Przyjechaliśmy, by ją odwiedzić w chorobie. Nie tylko po to. Wiedziałem, że i nam doda sił. Nie pomyliłem się.
Dwa dni spędziliśmy na Słowacji, ściślej: urządzaliśmy sobie wypady. Pieszo i autobusem, bo nasza Fiesta bez badań, pierdząca wniebogłosy i z łysiejącą oponą nie powinna się pokazywać słowackiej policji. A zresztą… Jak pięknie jest powoli obniżać się wśród łąk do małej wioski w dolinie, z cerkiewką ukrytą wśród drzew. Posiedzieć w gospodzie u piwa, wracać przez las po zmierzchu, słysząc godowe ryki jeleni.
Jeszcze wrócimy w te strony, Dana była oczarowana. Jak to powiedziała Ewa? Zawsze będziecie mogli tu jeździć. Mam nadzieję, że jednak do niej.
Na pogrzeb przyszło mniej ludzi, niż oczekiwałem. Wzruszyłem się jednak, kiedy przy grobie podeszła do mnie grupka staruszków: my jesteśmy jego kolegami z matury. O śmierci taty dowiedzieli się z mojego telefonu. Specjalnie zaplanowałem pogrzeb w późniejszym terminie, by wyszukać jak najwięcej tatowych kontaktów i dać szansę pożegnania taty wszystkim, którym jego pamięć była bliska. Niestety, nie mogli pójść na stypę.
Dzisiaj chciałem uregulować rachunki u pogrzebacza, ale znowu był pijany. Wszystkie hieny pogrzebowe nieźle nas oskubały. Spadkowe sępy też już zaczynają krążyć.
Jutro rano jedziemy z Daną do Ewy. Zanim pójdzie na kolejną chemię.
Wczoraj wieczorem zaszliśmy na cmentarz. Grób dziadków był już przygotowany na pogrzeb taty.
W milczeniu spoglądaliśmy na spiętrzoną wokół grobu glinę. Deska na dnie wykopu pewnie kryje pod sobą kości dziadka.
Cisza wiejskiego cmentarza z górami w tle, chłód jesiennego zmierzchu i ciepła twarz Dany. Zanuciłem jej piosenkę Bogusława Meca nie biegnij tak bez wytchnienia, na końcu jest tylko ziemia…
Nie miałem pojęcia, ile formalności trzeba załatwić, by pochować zmarłego. Również tych kościelnych. Tata formalnie należał do parafii w miejscu stałego zameldowania, ale chciał być pochowany w swej rodzinnej wsi, gdzie spędzał większość roku. Musiałem uzyskać zezwolenie z tej pierwszej parafii.
Czekając (wręcz czyhając) na księdza, weszliśmy do kościoła. Akurat był ślub. Kiedy młoda para przysięgała sobie wierność i uczciwość małżeńską i że się nie opuszczą aż do śmierci, pocałowałem Danę w usta. Świadkiem nam był Polski Fiat 125p, czekający na nowożeńców.
Pogrzeb taty będzie w czwartek. Jutro, tzn. dziś, chcemy pojechać na małą wycieczkę.
Po pogrzebie pojedziemy do mojej ukochanej kuzynki Ewy. Od miesięcy cieszyliśmy się na tę podróż. Ewa jest cudowna. Jedyny kawałek mojej rodziny po kądzieli, który można bez ostrzeżenia pokazywać ludziom. Musimy się pospieszyć. Nie wiedzieliśmy, że i ona zachoruje na raka.
Za dużo tego. Do łóżka, rano na dworzec. Vlárská dráha czeka… Tatusiu, tak lubiłeś podróżować…
Obudziłem się nagle o piątej, zbudził mnie dziwny sen. Słyszałem w nim słowa stav pacienta je velice vážný. W półśnie opowiedziałem Danie ten sen. Długo mnie tuliła. Czułem, że chciałbym jechać do szpitala za tatą. Nagle spytałem Danę, o której godzinie się urodziła. Godzina wilka – to z filmu – nad ranem, nim wstanie dzień, wtedy ludzie rodzą się i umierają – powiedziałem, co mi nagle przyszło na myśl.
Poszliśmy do kuchni na herbatę. Kiedy ponownie zasypialiśmy, poczułem, że niepokój, który wypełniał mnie od wczorajszego wieczora, odpływa gdzieś w dal, a w jego miejsce pojawił się smutek.
Koło siódmej zadzwoniła lekarka ze szpitala. Tata zmarł podobno o szóstej.
Obraz taty, jaki zobaczyłem w niedzielę rano, był przerażający. Sonda żołądkowa, w niej skrzepy krwi, bulgocący szybki oddech. W końcu dodzwoniłem się i do mamy. Tatuś umiera…
Właśnie szła wizyta, przenieśli go z powrotem na jedynkę i zamonitorowali.
Kiedy stan taty nieco się poprawił, wyskoczyłem do domu na śniadanie, wróciłem z Daną. Dana źle się poczuła, udałem się do pokoju lekarskiego, by pożyczyć ciśnieniomierz. W cztery oczy z lekarką rozmawiało się całkiem miło. Potem, po południu, kiedy byłem przy ojcu sam, przyszła do mnie na chwilę, spytała jaką mam specjalność. Mówiliśmy naturalnie i o tacie. Zrobili mu znowu tomografię głowy, wyszło ognisko udarowe. Niedokrwienne czy krwotoczne? – spytałem. Pani doktor poszła po historię choroby. No tak… Leczenie obu postaci udaru jest, jak się łatwo domyślić, diametralnie inne. Zresztą powiedziała otwarcie, że konsultujący neurolog nie wprowadził żadnego leczenia przeciwudarowego.
Tata jeszcze wczoraj reagował cichym mruczeniem na moje słowa. Dziś jego oddech był spokojniejszy, ale nie zauważyłem żadnej reakcji na przejawy mojej obecności.
Tatusiu, czy to już koniec?
Dyżur w przychodni, spokój. Od rana próbowałem się dodzwonić na oddział, gdzie leży tata. Wczoraj był senny, nie otwierał oczu, ale poznał mnie, reagował na moje słowa, współpracował przy goleniu. Wieczorem rozmawiałem z lekarzem dyżurnym. Właśnie wezwali neurologa, zastanawiali się, czy to reakcja na lek nasenny, podany poprzedniego wieczora.
Pod wieczór wreszcie się dodzwoniłem. Tata miał trudności z połykaniem, dostał sondę do żołądka. Na pierwszy plan wysunęły się objawy neurologiczne. Lekarka też jest zmartwiona jego stanem.
Zaraz po dyżurze jadę do taty. Boję się. On pewnie też.
Z tatą jest lepiej. Spadek płytek krwi mógł być spowodowany niekorzystną reakcją szpiku na antybiotyk.
Wczoraj jednak nogi się pode mną ugięły: łóżko taty puste, rzeczy zabrane. Nie, po prostu go przeniesiono do innej sali, z jedynki z monitoringiem do zwykłej, trzyosobowej.
Jeszcze dzień wcześniej tata prosił mnie wieczorem, bym przy nim został. Boi się śmierci? – pomyślałem. Nie, bał się wieczornej wizyty. Akurat przyszedł młody lekarz, pozwolił nam zostać. Tata się boi pana ordynatora… No, to może pan odetchnąć, szef ma dwa tygodnie urlopu. … ja też sobie odpocznę – wyrwało się lekarzowi.
Tata dostał materac przeciwodleżynowy. Widać, że o niego dbają. Tym lepiej, im częściej go odwiedzam. Wczoraj był u niego neurolog, bo tata ma wyraźne trudności z mówieniem. Tylko dlatego, że poprosiłem o tę konsultację.
Słyszy i rozumie bardzo dobrze. Pewnie usłyszał też uwagę o uporczywej terapii, wypowiedzianą przez jedną z pielęgniarek, gdy męczyły się z założeniem mu wenflonu.
Uporczywa terapia – to pojęcie ze słownika działaczy hospicyjnych. Nie należy sztucznie przedłużać życia (czyli umierania) ludzi będących w stanie terminalnym. W sumie racja, ale trzeba też liczyć się z tym, że do półprzytomnego pacjenta dociera więcej słów, niż się gruboskórnym opiekunom wydaje.
A stan taty jeszcze nie jest terminalny. Mam nadzieję.
Pełen lęku zaglądam do pokoju taty. Nie, łóżko nie jest puste. Poznaje mnie, ale nic nie mówi. Jest bardzo słaby.
Pytam lekarza dyżurnego o wyniki taty. Kreatynina i hemoglobina są lepsze, niż sądziłem. Wcale mnie to nie cieszy, po prostu tym razem załamanie nastąpiło gdzie indziej. Płytek krwi ma tylko 11 tysięcy. Chyba najbardziej się bałem w ostatnich dniach uogólnionego zakażenia: tata od dobrych 10 dni miał codziennie dreszcze i skok gorączki. DIC – to zużycie czynników krzepnięcia krwi, dochodzi do niego w właśnie w ciężkich zakażeniach i nowotworach.
Tata ma dostać koncentrat płytek krwi. Antybiotyk dostał ten sam, który w domu podawałem przez tydzień, bez specjalnego efektu, choć zgodnie z antybiogramem. Do leczenia taty podchodzą starannie, ale chyba tradycyjnie zignorowali wywiad, zebrany ode mnie przy przyjęciu. Informacja o dotychczasowej antybiotykoterapii najwyraźniej gdzieś się rozpłynęła. Gdybym sam pisał skierowanie, zawierałoby i te dane. Nie czas na żale, że ktoś mnie zlekceważył. Niech leczą tatę jak najlepiej potrafią.
kręte drogi moich aut