blog

… i po burzy

A była solidna. Rano obudziło nas słońce, zapowiadał się piękny dzień. Po śniadaniu wyruszylismy z tatą i Daną do miasta, głównie z powodu tatowej polisy, która o mało nie przepadła.

Okazało się, że rozrusznik we Fieście ani drgnie. No trudno, widocznie i akumulator jest do wymiany. Ale przy okazji zobaczyłem, że ze schowka zginęła kartka z moimi ważnymi notatkami. A Dana uważa, że nic się nie stało.

Pojechaliśmy Polonezem. Tata, o dziwo, tym razem nie wchodził w rolę instruktora nauki jazdy. Czy dlatego, że czuł, jak jestem wściekły – z powodu zagubionych notatek?

W drodze do roboty planowo przejechałem przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle. Trzeba oszczędzać przyrodę, bo każde niepotrzebne zatrzymanie auta to dodatkowe spaliny.

W przychodni poniedziałkowa normalka. Przyszła mi podziękować żona pacjenta z rakiem pęcherza, że się nim zająłem u nich domu. Od czasu, kiedy na raka choruje mój tata, inaczej podchodzę do tej choroby. Bez przerażenia. Nawet, kiedy widzę, że stopniowo przegrywamy.

Pod wieczór w przychodni pojawiła się Dana. Spakowała plecak i wyruszyła do Czech. Nie wytrzymała porannej burzy.

Miałem ją odwieźć na pociąg, ale akurat przyszedł pacjent – schizofrenik. Trudno było z niego wycisnąć, co mu właściwie dolega.

Dana jedzie do Czech, ale wkrótce wraca. Chyba jednak swój dom zaczyna mieć u mnie i mojego taty.

blog

dyżurowa mozaika

… albo raczej zajob.

Od samego rana. Ksiądz w koloratce po receptę dla siebie i dla żony*).  Karta zgonu dla nieboszczyka, co dobry tydzień czekał na swe odkrycie (a ty doktorku wiedz, kiedy i na co z tego świata zeszedł). Drużyna piłkarek nożnych do przebadania.

A net tylko w rejestracji.

Tata był dziś po raz pierwszy od wielu miesięcy na zakupach. Dana go zaprowadziła do pobliskiego sklepu.

Jutro obstawa imprezy sportowej i kroplówka onkologiczna w domu pacjenta.

*) w Polsce ksiądz jest  musowo katolicki, tu jest Śląsk. Cieszyński jakby kto pytał.  Wanielicy nikogo nie dziwią.

felietony

felieton na 25 marca 2011

Zakazany biwak

Zanim nadeszła wiosna, kilka razy wyrwałem się z plecakiem do przyrody. Na ostatnich wycieczkach spotykałem tablice ze szczegółowym regulaminem dla turystów. Choć nie były to rezerwaty ani parki narodowe, zabroniono niemal wszystkiego. W szczególności – biwakowania. Na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo, co jeszcze wolno, bo słowo „biwak“ oznaczać może albo nocleg, albo tylko popas. Rozumiem, że ognia w lesie palić nie wolno, ale o tym mówi odrębny punkt. Optymistycznie zakładam, że siedzenie na kocu i spożywanie kanapek, czy nawet gotowanie herbaty na kuchence turystycznej jest jeszcze legalne. Ale jakie szkody może wywołać rozbicie namiotu? W zwykłym lesie, do którego wstęp jest wolny.

Zakazane jest praktycznie wszędzie, przynajmniej w naszym regionie. Pod różnymi pretekstami albo i bez. Rzeczywiste motywy, moim zdaniem, są dwa: po pierwsze na wszelki wypadek zabronić ludziom wszystkiego. Drugi – skłonić turystów do korzystania z płatnych noclegów. Pierwszy zostawmy bez komentarza, drugi – mija się z celem. Gość hotelowy nie pobiegnie spać do lasu na wieść, że uchylono zakaz. A tramp raczej nie pójdzie na tłoczne, publiczne pole namiotowe. Kto choć raz w życiu, zasypiając, spoglądał na gwiazdy przez korony drzew, wie dlaczego. Dlatego nie pytam czy mi wolno.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 22/23 III 2011

blog

czekając na wiosnę

porządkuję papiery na biurku.

Byliśmy z Daną na spacerze, leży jeszcze sporo śniegu.

Jutro początek wiosny. Również – początek tygodnia. Nawet nie wiem, czy mam jechać do roboty, o kolejny tydzień zastępstwa nikt mnie nie prosił.

blog

sobotni wypad

do Tarnowskich Gór możemy uznać za udany. Baliśmy się, że nie będzie wolnych miejsc, a tymczasem zimowa aura spowodowała, że w Sztolni Czarnego Pstrąga płynęliśmy łódką tylko we dwoje (plus przewodnik).

Byliśmy też w zabytkowej kopalni srebra, a na dodatek zaliczyliśmy słynną radiostację gliwicką. Każdy słyszał o tzw. prowokacji gliwickiej, natomiast mało kto wie, że ogromny maszt wykonany jest z drewna i ponoć jest najwyższą drewnianą konstrukcją na świecie. Zabytek pięknie utrzymany, otoczony wręcz histEryczną troską…

Szkoda, że inne cenne obiekty, które nie mają takiego znaczenia propagandowego, są nieraz koszmarnie zaniedbane. Nie, nie chodzi o peerelowskie auta na doktorowym podwórku.