Jeszcze wczoraj w nocy chwyciłem się wymiany kół w Polonezie. I całe szczęście, bo zajęło mi to dwie godziny (szacowałem pół…). Rano nie miałbym problemów ze światłem – czy raczej jego brakiem – ale znów jest większy ruch.
Po szybkim śniadaniu dla pewności dzwonię do ośrodka kardiologicznego. A kuku, ordynator jest wyjechany i konsultacji nie będzie. Poprzednio mówili, że w kwestii terminu pilnej koronarografii wystarczy przedstawić pacjenta jego zastępcy.
Posypuje śnieżek, idę zapłacić tatowy rachunek za gaz. Wracając na przełaj przez osiedle, spoglądam na rząd wierzb: tutaj kiedyś płynął potok, po drugiej stronie drogi było gospodarstwo. Jeszcze w moich latach licealnych…
Kupuję pieczywo dla obojga rodziców, dla siebie też coś – piwo malinowe. O, przy osiedlowym sklepiku wisi klepsydra: zmarł emerytowany oficer, który kiedyś prosił mnie o załatwienie gramofonu. Nic nie miałem pod ręką, więc odłożyliśmy sprawę na później. Czasem do mnie dzwonił, pytał, czy już coś dla niego znalazłem i gadał dobre pół godziny ze śpiewnym, kresowym akcentem, okazując mi wielką atencję, odkąd się wygadałem, że jestem lekarzem. No i nie doczekał się upragnionego gramofonu. Tak bardzo chciał posłuchać swych ulubionych płyt, m.in. z chórem Aleksandrowa…
W spokoju jem drugie śniadanie i idę do Fiesty, spróbować odkręcić rozrusznik. Śruby nastrzyknąłem już w drodze do gazowni. No i puściły, bo i klucz uczciwy, choć z wyprzedaży narzędzi na wagę w TESCO. Ha, najmniejszej nakrętki nie ruszę, nie ma szans. Rozrusznik leży pod Fiestą, przewodu sterującego nie mogę odłączyć. Nakrętka ni to 10, ni 9, obrobiona i źle dostępna. A na dodatek czas się kończy. Wkładam ruzrusznik pod maskę, by mi go jakiś złomiarz nie ukradł. Pora się myć i pakować, bo przed pracą chcę jeszcze wpaść do taty.
Pada dość gęsta śniegowa kaszka, chodniki w mig zrobiły się śliskie. Jak mi się pojedzie na tych zimowych oponach? Wyglądają jak normalne gumy z czasów, kiedy nie było opon letnich, zimowych, deweloperów, piarowców, religii w szkole: tego wszystkiego, co wydaje mi się papierową dekoracją do jakiegoś dziwnego filmu. No, jedzie się. To jazda!
Znów trochę ściąłem się z tatą. Gotujemy obiad, nasz ulubiony barszcz. Tata miesza, ja wrzucam do plecaka najstarsze wiktuały z lodówki. Obiad dojadam, spoglądając na kuchenny zegar i pędzę po schodach. Korki dopiero się zaczną, więc Polonez dość szybko się przebija na ekspresówkę, gdzie po chwili dochodzi do swej zawrotnej szybkości. Jak nastanie wiosna, umyję podwozie z soli, wyczyszczę gaźnik…
Parking przed przychodnią jest stromy, boję się zostawiać auto tylko na biegu, oby linka ręcznego nie przymarzła, ale jutro nie planuję wyskoku do taty. Trzeba zrobić kliny pod koła, przy ich nocnej wymianie auto o mało nie ześliznęło się z lewarka. Prowiant zostawiam w aucie, po co lodówka? Teraz tylko herbata, na którą zabrakło czasu u taty. I już pojawiają się pacjenci. Ruch mam dość duży, długo mnie w przychodni nie było…
Wieczorem jest już spokój, dzwonię do taty. Tak sobie, niby pytam, jak się ma… Muszę się nauczyć ignorować jego docinki. Od lat chłopięcych byłem spragniony jego męskiego uznania, może już się go nie doczekam. Ale nie chcę, by czuł się przeze mnie odrzucony, by ostatnie lata jego życia upływały w goryczy.