Jadąc do przychodni, miałem uchylone okno, rozpiętą kurtkę i ogrzewanie skręcone do połowy. Całkiem miłe wiosenne powietrze, przyjemność jazdy psuła mi jednak świadomość, jak bardzo sól nadgryzła lakier drzwi i pytanie, co u licha z tym gaźnikiem… albo może jest inny defekt? No i znów jazda w pośpiechu, z ciągłym spoglądaniem nie tylko w lusterko *), ale i na zegar.
*) taki mój zwyczaj, przyswojony przez lata miejskiego kolarstwa
W przychodni – spokój. Pacjenci według listy, to znaczy tak około połowy zapisanych. Pewnie zrezygnowali na wieść o szefowej niemocy. Ale… inni najwyraźniej się zwiedzieli, że można mnie zastać i w sumie liczba się zgadza.
W południe – przerwa, szykuję się na wizytę domową do pacjentki, u której byłem kilka dni wcześniej. Mieszka w pobliżu, więc piechotą.
A tu nagle – Szefka prosi, bym się udał do ginekologa, nasikał do pojemniczka i dał się ukłuć w rękę. Badania pracownicze. O mało nie wypiłem swojego moczu… no bo z Daną pijamy Krupnik z takiego naczyńka. Nawet kolor ten sam…
Pacjentka wymiotuje, narasta wodobrzusze. Smutna, wie. Rak, chyba jelita grubego, z przerzutami do płuc i wątroby. Dlaczego wcześniej go nie wykryliśmy?
A dlaczego u taty?
Uff, koniec pacjentów. Przechodząc koło rejestracji, słyszę urywek rozmowy: dzisiaj już skończył, będzie jutro od jedenastej.
Jazda do domu. Po drodze w Biedronce kupuję pączki. Parkuję koło domu i idę do miasta. Zapłacić w banku za stroboskop *) z Allegro, odebrać czeskie przesyłki.
*) umożliwia m.in. dokładne nastawianie zapłonu w aucie, ten jest lampowy!
Jutro przyjeżdża Dana. Weekend mam wolny, sobota się zapowiada ładna.