blog

dziwni pacjenci

Po przyjęciu wieczornych pacjentów na chwilę zostałem w przychodni sam – pielęgniarka poszła na blok operacyjny (przy przychodni działa mały oddział szpitalny), kierowca i sanitariusz zajęci byli w garażu przy karetce.

Wchodzi pacjent (?): czy można skorzystać z toalety?

Za chwilę drugi:  jak można dojechać autem pod ten krzyż na wzgórzu? Biorę go do gabinetu, otwieram mapy Google, zoomuję plan miasteczka. Nowoczesność w domu i zagrodzie. W przychodni też. Nawet papier toaletowy dziś jest w pacjenckim kiblu.

Pod wieczór Szef przyjmuje swoich prywatnych pacjentów. Kończy, udaje mi się go zagadnąć na osobności. Sukces… obiecuje uregulować moje zaległe składki. Hmmm… jadąc do przychodni autobusem, pomyślałem: jak nie spadną na mnie te zaległe płatności, kupię sobie kolejne auto *).

Przed północą dzwoni telefon. Nie? A jaki lekarz dziś przyjmuje? Nie po raz pierwszy.

Smutno mi bez Dany.

*) może jakąś klasyczną Ładę?

blog

dobre wieści

Rano odwiozłem Danę na pociąg. Po drodze wstąpiliśmy do Biedronki. Po jej ulubione chrupki ziemniaczane, ale dostała też galaretki w czekoladzie, przedłużacz z wyłącznikami i piernikowe serce  Kocham Cię.

Mama czuje się nieźle. Nie nocowałem w domu, nie chciało mi się zdejmować hałdy rzeczy z tapczanu i spać w zimnej pościeli. No i ciągnęło mnie z powrotem do taty. Ucieszył się, kiedy zadzwoniłem, że wracam na noc. Zapakowałem do plecaka prostownik do akumulatorów, bo tatowe Cinquecento po prawie roku stania nie chciało zapalić. No tak, podczas pobytu Dany wyciągnęliśmy wreszcie tatę z mieszkania! Garaż ma na ojcowiźnie, stamtąd go w Dniu Ojca (23 czerwca) zabierałem do szpitala. Na kilka dni tam wrócił początkiem września, ale bardzo osłabiony. I znów szpitale, z domowym intermezzem i balansowaniem na krawędzi życia.

Po południu zadzwoniła Maria z najświeższą nowiną: jej ukochany wujek przeszedł wszystkie badania z dobrym wynikiem – nie ma nawrotu nowotworu. Udało się. Maria uważa to za mój sukces, bo przekonałem go, że warto się leczyć. No i pierwszy na głos powiedziałem, że to może być rak.

W łazience ładuje się tatowy akumulator. W dużym pokoju, gdzie sypialiśmy z Daną, czeka na mnie dziś tylko jej pluszowy piesek. Znaleźliśmy go porzuconego koło kasy w supermarkecie.

W głowie lekko mi szumi piwo malinowe. Wyszumi, zanim odpalę Poloneza przed jutrzejszym dyżurem.

blog

prawie u celu

Spokojna sobota w przychodni. Kilkoro pacjentów, jedna sprawa drażliwa (jednak…): dzwoni kobieta, że sąsiad traci przytomność, wymiotuje krwią.  Prawdopodobnie ma krwioplucie, wczoraj było Pogotowie i rzekomo rozpoznało zawał; podpisał, że się nie zgadza jechać do szpitala. Bo kury by zostały same.

Nie mamy teraz karetki, proszę wezwać pogotowie, to może być sprawa poważna.  Próbują mnie namówić do przyjazdu własnym autem. Wykluczone – pomyślałem – pacjent tracący przytomność. I rzygający krwią na siedzenia mojego Poloneza. Czyli pan nie przyjedzie? Jak się pan nazywa? Próbują mnie nastraszyć? Odkładam słuchawkę.

No trudno, komuś drogie jego kury, komuś – siedzenia jego fury. A swoją drogą: udawanie pogotowia ratunkowego i wysyłanie jedynej załogi karetki na dalekie, planowe przewozy – to dość szczególny pomysł naszego szefostwa…

Jutro ma przyjechać Dana. I chce iść ze mną do Mysiej Dziury *).  Ale kto naz odwiezie? Zostaje pociąg i autobus.

*) knajpa  U myší díry w Trzyńcu, nazwę wzięła od tzw. Mysiej Dziury, pobliskiego ciasnego podjazdu pod linią kolejową; w ostatnich latach został poszerzony

blog

doktór finiszuje

… tylko pytanie, czy można powiedzieć, że we wspaniałym stylu.

Rano postanowiłem wykorzystać codzienne zesłanie na  front wschodni,  by między jedną przychodnią a drugą wyskoczyć do banku. Czas był najwyższy zapłacić za wyallegrowane radio, a na koncie internetowym – pustki. Rzeczony  front wschodni niby nie jest już miejscem doktorowej martyrologii, bo korzysta z uświęcającej łaski połączenia z Internetem, surfować jednak nie można. Sprawdzić dane jakiegoś dziwacznego leku, który pacjent rzekomo zażywa – owszem. I bardzo to w pracy pomaga.

Pierwszą przychodnię opuściłem około pierwszej i udałem się na średniego kalibru zakupy, znów wykorzystując to, co w sumie jest handicapem: zazębiające się przychodnie: w jednej jeszcze mam pacjentów, w drugiej – już na mnie czekają.

Tak, jak przypuszczałem, młoda kobieta z przedłużającą się gorączką jeszcze się u nas pojawiła, ale była u samego Szefa, a ten rozpoznał zapalenie płuc, pokazał mi zdjęcie. I… podarował trzytomowy podręcznik interny. Przypadek, czy mam to traktować jako upomnienie?

Przyszedł również pan Czesław po przedłużenie lekko naciąganego zwolnienia, niosąc reklamówkę pełną słodkich darów… niczym czwarty król, który nie zdążył się załapać do niedawnego nowoświęta.  A ja mu od rana, jak cnotliwa panna swe dziewictwo do dnia ślubu, uchowałem jedyny druczek ZLA *), jaki mi pozostał.

*) w poprzednim wcieleniu miał symbol L-4…

Był też do kontroli kierowca liniowego autobusu, nieco starszy ode mnie. Wchodzi zadowolony, widać, że zdrowieje. Poprzednio zeszliśmy na temat autobusów. Jeździł Jelczami i dobrze je wspomina. Pamięta nawet Sany H-100; ciekawe – bo ja ich u nas nie widywałem; z przeproszeniem kojarzą mi się z Polską B. No dobrze, w Nowym Targu też jeździły – ale w Zakopanem już nie.

Wieczorem wyskoczyłem do Tesco, uzupełnić prowiant. No i w efekcie do służbowego lapa podpiąłem swoje prywatne głośniczki.  Belfast sączy się z nich cichutko… Ech, gdzie się podziałaś, moja peerelowska młodości…

blog

już z górki

Tak się zasufrowałem, że prawie zapomniałem o swoim blogu…

Pacjentów znów były tłumy – rano. Dopiero o 14 wyskoczyłem do taty. Gotowaliśmy zupę fasolową, naturalnie z grzankami.

Tata mówi, że odzyskuje siły. Tak, widać to po nim…

Po południu – spokój w przychodni. Siedzę w necie.

Jutro już piątek, czuję się weekendowo. Prawie, bo czeka mnie załatwianie pewnej niezręcznej sprawy z Szefem… Wciąż nie mogę znaleźć odpowiedniego momentu, albo on jest zajęty, albo ja.

Dana się od rana nie odzywa.

blog

doktór na półmetku

… albo dzięki Bogu już środa – a właściwie prawie czwartek.

Kaloryfery w dyżurce i okolicach zaczęły grzać. Ale i tak mój organizm zdołał się uporać z kiełkującą infekcją. Co się nie udało: wyjazd na koronarografię. Liczyłem na to, że Szef mnie zastąpi… ale akurat wybył. No trudno; zresztą powiem wprost: z ulgą odłożyłem sprawę na luźniejszą porę. I nie jestem przekonany, że badanie jest potrzebne mamie natychmiast. Mniejsza jednak o to, rozstrzygnie kardiolog. Mama była trochę zawiedziona. Nie wie, pewnie się jednak domysla, że do taty jeżdżę (a do niej nie mogłem). Owszem, ale tata beze mnie na dłuższą metę sobie nie poradzi. I mogę wyskakiwać do niego w bardziej dogodnej porze.

Dzisiaj – tak twierdzi – odgrzał resztę kurczaka w mikrofalówce. Dobrze, że kupiłem prostą w obsłudze kuchenkę. Nie liczyłem jednak, że tata tak szybko ją zaakceptuje i odważy się sam z niej skorzystać.

Pacjentów znów miałem sporo, papierów – oczywiście –  jeszcze więcej. Po południu pani Klaudia, najpierw prosiła o wizytę domową u swoich dzieciaków, potem ją odwołała i przywiozła całą gromadkę. I, rozpromieniona, wali do mnie. O ile wiem, przyjmuje teraz pediatra – próbuję się bronić. Podobno (wierzę, widziałem) okrutna kolejka, ale pani Klaudia po prostu mnie lubi, jej dzieciaki chyba też. Aż mi głupio, że zawsze się przed wszelkim drobiazgiem tak bronię.

Potem równie miła kobieta, ale dość trudny przypadek. W poniedziałek poprosiła o wizytę domową, od tygodnia objawy solidnej grypy, brak efektu po antybiotyku (nie ja go zapisałem – w grypie?!). Trochę ją wtedy ofuknąłem, że sama nie przyjedzie do przychodni. Podczas samej wizty stwierdziłem, już neutralnym tonem, że to po prostu zwykła grypa. Dziś przyszła wymizerowana, patrząca na mnie jak zbity pies, spocona, wargi wyschnięte; tłumaczy, że nie udaje. I nie wiem, po co mówi, że nie jest jeszcze taka stara, ma 34 lata.  Pełna dziewczęcego uroku, zdaje się, że świeżo upieczona mężatka, wygląda na 25. Wysyła mi sygnał, typowo kobiecy: daj już spokój, popatrz jaka jestem bezbronna.  Zrobiła sobie badanie moczu, wynik nie jest ani dobry, ani zły, ale daję jej lekarstwo pod tym kątem. Na początku miała niewątpliwie grypę, teraz?

Obawiam się, że jeszcze do mnie wróci.

blog

kurczę pieczone

Taka była dziś główna misja wyskoku do taty. Tym razem oficjalnie zwolniłem się u samego Szefa. Rzeczonego kurczaka kupiłem już w drodze z jednej przychodni do drugiej, by nie tracić czasu na lawirowanie autem po miasteczku.

Niestety, ulubione soki taty wymagały i tak skoku w bok, ale to już w Bielsku. W efekcie tata dostał kurczę (pieczone) do rąk własnych półtorej godziny od zakupienia. Zacząłem gotować zupę, tacie zaproponowałem podgrzanie kurczaka w mikrofalówce… ale on już się do niego zagryzł, aż się mu uszy trzęsły.

Podczas wypakowywania zakupów o coś się spieraliśmy, ale zauważyłem, że obydwaj nieskorzy jesteśmy do kłótni. Czyżby niewielki odpoczynek od siebie tak dobrze nam zrobił?

Tata stara się nie irytować i nie absorbować mnie mniej istotnymi sprawami. No i dobrze, bywam u niego co drugi dzień i nie mamy dla siebie zbyt dużo czasu.

Tata chwali moje grzanki. Te same, które za pierwszym razem spaliłem i stały się wówczas zaczynem kolejnej kłótni. Tradycyjnie w pośpiechu dojadłem grochówkę, jeszcze zaparzyłem sobie herbatę i już pora do odwrotu. Najwyższa.

Tata pyta, jak się załącza mikrofalówkę…

W przychodni w sumie spokój. Moje przeziębienie nadal nie może się zdecydować, w którą stronę pójść. Ja jutro obiecałem zawieźć mamę do ośrodka kardiologicznego. Trzeba się będzie znów polubownie urwać na kilka godzin.

W niedzielę ma wreszcie przyjechać Dana.

blog

raz pracowicie

– tak (dla urozmaicenia…) wyglądał dziś mój dzień.

Zaraz rano wizyta domowa. Do wieczora łącznie 7… Ale nic skomplikowanego, przynajmniej z lekarskiego punktu widzenia. Kierowca miał gorzej, szukanie na wsi numeru domu – po ciemku – nie należy do łatwych zadań.

Pacjentów w przychodni – jak to w poniedziałek… a do tego zaczął się sezon grypowy. Miałem jedną pacjentkę  prywatną,  tzn. taką, która musiała zapłacić całych 70 zł za przyjemność wejścia do mojego gabinetu (naturalnie od razu jej powiedziałem, że ja sam za cały dzień dostaję 100) – bo zapisana do innej przychodni. Szła… wprost od swojego lekarza, bo nie miała przekonania do tego, co u niej rozpoznał i jakie leki jej dał. Ale moje diagnoza była taka sama, zmieniłem tylko jeden lek… Wydaje mi się, że lepiej działa, poza tym wypadało dodać coś od siebie, skoro już się tak na mnie wykosztowała…

Tata był w domu sam, ale ma się dobrze. Jutro się do niego przejadę.

Moje uszy robią się dziwnie gorące… a piwa (na które akurat miałbym smak) jeszcze nie tknąłem. Czyżby dopadł i mnie jakiś wirus? Zobaczymy…

blog

stęskniony tata

… czekał na mnie w kuchni. Zauważyłem, że ma na ręce skaleczenie. Wczoraj wieczorem potknął się i upadł, chcąc zgasić lampę. Coś ten duży pokój jest dla niego niebezpieczny…

Urwałem się z przychodni nie mówiąc, żę jadę do ojca.  Wyskakuję na chwilę, mam przy sobie telefon.  Kupiłem tacie niezbędny prowiant i wyjechałem na szosę, przysypaną świeżym śniegiem. Czułem, że jest ślisko, ale również, że panuję nad samochodem. Na rondzie w Bielsku widziałem, jak inne auto zamiata tyłkiem. A moje nie!

Przytuliłem tatę, zaparzyłem sobie herbatę. Taki cichy, zagubiony… Na nowo narysowałem mu schemat dzwonienia do mnie i Urszuli, z użyciem klawisza #.

Ty wiesz, że cię kocham… chociaż czasem na ciebie krzyczę…

Nie było mnie w przychodni prawie 2 godziny. Chyba nawet nie zauważyli, że tak długo. Nikt mnie w tym czasie nie szukał, załoga oglądała TV.