blog

za półmetkiem

Aż trudno uwierzyć. Już tylko 2 dni powszednie mojego maratonu. Ech, nie mogąc się czegoś doczekać, przyspieszamy bieg zegara. Potem się dziwimy, jak szybko czas obok nas przelatuje, jak mija nas życie…

Dziś była mała laba: rano zamiast  frontu wschodniego – obstawa medyczna turnieju motoryzacyjnego. Ryzyko poważnej interwencji medycznej bliskie zeru. Konkurs wiedzy i umiejętności dla młodzieży szkół średnich. Najpierw – wyżerka dla komisji, zaprosili i nas. Bo szkoła rolnicza, z działem gastronomicznym. Powiało starym, dobrym peerelem. Przy suto zastawionym stole w szkolnej kuchni siedziałem razem z milicjan… pardon, policjantami. Potem oglądałem zmagania praktyczne: skuterem i autem na placu manewrowym.

Po południu niewielkie spiętrzenie pacjentów, bo rano pocałowali klamkę. Szef, owszem, nareszcie przyjmuje, ale oblegają go tłumy. Wybrańców przede wszystkim.

Dana przyjechała dziś wcześniej i musiała poczekać, bo wyjezdżaliśmy na wizytę domową. Ledwo wróciłem i zamieniliśmy parę słów, znów wyjazd, do pana Andrzeja. Na wszelki wypadek miałem pod ręką i kartę zgonu. Silny organizm, jeszcze walczy.  Musicie być przygotowane na wszystko – powiedziałem na odchodne córce i żonie pacjenta. Dom, w którym czuje się klimat miłości. Szkoda, że musi go opuścić.

felietony

felieton na 8 kwietnia 2011

Być Ślązakiem

Jestem Ślązakiem. Ale co to znaczy? Czuję swoją przynależność do tej ziemi, jej krajobrazu, ludzi i spraw. To moja strona świata. Jej zakresu nie wyznaczają ani granice państwowe, ani językowe. Moja mała ojczyzna. Czy to jest poczucie narodowości? Dla mnie nie, ale być może tak odczuwa swoją śląskość wielu ludzi w sercu Górnego Śląska. Krystalizowaniu się uczuć narodowych w naszej części Europy sprzyjał koniec XIX wieku. Słowianie spod berła króla węgierskiego poczuli się Słowakami i z prastarych gwar utworzyli jednolity język. Dziś są autentycznym, pięciomilionowym narodem, a ich język funkcjonuje we wszystkich obszarach życia. Czy ten fenomen może się powtórzyć w przypadku Ślązaków na progu wieku XXI? Myślę, że nie. Tak, jak nie powtórzy się Sierpień. Żyjemy już w innej epoce. Lepszej? Tego nie powiedziałem.

Jak się ma śląskość do polskości? To pytanie pada podczas spisu powszechnego, ale czy odpowiemy na nie szczerze? Zwłaszcza, że trzeba wybrać jedną z gotowych odpowiedzi: taki już urok statystyki. Zastanawiam się, czy każdy człowiek czuje się członkiem jakiegoś narodu. Mam wrażenie, że wielu bardziej odczuwa tożsamość lokalną. „Uważam, że jest na świecie tyle religii, ilu ludzi” – powiedział Mahatma Gandhi. Myślę, że w jakimś stopniu dotyczy to też narodowości.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 5/6 IV 2011

blog

nieoczekiwane spotkanie

Dzień był jednak dość mozolny, po powrocie z  frontu wschodniego czekało na mnie wielu pacjentów. Tak wielu, że z biedą dorwałem się do netu, herbata mi wystygła.

Pod wieczór – wizyta domowa u nastolatki z grypą żołądkową. Wracamy; przed naszą karetką widzę Fiestę zupełnie podobną do mojej. Patrzę na numer… to przecież Dana. Stanęliśmy na światłach, podchodzę do niej. Dopiero teraz mnie zauważyła. Przywiozła mi obiad, w tajemnicy przed tatą.

Potem, po powrocie, i tak się sprawa wydała, tata się domyślił, gdzie była.

Późnym wieczorem miałem jeszcze jeden wyjazd. Pan Andrzej jest coraz słabszy, ma biegunkę. Ciut się poprawił od popołudniowej wizyty naszej pielęgniarki.  Panie doktorze, jak długo jeszcze? Te słowa wciąż mi brzmią w uszach…

blog

przeżyłem poniedziałek

I nie tylko ja. Również pewien rowerzysta i jeden z moich pacjentów.

Rano przychodnia, ta główna. Pospieszna ewakuacja na front wschodni,  zanim mnie pacjenci zatrzymają. Na wysuniętej placówce, jak na poniedziałek, znośnie.  Jak się rozniesie po miasteczku, że pan przyjmuje, przyjdzie więcej.

Wracam do głównej kwatery, telefon: Dana z tatą są już na miejscu. Wszyscy zawracamy do centrum: tata chce nam zafundować obiad. Jego ulubiona restauracja. Kelnerka poznaje tatę, uśmiecha się. A ja widzę, jak bardzo schudł… Spodnie ma na szelkach, postawą też przypomina chłopca, nie zwalistego mężczyznę.

Zasiedzieliśmy się, tata zostaje w aucie, my z Daną idziemy do serwisu GSM. Niestety, padł im komputer i nie odblokują nam telefonu (a tam biorą tylko 10 zł). Żegnamy się, idę do przychodni… przed nią stoi auto taty. Źle nas zrozumiał, miał czekać. Jest rozdrażniony, dzwonię do Dany (ach, jak to możliwe, że kiedyś ludzie się odnajdywali bez telefonów komórkowych…). Na mnie czekają już pacjenci. Tata upiera się, że będzie prowadzić.

Potem się dowiedziałem, że o mało nie potrącił rowerzysty. Ale to ze mną  jest strach jeździć.  Wg taty. I z Daną. No nic, musimy go trochę zastopować. Brak mu krytycyzmu. Wobec siebie samego. Nie tylko jemu…

Wizyta domowa u pana Andrzeja nie była tak ciężka, jak myślałem. Wychodząc, porozmawiałem szczerze z jego żoną. Wie, że wyczerpaliśmy wszystkie możliwości. On umiera. W domu, wśród swoich bliskich.

Tata ma jednak lepsze perspektywy. Jeśli nie ma czegoś, o czym nie wiemy.

blog

kryzys zażegnany

No, mam nadzieję.

Obudziłem się rozbity i przez pół dnia polegiwałem. Dobrze, że nie było pacjentów. Bolał brzuch, kręciło się w głowie. Zużyłem cały zapas herbaty miętowej.

Telefon taty był wyłączony, Dany – nie odpowiadał. Dopiero wczesnym popołudniem, kiedy ostatecznie powstałem z łoża boleści, dodzwoniłem się do taty. Pojechali sobie do Szczyrku, tata prowadził. Byli w restauracji i kawiarni. Humory dopisywały.

Potem, w drodze powrotnej, tata lekko stuknął drugie auto – lusterkiem. I dał się namówić Danie, by po chwili ona przejęła kierownicę. Nie od razu, bo zmykał jak niepyszny, choć na szczęście nie doszło do żadnej szkody. Oficjalnie o stuknięciu nic nie wiem, ale przecież tata blogu nie czyta :D.

Polubiłem swój nowy telefon komórkowy, Siemensa C65. Kupiłem go za niecałe 3 zł (plus poczta) w zasadzie dla Dany, ale ma simlocka na Plusa i odrzuca jej kartę Playa. Za to moją kartę z mBank mobile – przyjął. Obie sieci fizycznie działają w Plusie, ale widać mBank jest traktowany jako część Plusa, Play już nie. Dana dostała mojego Siemensa A60, bo ten nie ma uprzedzeń wobec żadnej sieci. C65 ma doskonałą klawiaturę, A60 – okropną. No i możliwości C65 są nieporównanie większe. Ciekawe tylko, że nie rozpoznaje grup, do których przypisałem część kontaktów na mojej SIM-ce. Ale za to można se fotkę strzelić. Po prawidłowym nastawieniu balansu bieli nawet ma jakieś kolory prócz niebieskiego. Niestety, MMS-a nie udało się wysłać (Dana ma czeską SIM-kę w telefonie tego samego typu). Najmniej sympatyczne w C65 jest menu. No i dość nieładne dzwonki. I tak dobrze, bo Dana w ogóle nie może ich zmienić. Chyba poprzedni właściciel coś wykasował.

Tata miał dziś wilczy apetyt. Pogadali sobie z Daną od serca. Ma gwałtowny charakter, ale zdolny jest do głębokiej refleksji. Coraz szybciej sięga po fajkę pokoju. Zamiast przepraszać, wykonuje pojednawcze gesty. Dziś była to kawiarnia.

Jutro będzie w przychodni ciężki dzień. Poniedziałek i do tego jeszcze bez pediatry. Dobrze, że choć net wreszcie działa. I że jest herbata.

Dobrze, że Dana po wczorajszej scysji nie wyjechała, jak pierwotnie chciała. Nie tylko dlatego, że sam musiałbym doglądać taty. Oboje by mieli poczucie przegranej. I ja też.

blog

wredny dzień

… ale chociaż nieźle się kończy.

Od rana stressy. I najgorsze z wszystkiego: tata się pogryzł z Daną. Niestety, potrafi być okropny, popisowe numery daje w aucie.

Przyjechali za mną oboje, Dana za kierownicą. Ale miała serdecznie dość!

No i w efekcie w drodze powrotnej prowadził tata. Najpierw zrobiliśmy jazdę próbną. I to właśnie on jechał jak patałach, musiałem go strofować tak, jak sam to zawsze robi:  uważaj na zakręt, nie jedź lewą stroną, nie wpadnij do rowu.

Pod wieczór trochę się pogodzili. Uff…

blog

przed maratonem

(dyżurowym) – jutro sobie robię wolne.

Siedzę w przychodni, net nadal tylko w rejestracji. Dzień był męczący: ból głowy i mnóstwo pacjentów, sterty papierów.

Pod wieczór wpadła Dana, przyjechała Polonezem, odjechała Fiestą. Niestety, znów paliliśmy na pych. Chyba jednak rozrusznik.

Dana zauważyła, że tata nadal chudnie. I jest ostatnio bardzo smutny.