Aż trudno uwierzyć. Już tylko 2 dni powszednie mojego maratonu. Ech, nie mogąc się czegoś doczekać, przyspieszamy bieg zegara. Potem się dziwimy, jak szybko czas obok nas przelatuje, jak mija nas życie…
Dziś była mała laba: rano zamiast frontu wschodniego – obstawa medyczna turnieju motoryzacyjnego. Ryzyko poważnej interwencji medycznej bliskie zeru. Konkurs wiedzy i umiejętności dla młodzieży szkół średnich. Najpierw – wyżerka dla komisji, zaprosili i nas. Bo szkoła rolnicza, z działem gastronomicznym. Powiało starym, dobrym peerelem. Przy suto zastawionym stole w szkolnej kuchni siedziałem razem z milicjan… pardon, policjantami. Potem oglądałem zmagania praktyczne: skuterem i autem na placu manewrowym.
Po południu niewielkie spiętrzenie pacjentów, bo rano pocałowali klamkę. Szef, owszem, nareszcie przyjmuje, ale oblegają go tłumy. Wybrańców przede wszystkim.
Dana przyjechała dziś wcześniej i musiała poczekać, bo wyjezdżaliśmy na wizytę domową. Ledwo wróciłem i zamieniliśmy parę słów, znów wyjazd, do pana Andrzeja. Na wszelki wypadek miałem pod ręką i kartę zgonu. Silny organizm, jeszcze walczy. Musicie być przygotowane na wszystko – powiedziałem na odchodne córce i żonie pacjenta. Dom, w którym czuje się klimat miłości. Szkoda, że musi go opuścić.