A była solidna. Rano obudziło nas słońce, zapowiadał się piękny dzień. Po śniadaniu wyruszylismy z tatą i Daną do miasta, głównie z powodu tatowej polisy, która o mało nie przepadła.
Okazało się, że rozrusznik we Fieście ani drgnie. No trudno, widocznie i akumulator jest do wymiany. Ale przy okazji zobaczyłem, że ze schowka zginęła kartka z moimi ważnymi notatkami. A Dana uważa, że nic się nie stało.
Pojechaliśmy Polonezem. Tata, o dziwo, tym razem nie wchodził w rolę instruktora nauki jazdy. Czy dlatego, że czuł, jak jestem wściekły – z powodu zagubionych notatek?
W drodze do roboty planowo przejechałem przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle. Trzeba oszczędzać przyrodę, bo każde niepotrzebne zatrzymanie auta to dodatkowe spaliny.
W przychodni poniedziałkowa normalka. Przyszła mi podziękować żona pacjenta z rakiem pęcherza, że się nim zająłem u nich domu. Od czasu, kiedy na raka choruje mój tata, inaczej podchodzę do tej choroby. Bez przerażenia. Nawet, kiedy widzę, że stopniowo przegrywamy.
Pod wieczór w przychodni pojawiła się Dana. Spakowała plecak i wyruszyła do Czech. Nie wytrzymała porannej burzy.
Miałem ją odwieźć na pociąg, ale akurat przyszedł pacjent – schizofrenik. Trudno było z niego wycisnąć, co mu właściwie dolega.
Dana jedzie do Czech, ale wkrótce wraca. Chyba jednak swój dom zaczyna mieć u mnie i mojego taty.