… wybieramy się jutro z Daną do Tarnowskich Gór, do Sztolni Czarnego Pstrąga.
Autem, bo ponoć komunikacja publiczna nie za bardzo się tam sprawdza (obiekt jest z dala od centrum).
życie codzienne i niecodzienne pewnego lekarza
… wybieramy się jutro z Daną do Tarnowskich Gór, do Sztolni Czarnego Pstrąga.
Autem, bo ponoć komunikacja publiczna nie za bardzo się tam sprawdza (obiekt jest z dala od centrum).
W przychodni sytuacja nadal niejasna. Już mnie to męczy.
Rozrusznik do Fiesty jeszcze nie nadszedł, tym samym na benzynę do Poloneza wydam to, co zaoszczędziłem na jego zakupie w necie.
Dana, zamiast odjechać do domu (?) w poniedziałek, została ze mną. Przepadł jej termin ciśnieniowego Holtera*) i stawiennictwa na pracáku.
*) 24-godzinna rejestracja ciśnienia krwi (lub EKG)
Jakoś udało się to pogodzić.
Zapisani pacjenci przyszli w porę, ale akurat zaczęły się korki w mieście i ledwo zdążyłem na pogrzeb.
Nad grobem przytuliłem Urszulę, mówiąc, że może na mnie liczyć. Jestem twoim najbliższym męskim krewnym.
Wróciłem zmęczony i położyłem się.
Nikt nie wie, kiedy wraca Szef.
… prawie się udało.
Dyżur przeżyłem. Mama bez przeszkód trafiła w ręce kardiolożki. I okazało się, że operacja nie jest konieczna.
Zastępstwo przeciągnęło się, ale i to przełknąłem.
Po powrocie do taty i Dany dowiedziałem się, że jutro jest pogrzeb ciotki, bratowej taty. O jej nagłej śmierci wiedziałem już w niedzielę podczas vandru (wiwat telefony komórkowe), ale teraz okazało się, że tata nie chce jechać. Żeby go ludzie nie widzieli w obecnym stanie.
I jeszcze w skrzynce wezwanie do zapłaty zaległej faktury za prąd. Od stycznia zastanawiałem się, dlaczego rzeczona faktura nie nadchodzi.
… zwaliło się na doktorową głowę.
Rano dzwonię do roboty, Szefa naturalnie nie będzie i naturalnie proszą mnie o zastępstwo. I nawet dzwonili, ale się nie dodzwonili. A figę, to bym dostał SMS-a.
Pacjenci. Prośba o wizytę domową. No dobrze… Dzwoni Tadeusz, czy wezmę dyżur, akurat coś mu wyskoczyło. Przedtem chciałem, ale on nie. A teraz, kiedy Dana zdecydowała się zostać ze mną jeszcze kilka dni (skoro nie mam dyżurów), mam siedzieć w robocie.
Za chwilę dzwoni mama. Jutro rano trzeba ją odwieźć autem na klinikę do Zabrza…
Danie wytłumaczyłem. Mamę sprzedałem znajomym. Jakoś to idzie.
Pacjentka, do której w końcu pojechałem na wizytę, miała mieć przeziębienie. Z poważną niewydolnością krążeniowo-oddechową zawiozłem ją do szpitala. Zapalenie płuc.
Dopiero wieczorem można było odetchnąć…
… spędziliśmy z Daną nad Jeziorem Goczałkowickim. Nasz drugi polski vandr. Była noc ze spoglądaniem w niebo przez korony drzew, było ognisko w lesie, powrót pociągiem.
Jutro pewnie znów nie będzie Szefa. Nikt mnie nie prosił o zastępstwo. No, zastanowię się co zrobić.
A życie? Równia pochyła… No, tak to chwilami wygląda.
Szczegółowy bilans przy innej okazji.
Można sobie do woli posurfować…
Teraz jednak trzeba coś zjeść.
Przyjmuję pacjenta, dzwoni mój telefon, numer mi nieznamy. No trudno, zasady obowiązują obie strony*), odrzucam rozmowę.
*) że druga strona zwykle ich nie przestrzega, to inna rzecz…
Potem oddzwaniam, okazuje się, że to zakład konserwacji antyków. Ale nie wiedzą, o co chodzi: szefa nie ma.
Dziś wieczorem dzwoni pani Teresa, szefowa, poznałem ją podczas ćwiczeń na studiach, była pacjentką na chirurgii. Znajomy klient z Paryża ma stare radio, czy podejmę się naprawy?
Podejmę, ale nie teraz. No i radio trzeba przywieźć do mnie…
Za rozrusznik do Fiesty na złomowisku chcieli 100 zł. Kupiłem w necie za 33, przesyłka w cenie.
Tylko 3 godziny. Mam nadzieję, że chociaż na benzynę zarobiłem, bo autobus mi uciekł i jechałem moim nieszczęsnym Polonezem.
Jutro spróbuję zdobyć rozrusznik do Fiesty.
kręte drogi moich aut