blog

dzień na zakupach

Niektórzy może lubią. Tata namówił nas na wyjazd do  Oszołoma i  Le Ruły.  No dobrze, pojechaliśmy tym jego Cinquecentem, po raz pierwszy ja za kierownicą. Złoty Polonez, złoty Maluch. Toto w ogóle nie jedzie. Taki egzemplarz?

Najpierw poszliśmy z Daną do apteki i spytaliśmy o cenę Escapelle. Nie, za drogo. Może jakoś się nam upiecze.

Tata kupił mi dwie pary butów (tak je zabezpieczają, że praktycznie nie da się przymierzyć…), ja sobie – ładowarkę z paluszkami, kartę do aparatu. Coś tam do kuchni (w szczególności duże salaterki do kompletu z małymi, które raz upolowałem w pobliskim sklepiku Społem).

No i uciekł nam cały dzień. Wieczorem, zamiast planowanego wypadu do lumpeksu, poszliśmy na spacer do centrum (zabytkowego, nie handlowego…).

Martwi mnie narastająca drażliwość taty i jego smaki-niesmaki. Czyżby znów narastał mocznik? Dana go dobrze karmiła, miał apetyt i zapomniał o diecie.

blog

obrazki

Dana przywiozła mnie na dyżur naszą niesforną Fiestą i udała się na penetrację miasteczka. Pod wieczór wyciągnęła mnie do Biedronki, bym pomógł jej wybrać perfumy.

Pokazała mi też dwa zaramowane obrazki, chyba fotografie Londynu z lat 1930.

Weźmy je oba, skoro się nam tak podobają.

Gdzie je powiesimy? W twoim pokoju?

Nie, w naszym nowym domu…

Obrazki już mamy. Kiedy reszta? No, Krakowa przecież też od razu nie zbudowano…

blog

ciśnienie

Dyżur spokojny jak nigdy. Do czasu: o północy wezwanie do starszej pani z wysokim ciśnieniem. Telefon zrywa mnie z kozetki, zdrzemnąłem się o 22, w założeniu na chwilę, by jeszcze przed północą spełnić blogerski obowiązek wobec ludzkości…

Rzeczywiście, ciśnienia ma dobrze ponad 200. Leki podobno zażywa regularnie. Nie wykupiła tego, który jej ostatnio zapisałem jako dodatkowy.  Bo takie drogie te lekarstwa.  Chyba kilka złotych na miesiąc. A dom raczej nie biedny. Ludzie są nieraz dziwni.

Daję tabletkę i zastrzyk. Ciśnienie trochę spadło, wracamy. W komputerze czytam, jakie różne leki jeszcze tej pani pisałem. W domu ich nie miała, przynajmniej na karteczce.

blog

pod prąd

We wtorek tata namówił nas na wyjazd do Zwardonia, bo następnego dnia miała się pogoda popsuć. On za kierownicą swego Cinquecento.

Pogoda popsuła się zaraz na początku trasy i to na całego. Tata nie przerwał jazdy, choć mu sugerowałem przeczekanie ulewy czy przejęcie kierownicy. Miał problem z ruszeniem pod górę, auto gasło, uciekało do tyłu. Dopiero potem zrozumiałem, co się za tym kryje: słaba noga, trudności ze sprzęgłem. Proponowaliśmy mu przesunięcie fotela do przodu, ale on zawsze wie lepiej.

W samym Zwardoniu tata pomylił się i wjechał pod prąd na odcinek drogi ekspresowej, prowadzący od Słowacji. Nie dał się zbić z tropu i spokojnie jechał dalej, dopóki po jakichś stu metrach nie dało się skręcić. Na szczęście ruch był minimalny… Trzeba przyznać, że rozgrzebana okolica przejścia granicznego obfituje w łamigłówki dla kierowców, a niedokończona droga niby-ekspresowa sprawia wrażenie zwykłej szosy.

Skończyło się awanturą, ale nie zgodził się oddać mi kierownicy. Zastąpiła go za kółkiem Dana.

Wieczorem, gdy ochłonęlismy z wrażeń, udało mi się z tatą spokojnie porozmawiać. Zrozumiał chyba, jak poważny błąd popełnił, ale z początku tradycyjnie szedł w zaparte.

blog

dwa nerwusy

… a tata – trzeci.

Wybraliśmy się z Daną do mojego miasta; głównym celem było zapłacenie na czeskiej poczcie za moje ostatnie zakupy na Aukro.cz i odebranie paczek z wcześniejszych aukcji.

Skoro jedziemy we dwoje, możemy Fiestą. Bo w pojedynkę trudno zapalić przy niesprawnym rozruszniku. Nie wszędzie jest jakaś górka, szczególnie przy tankowaniu, a akurat wypadało dopełnić zasoby gazu.

No i pokłóciliśmy się, bo nie uzgodniliśmy, w którym kierunku pchamy auto. W efekcie Dana zjechała stromo ślepą odnogą drogi. I nie zapaliła. Nie wiem, dlaczego, ale wydaje mi się, że widząc moją wściekłość, wypadła z automatyzmu czynności, koniecznych do uruchomienia silnika przez rozpędzenie auta.

Na szczęście droga prowadziła do jakiegoś urządzenia kanalizacyjnego i akurat na jej ślepym końcu stał beczkowóz z załogą. Wypchaliśmy nieszczęsną Fiestę z powrotem i teraz już zapaliła z tej górki.

Przekonaliśmy się, jak jesteśmy wyczerpani po ostatnich przejściach…

Jutro rano idziemy do lumpeksu, wszystko za złotówkę. Dziś było za 1/2 ceny, kupiłem m.in. świetną kurtkę przeciwdeszczową (podlepiane szwy, nie dotrwałaby do jutra…). I dwie pluszowe myszki, tulące się do siebie.

blog

doktór na wolności

Tata odzyskuje siły i chęć do życia. Wykąpał się prawie bez mojej pomocy. Jeszcze w wannie odwołał, co rano rzekł:  wiem że nie możecie się doczekać aż umrę.  A chodziło chyba o zmiany, jakie chciałem wprowadzić w umeblowaniu kuchni. Kuchnia dla nie-kucharza – skwitowała od razu Dana.

Pojechaliśmy do karczmy w Jeleśni, choć tata zarzekał się, że okulary na pewno tam nie zostały. A jednak… kelner bez pytania zaraz nam je przyniósł…

W drodze powrotnej próbowałem oduczyć pewnego Volkswageniarza wyprzedzania Polonezów. Dobrze, że nie mam działka pokładowego, bo wpadam w szał, kiedy uznam, że ktoś mnie niewłaściwie traktuje. Pewnie nie zawsze miewam rację, ale sporo w życiu zaznałem upokorzenia.

… gaźnik to se jednak wyczyszczę. I biada wam, psychowyprzedzacze*)…

*) wyprzedzi, choćby ryzykownie, a potem spokojnie jedzie przede mną wiele kilometrów; co ja q-va dwusuw jakiś mam?

blog

rozpędem do celu

Uff… jeszcze tylko noc, oby była spokojna. I koniec dyżurowego maratonu.

Dziś panował w przychodni błogi spokój. Tak powinno być w każdej jednostce służby zdrowia.

Rano – misja specjalna.  Kup mi gumičku do vlasů, do culíku… – poprosiła wczoraj Dana. No to idę do miasta i powtarzam sobie:  kupić gumkę na culíka…  W drogerii radzę się przy kasie.  To tak, jakbym ja ją posłał na złomowisko po części do Poloneza

Podobno jednak dobrze kupiłem tę gumiczkę. Na culíka 😀

Jest wieczór, porządkuję swoje dyżurowe gospodarstwo. Mam dwie półki w szafce w kotłowni, blisko: gabinetów, czajnika, mikrofalówki, prysznica (i netu). A dyżurka jest na wysuniętym cyplu naszego ośrodka. Czyli: gąbka w kotłowni, ale pasta do zębów w dyżurce. No, przydałoby się tam więcej miejsca – na książki chociażby. Z szafki w kotłowni spogląda na mnie z wyrzutem trzytomowa interna i podręcznik niemieckiego…

Wczoraj doktora skorumpowali. Agent Polfy Tarchomin przyniósł zgrabną latarkę (klasyka, z żarówką!) i kilka długopisów. Ile lat za to można dostać? Bo jakąś ostrą ustaw(k)ę na doktory ponoć szykują.

blog

odprężenie

Pan Andrzej zmarł rano. Po moim wieczornym zastrzyku ulżyło mu, przestał się dusić. Rodzina nie miała do mnie żalu.

Dzień w przychodni spokojny. Po południu mogłem sobie nareszcie do woli posurfować jak człowiek.

Tata był dziś z Daną na Słowacji. Odzyskuje siły, przez część trasy kierował autem. I w porę oddał kierownicę, zanim się zmęczył.

Zapodział tylko gdzieś okulary, te do dali, w których prowadzi auto. Czyżby w karczmie w Jeleśni?

blog

czekanie na śmierć

Właśnie wróciliśmy od pana Andrzeja. Przy chorym pojawił się jego brat, przyjechał chyba z daleka.  Po co dajecie mu te kroplówki? No tak, przedłużamy jego umieranie.

Dzisiaj rzeczywiście bardzo cierpiał. On i rodzina.

Ugotowałam mu rosołku, trochę zjadł, ze smakiem.

Żona albo nie wie, albo nie chce wiedzieć, jak bliski jest koniec. Na jutro jeszcze mamy kroplówki, ale co dalej?

Brat pyta, czy załatwiać dla chorego specjalne łóżko.

Już nie zdążycie…