blog

przy ognisku…

… spędziliśmy wieczór, noc – w namiocie, w naszym ulubionym miejscu. Mieliśmy sobie dużo do powiedzenia, do przedyskutowania: choćby to, jak sobie wyobrażamy nasze wspólne życie.

Nasze śpiwory nie są już ciepłe, trzeba będzie kupić nowe. Najlepiej takie, które można połączyć bokami.

blog

tchnienie wiosny?

Jadąc do przychodni, miałem uchylone okno, rozpiętą kurtkę i ogrzewanie skręcone do połowy. Całkiem miłe wiosenne powietrze, przyjemność jazdy psuła mi jednak świadomość, jak bardzo sól nadgryzła lakier drzwi i pytanie, co u licha z tym gaźnikiem… albo może jest inny defekt? No i znów jazda w pośpiechu, z ciągłym spoglądaniem nie tylko w lusterko *), ale i na zegar.

*) taki mój zwyczaj, przyswojony przez lata miejskiego kolarstwa

W przychodni – spokój. Pacjenci według listy, to znaczy tak około połowy zapisanych. Pewnie zrezygnowali na wieść o szefowej niemocy. Ale… inni najwyraźniej się  zwiedzieli, że można mnie zastać i w sumie liczba się zgadza.

W południe – przerwa, szykuję się na wizytę domową do pacjentki, u której byłem kilka dni wcześniej. Mieszka w pobliżu, więc piechotą.

A tu nagle – Szefka prosi, bym się udał do ginekologa, nasikał do pojemniczka i dał się ukłuć w rękę. Badania pracownicze. O mało nie wypiłem swojego moczu… no bo z Daną pijamy Krupnik z takiego naczyńka. Nawet kolor ten sam…

Pacjentka wymiotuje, narasta wodobrzusze. Smutna, wie. Rak, chyba jelita grubego, z przerzutami do płuc i wątroby. Dlaczego wcześniej go nie wykryliśmy?

A dlaczego u taty?

Uff, koniec pacjentów. Przechodząc koło rejestracji, słyszę urywek rozmowy:  dzisiaj już skończył, będzie jutro od jedenastej.

Jazda do domu. Po drodze w Biedronce kupuję pączki. Parkuję koło domu i idę do miasta. Zapłacić w banku za stroboskop *) z Allegro, odebrać czeskie przesyłki.

*) umożliwia m.in. dokładne nastawianie zapłonu w aucie, ten jest lampowy!

Jutro przyjeżdża Dana. Weekend mam wolny, sobota się zapowiada ładna.

blog

jakoś to poszło

Do przychodni jechałem poirytowany, w oczekiwaniu samych kłopotów. Nie było tak źle. Jak wczoraj, pacjenci Szefa, w tym jeden angielski. Za przedłużenie szefowego zwolnienia dał mi 100 złotych. Mało przyjemny typ, zwolnienie chyba lewe. Ale cóż, grosz się przyda.

Trochę nerwów mi napsuła pacjentka, właściwie – matka pacjenta. 34-latek z nowotworem mózgu, stan beznadziejny, próbował sobie odebrać życie. To co się baba gupio śmieje? I poucza mnie, jak pisać receptę. Będzie chyba mieć nauczkę, bo przypuszczam, że jej nie zrealizuje. Była uparta, a ja – głodny. Więc jej napisałem tak, jak chciała. Żeby se już poszła *). Wiem, ma trudne życie. A ja grzyba w piwnicy i zapchany gaźnik, następny proszę. To znaczy jak się najem.

*) a może NFZ zaś coś zmienił i ona ma rację? Chgw.

U pacjenta z rakiem pęcherza sytuacja się – z mojego punktu widzenia – wyklarowała, chce iść do szpitala. Ale i tak prosili mnie o rozmowę, zresztą nic innego nie mogłem im zaoferować. Marnieje w oczach, ale nie poddaje się. No, tata też mi się tracił… Może się im uda…

Ej, pacjenty, pacjenty. Niewkurzajcie swego doktora, to i on da z siebie co potrafi.

blog

wierna pacjentka

Rano dzwoni pani Klara, że od nocy ma silne bóle w boku i marzy o mojej wizycie. Akurat kończyłem dyżur i miałem mieć trzygodzinną przerwę, ale jej przecież nie odmówię. Wziąłem na ramiona spory plecak medyczny (jedyna użyteczna karetka była na wyjeździe), a do kieszeni – książkę, którą kiedyś pani Klarze obiecałem. Ból trochę popuścił, w spokoju przeglądam karty wypisowe pani Klary. To już lekko ponad rok, kiedy w ciężkim stanie trafiła do szpitala; rozeszła się fama, że już jest po niej, że z tego nie wyjdzie. Podobno miała ciężki udar mózgu; tu czytam, że obrzęk płuc.

Książkę dla pani Klary, okolicznościową broszurę miejscowego hospicjum (zawierającą mój tekst – wspomnienie o jednym z pacjentów), przywiozłem z domu tuż przed ciężkim zachorowaniem tej pacjentki. Jak szybko uciekł ten rok… Jak wiele się wydarzyło…

Zastępstwo za Szefa nie jest takie trudne, jak myślałem. Również dlatego, że część pacjentów nie przyszła. Wolą poczekać na samego Szefa. Nie mam im tego za złe.

Na jutro obiecałem wizytę domową rodzinie pacjenta, u którego niedawno byliśmy, chorującego na raka pęcherza jak tata. Nastąpiło pogorszenie, tym razem nie chce już iść do szpitala. Rodzina (albo sam chory) widzą we mnie ostatnią nadzieję, bo otwarcie powiedziałem, że mój ojciec ma ten sam problem.

To będzie trudna misja, są liczne przerzuty.

blog

w gabinecie Szefa

… przyjmowałem jego pacjentów. W przesikanych spodniach mojego taty. Po śniadaniu  z taką pewną nieśmiałością zaproponował mi użyczenie zawartości swej szafy. Bo widział to, czego nie widziałem ja: pęknięte na dupie spodnie. Moje ulubione, z kontenera  wyciągnione.

Biedny tata… spodnie całe sztywne w kroku, skorodowany zamek. Latami miał problemy z moczem, chodził do jakiegoś urologa, zdaje się prywatnie. To dlaczego nie wykryto w porę raka pęcherza?  Chyba podobny partacz, jak jego mechanicy samochodowi i inni macherzy.

W robocie (znowu) zachowują się wobec mnie dość arogancko. Masz doktorku nauczkę, bez gadania wziąłeś zastępstwo…

Nie wiedzą, że coś wiem, co mogłoby zainteresować prokuraturę. Nie, na blogu nie napiszę.

blog

doktór w roli Szefa

… ma wystąpić w najbliższych 2 tygodniach. To znaczy, przyjmować jego pacjentów, bo sam Szef zwiał na Chorobowe. Ciekawe, czy honorarium pozostanie na poziomie 15 zł brutto za godzinę? Wizyta u Szefa kosztuje 100 zł…

Ale byli wobec mnie niespodziewanie przyzwoici w ostatnim czasie, więc wypada stosownie odpłacić. Ech, szefowie, traktujcie po ludzku swych podwładnych. Nigdy nie wiecie, kiedy będziecie potrzebować ich lojalności…

Tata jakoś sobie radził z mokrym problemem, choć łóżko jednak trochę zamokło. Zaraz po powrocie z przychodni zmieniłem cewnik i mocz spływa do worka. Tata z nieukrywaną radością przygląda się pęczniejącemu zbiornikowi.

Końcem tygodnia ma przyjechać Dana. Nie zniechęciło jej moje nagłe zastępstwo.

blog

ch–owa robota

Z rana nawet fajnie się czułem na dyżurze, choć pierwsi pacjenci byli tak  beszczelni, że przyleźli zanim zjadłem śniadanie. Zadzwoniłem do taty… Tylu polskich kurw ten mój węgierski Siemens A60 w ciągu minuty nie słyszał. W nocy zaczęło się lać obok cewnika i tata ma mokro w łóżu. I dziwi się, czemu namawiam go do założenia pampersa. Że nielza, bo przecież ma cewnik…

Świetlówki w dyżurce wcale nie zostały naprawione. Po prostu macher je zapalił i se poszedł. Jak się zgasi, nie chcą się zapalić. Trwa to całe minuty.

Pacjentów dość dużo jak na sobotę. I jeszcze wizyta domowa u pani S. Obrzęknięty staw palca u ręki, z bólu nie może się tam dotknąć. Zażywa Milurit – ma dnę? Piszę kolchicynę. Przy furtce dopadają mnie dwa kundle. Obyło się bez ofiar w ludziach. Nawet bez ofiar w psach…

Co z tym tatą? Znów jechać i co? Telefonuję, jednak założył pampersa. To zostaję na dyżurze do końca. Czy Szef jest  wogle w domu? Bo nie otwiera, przyjechała siostra naszego kierowcy, który rozbił karetkę…

Wyrazy pisane kursywą odpowiadają moim dziecięcym przekręceniom; jeśli chodzi o tytułowy członek męski, to pisałem go wówczas przez samo h.

blog

dyżurowy nadstandard

Stały pacjent przychodzi po kolejne naciągane zwolnienie i przynosi torbę, a w niej słodkości wszelakie tudzież  łyski (no kurde, mógł kupić  tuzemáka – tak się po czesku obecnie nazywa rum, bo Unia zakazała tej nazwy, jeśli trunek  nie-ma-jajka).

Po drodze do Biedronki (bez chleba i piwa żyć na dyżurze trudno) wykupiłem pacjentce leki, które jej przepisałem podczas wizyty domowej.

Wieczorem musiałem dodatkowo wyskoczyć do taty, bo zatkał mu się cewnik. Nie było mnie ponad godzinę, ale nikt mnie w tym czasie nie pożądał. Porządna przychodnia.

W mojej improwizowanej dyżurce są dwie plafoniery ze świetlówkami, ostatnio coraz dłużej trwało ich zapalanie. Poprosiłem naszego  kierowcofryzjera,  który obecnie jest i konserwatorem, by coś z tym zrobił.  Nie mamy ani zapasowych starterów, ani świetlówek. Ale podpowiedziałem: zrobić z dwu wadliwych jedną dobrą. No i mam światło.

Dowiedziałem się też dość dużo o wypadku naszej karetki. Z jednej strony tragedia. Z drugiej – ukoronowanie prywaciarskiej partyzantki.