Tata odzyskiwał wagę, chęć do życia, trochę wolniej – siły. Jak przypuszczałem, miał dość głęboką anemię. Posłałem go do szpitala, lege artis ze skierowaniem i zleceniem na przewóz od lekarza rodzinnego, który w drodze wyjątku udzielił mi audiencji w dniu przyjścia (no tak, gdzie indziej nima tak fajnie jak u nas…).
W ostatnim dniu krótkiego pobytu na urologii, czekając na odwóz do domu, dostał napadu epilepsji. Przerzut? Zrobili tomografię, chyba tylko po to, by z czystym sumieniem wyrzucić go do domu. Niby skierowany na neurologię, w końcu jednak nie został przyjęty.
W domu – splątany, zaburzenia ruchów i widzenia. Nawet Dana zauważyła. Wszyszy, tylko nie lekarz z oddziału neurologii.
Doktór ma dyżur, czyli odpoczywa od życia. Ładuje do swego nowego odtwarzacza mp3 wszelką muzę, której może zapragnąć. Od Międzynarodówki po Enyę. Poprzedni empetrójkacz, dar od kogoś bliskiego, który się jednak oddalił, wziął się i popsuł. Komputer go nie widzi i nie można zmienić jego zawartości. Miał tylko 1 GB pamięci, ale był poręczniejszy.
Muzyka nie pomaga, ale pociesza. Kto to powiedział? Niezawodny dr Google pewnie wie…
Rano pobiorę tacie krew i spróbuję go skonsultować w poradni onkologicznej, którą tak konsekwentnie od ponad dwóch lat omijał.