blog

od pogrzebu po zakupy

… a po drodze poczta. Taki był dzisiejszy porządek zajęć. W trakcie pogrzebu profesora czytam SMS-a: czy jestem zdrów i cały, bo był wypadek karetki *)  w okolicy miasteczka, gdzie udaję, że pracuję; podpisany redaktor z gazety, gdzie mam swoje okienko.

Dopiero co wróciłem z TESCO i obaj z tatą spałaszowaliśmy smakowitą kolację.

Pora na Skype, Dana czeka…

*) wg fotek z netu, to była prawdopodobnie nasza karetka; podają, że zginął pacjent, kierowca i ratownik zostali ranni

P.S. Tak, to była nasza ekipa. Chłopcy już wyszli ze szpitala.

blog

rury są drożne

Tętnice wieńcowe u mamy – tak wykazała koronarografia. No, doktór to właściwie wiedział już wcześniej, ale nie jest kardiologiem, więc się nie liczy.

Rury wodociągowe też drożne – ale to wymagało całego dnia pracy. Zamarzły w 3 miejscach, rano po dyżurze osiągnąłem zaledwie możliwość czerpania wody w piwnicy. Potem pojechałem autobusem do taty i dalej autem po mamę. Tata sprawił mi niespodziankę: ugotował zupę borowikową (z torebki naturalnie…), o której po drodze marzyłem. Mamie z kolei dali w szpitalu posiłki, choć wypisana była przed południem. No, ale syn – doktor hydraulik to nie jest jakiś tam kardiolog. Ma ważną misję do spełnienia.

No i stało się. O wpół do jedenastej w nocy popłynęła z kranu woda.

blog

mroźny dzień

… a z samego rana godzinna walka z autem. Zamarzło tzw. ssanie, układ gaźnika niezbędny do uruchomienia zimnego silnika. Powie ktoś: ha, wtrysk lepszy. No, w tym przypadku tak. Przyniosłem gorącej wody i wielką strzykawkę. Wydawało się, że nic z tego, bo woda szybko spływała na ziemię, a gaźnik pozostawał zablokowany. Pomogłaby szmatka, na którą by się wrzątek lało.

W końcu ssanie puściło i z godzinnym opóźnieniem dowiozłem mamę so szpitala. W samą porę, bo tam robią koronarografię w dniu przyjęcia.

Tata dość dobrze zniósł tych kilka dni beze mnie, choć nie za wiele jadł i części leków nie zażył. Niestety, znów się pokłóciliśmy.

Nie chciał nic szczególnego na obiad, więc ugotowałem jego ulubiony rosół z torebki. I pora iść na autobus.

W przychodni w sumie luzy. Jeden wyjazd, do pacjenta po pięćdziesiątce, też rak pęcherza. Za to z przerzutami… Ale facet się trzyma, poddał się wielu zabiegom, łącznie z tymi, których tata panicznie się bał.

blog

powrót z zimowej krainy

… baśniowej wręcz.

Bęc! Zderzenie z realnością życia. W progu dowiaduję się, że wczoraj nagle zmarł mój ulubiony nauczyciel historii z liceum. I jeszcze, co gorsza, woda w nocy zamarzła.

Jutro rano mam zawieźć mamę na koronarografię (moim zdaniem – niepotrzebną). Po południu do roboty. Se człek odpocznie od życia.

Ech, zazdroszczę temu pijenemu Słowakowi. Posikany, ubłocony, z kartonikiem taniego wina w garści, bał się, że wsiadł do złego pociągu. Spokojnie wyszedł do przedsionka wagonu, kiedy konduktor zwrócił mu uwagę, że w tym stanie pobrudzi siedzenia. Nie szarpał się, potulnie znosił swój los. Może to jest sposób na życie?

blog

bezsenna noc

… upływa mi na pakowaniu, czy raczej poszukiwaniach co bardziej niezbędnych elementów wyposażenia. Autobus odjeżdża o 4.40, do tego na tapczanie piętrzy się hałda rzeczy – ostatnio rzadko tu sypiam, a gratów stale przybywa. Nie warto się kłaść.

Utorowałem sobie drogę do pokoju, gdzie mam mapy i… widzę, że tych potrzebnych akurat nie ma. No tak, nie wróciły jeszcze na swoje miejsce po sierpniowej wędrówce. Zaraz po moim powrocie tata miał w szpitalu zabieg, po którym jego zdrowie dramatycznie się złamało. Moje życie przestawiło się na inne tory.

Tata zdrowieje. Mapy znalazłem w swoim pokoju tuż koło łóżka, jak podpowiadała mi intuicja. Jeszcze coś przekąszę i pójdę na autobus. Dana wyjedzie później; ma bliżej. Oby znalazła siekierkę, bo ja biorę piłę. Piła w sumie ważniejsza, podstawowym naszym opałem będą małe, uschnięte świerczki, których sporo bywa w zaniedbanych lasach, a taki właśnie otacza stacyjkę, gdzie na kilka dni wspólnie zamieszkamy.

blog

wykąpać tatę

… to był dzisiejszy mój zamiar – i udał się.

Wstałem późno i do tego lewą nogą,  co stwierdził sam tata. Naturalnie od razu zacząłem odczuwać presję czasu: chciałem wyjechać zaraz po wczesnym obiedzie, myśląc o pakowaniu się na wyjazd z Daną.

Po drugiej herbacie zacząłem jako tako funkcjonować i spokojnie zapytałem, czemu tata tak się obawia tej kąpieli. Boję się, że będziesz krzyczeć, a dzisiaj się spieszysz.  Zrobiło mi się przykro. Biedny tata, boi się mnie…

Napuściłem wodę do wanny i przekonałem tatę do kąpieli. Poszło nam to łatwiej, niż się obaj spodziewaliśmy. Ta kąpiel miała pod każdym względem oczyszczającą moc. Wychodząc z wanny (z moją pomocą, ale już o wiele łatwiej), tata mnie delikatnie ucałował. To u niego nieczęsty gest.

Na obiad ugotowałem grochówkę z torebki, z moją kucharską specjalnością: grzankami. Tata za nimi przepada…

No i wreszcie pora się pakować. Wyruszam trzy godziny później, niż planowałem. Po drodze długo szukam adresu, gdzie mam odebrać zakup z Allegro. Do mamy przybywam prawie po ciemku. I od razu scysja, nie podoba się jej mój wyjazd na spotkanie z Daną. Puszczają mi nerwy i wypowiadam o kilka słów za dużo. Po prostu – trudno mi się opanować, kiedy zostaję zaatakowany po przyjściu do domu. To akurat moment, kiedy chcę się wreszcie odprężyć.

Trwa pakowanie. Szkopuł: ulubiony, rozlatujący się chlebak został chyba w mieszkaniu taty. Tutaj, u mamy, wielu rzeczy nie mogę znaleźć, bo w ostatnich miesiącach wpadałem tylko jak po ogień. Wiele rzeczy zaniedbałem, opiekując się tatą. Ale nie żałuję: tata żyje, odzyskuje siły i chęć do życia.

Wczoraj sowicie doładowałem polski numer. Do taty będę dzwonić z roamingu, wychodzi taniej niż z czeskiej karty. A będę telefonować często…

blog

ruszyć rozrusznik

… się nareszcie doktorowi udało. Naciął piłką do metalu niesforną nakrętkę, niewiele uszkadzając gwint sworznia. No i rozrusznik mógł powędrować spod maski Fiesty w cieplejsze miejsce, gdzie się go obejrzy i zadecyduje, co dalej.

Dowiedział się też doktór, co to takiego ten  warez,  z którego tak intensywnie korzysta. Ano, ruch darmowej dystrybucji dóbr niematerialnych, zwanych pirackimi. Doktór wyczytał gdzieś, że takowe działania są współczesnym wcieleniem tego samego ducha, który w swoim czasie napędzał ruch antykomunistyczny. I chyba coś w tym jest, bo doktór przy ściąganiu i rozdawaniu*) pirackich kopii odczuwa podobny dreszczyk, jak kiedyś w działalności opozycyjnej, w kontakcie z bibułą.  To nie to samo, co wyrzucanie stert reklam ze skrzynki pocztowej.

Człek widać kocha wolność, a właściwie:  kocha o nią walczyć.  Inaczej nie smakuje…

*) rzadko bo rzadko, ale jak kiedyś potomni spytają:  a co ty robiłeś w tamtych ponurych czasach? – dumnie wypnę swą dysydencką pierś… (po roku ’89 jakoś się zagapiłem i nie załapałem)

blog

walentynkowy dyżur

Nie, żadnych akcentów walentynkowych w przychodni nie było. Dopiero wieczorem zadzwoniłem do Dany. Szkoda, że wczoraj przepadł mi dość wysoki kredyt w Orange, chciałem go wykorzystać właśnie na walentynkową pogawędkę.

Dziwna sprawa z tym mobilnym internetem w Orange. Nawet działa, choć z neostradą nie może się mierzyć; dziwi mnie znikomy ubytek kredytu. W końcu ściągam setki MB, a z 50 złotych w ciągu 3 miesięcy ubyły grosze. Reszta przepadła, jeszcze wczoraj wieczorem przeczytałem komunikat, że na wykorzystanie kredytu mam 1 dzień.  Przepadła? Ale chyba niewykorzystany transfer doliczono mi jako bonus. Niezbadane są wyroki ponadnarodowych korporacji…

Największe zdziwienie: do modemu włożyłem kartę SIM innego operatora, by sobie skopiować SMS-y. I nagle przychodzi nowy SMS, choć nie uruchamiałem połączenia internetowego.

Ściągam muzykę Enyi i Evy Cassidy. Ta druga jest moim nowym odkryciem, choć samo nazwisko już jakiś czas temu spotkałem na stronach blogów. Może bardziej od samych piosenek poruszyła mnie historia jej życia. Zmarła młodo na czerniaka, zanim zakosztowała sławy. Ech, ludzkie losy…

Jak szybko uciekły te 3 miesiące oranżowego kredytu… Wówczas zdrowie taty systematycznie się pogarszało, bałem się, że nie doczeka Świąt…

W czwartek spotkamy się z Daną w naszym ulubionym zakątku Czech.

blog

trochę niewyspany

po wczorajszym dyżurze jestem. Nie, noc była spokojna, ale musiałem wcześnie wstać, by zdążyć na autobus… no, w sumie i tak mi uciekł.

Ale niewyspanie pozostało, bo nie było jak ani kiedy się położyć. Po obiedzie u mamy pojechałem do taty, w autobusie niemal obudziłem się z krzykiem: w półśnie nagle zobaczyłem szybko przesuwający się obraz szosy (siedziałem z przodu) – i przez moment miałem wrażenie, że przyspałem za kierownicą.

Tata dobrze zniósł połowę weekendu beze mnie, więc chyba bez obaw mogę się za tydzień urwać na dłużej.

Ale teraz – do łóżka.

blog

jak topielec

Tak się trochę czuję. Tylko trochę. Bo oto spadł mi z serca kamień – wiszący nade mną problem zaległych składek. I z tatą idzie na lepsze.

Nie, nie odczuwam wyczerpania. Ale ulgi też nie. Po prostu tak nijako.

Ściągnąłem kolejne setki megabajtów muzyki legalnej jak… poczynania mojego szefostwa. Dyżur był bardzo spokojny, przed południem się do tego rozpogodziło i ładnie było widać góry. Czy zima jeszcze wróci?

W przyszły weekend chcemy z Daną wybrać się do południowych Czech, w nasze ulubione miejsce. Oby tylko wagon mieszkalny był wolny. Dana będzie obchodzić urodziny…