blog

odpoczynek od życia

Człowiek rodzi się zmęczony i żyje po to, żeby odpocząć. Koniec cytatu, autor intensywnie poszukiwany.

Doktór dodaje od siebie: tę funkcję może pełnić praca zawodowa. Moja i owszem, całkiem dobrze sprawdza się w tej roli. Niestety, w innych kategoriach już nie wypada tak rewelacyjnie…

Paru pacjentów, z tego jeden, co już sobie zaczął brać antybiotyk i akurat mu zabrakło. Jedna wizyta domowa.

Kilka wygranych aukcji. Ale tak w ogóle, nie chce mi się już tyle surfować, co kiedyś. Cotygodniowe przeglądanie aukcji staje się nudnym obowiązkiem jak cotygodniowe czynności małżeńskie dla obiębłego kochanka. I tylko krótka chwila radosnego bicia serca, kiedy się aukcję wygrywa. Nałóg kupowania w nietypowej postaci – bo nie w supermarkecie?

Tata ma się dobrze, dzwoniłem do niego dwa razy. Tyle, że obiadu nie zjadł. Myślał, że może jednak przyjadę… Muszę się wreszcie nauczyć właściwego podejścia do niego: nie popaść ani w chłodne miłosierdzie, ani neurotyczne domaganie się wdzięczności.

Wiem, że jesteś tam – śpiewa w radiu jakaś *) pani; całkiem ładna piosenka. Kto jest adresatem jej słów?

*) ależ oczywiście, dr Google (prawie) zawsze wszystko wie…

Dana jest bez internetu, nie wiem dlaczego. Po przychodni snuje się smród papierosów naszego kierowcofryzjera.  Doktór wypełnił swój blogerski obowiązek wobec ludzkości i pójdzie spać do chłodnej dyżurki. Nie ma tam netu, ale za to nie dociera też dym tytoniowy…

blog

znów wszystko inaczej

Jeszcze wczoraj w nocy chwyciłem się wymiany kół w Polonezie. I całe szczęście, bo zajęło mi to dwie godziny (szacowałem pół…). Rano nie miałbym problemów ze światłem – czy raczej jego brakiem – ale znów jest większy ruch.

Po szybkim śniadaniu dla pewności dzwonię do ośrodka kardiologicznego. A kuku, ordynator jest wyjechany i konsultacji nie będzie. Poprzednio mówili, że w kwestii terminu pilnej koronarografii wystarczy przedstawić pacjenta jego zastępcy.

Posypuje śnieżek, idę zapłacić tatowy rachunek za gaz. Wracając na przełaj przez osiedle, spoglądam na rząd wierzb: tutaj kiedyś płynął potok, po drugiej stronie drogi było gospodarstwo. Jeszcze w moich latach licealnych…

Kupuję pieczywo dla obojga rodziców, dla siebie też coś – piwo malinowe. O, przy osiedlowym sklepiku wisi klepsydra: zmarł emerytowany oficer, który kiedyś prosił mnie o załatwienie gramofonu. Nic nie miałem pod ręką, więc odłożyliśmy sprawę na później. Czasem do mnie dzwonił, pytał, czy już coś dla niego znalazłem i gadał dobre pół godziny ze śpiewnym, kresowym akcentem, okazując mi wielką atencję, odkąd się wygadałem, że jestem lekarzem. No i nie doczekał się upragnionego gramofonu. Tak bardzo chciał posłuchać swych ulubionych płyt, m.in. z chórem Aleksandrowa…

W spokoju jem drugie śniadanie i idę do Fiesty, spróbować odkręcić rozrusznik. Śruby nastrzyknąłem już w drodze do gazowni. No i puściły, bo i klucz uczciwy, choć z wyprzedaży narzędzi na wagę w TESCO. Ha, najmniejszej nakrętki nie ruszę, nie ma szans.  Rozrusznik leży pod Fiestą, przewodu sterującego nie mogę odłączyć. Nakrętka ni to 10, ni 9, obrobiona i źle dostępna. A na dodatek czas się kończy. Wkładam ruzrusznik pod maskę, by mi go jakiś złomiarz nie ukradł. Pora się myć i pakować, bo przed pracą chcę jeszcze wpaść do taty.

Pada dość gęsta śniegowa kaszka, chodniki w mig zrobiły się śliskie. Jak mi się pojedzie na tych zimowych oponach? Wyglądają jak normalne gumy z czasów, kiedy nie było opon letnich, zimowych, deweloperów, piarowców, religii w szkole: tego wszystkiego, co wydaje mi się papierową dekoracją do jakiegoś dziwnego filmu. No, jedzie się. To jazda!

Znów trochę ściąłem się z tatą. Gotujemy obiad, nasz ulubiony barszcz. Tata miesza, ja wrzucam do plecaka najstarsze wiktuały z lodówki. Obiad dojadam, spoglądając na kuchenny zegar i pędzę po schodach. Korki dopiero się zaczną, więc Polonez dość szybko się przebija na ekspresówkę, gdzie po chwili dochodzi do swej zawrotnej szybkości. Jak nastanie wiosna, umyję podwozie z soli, wyczyszczę gaźnik…

Parking przed przychodnią jest stromy, boję się zostawiać auto tylko na biegu, oby linka ręcznego nie przymarzła, ale jutro nie planuję wyskoku do taty. Trzeba zrobić kliny pod koła, przy ich nocnej wymianie auto o mało nie ześliznęło się z lewarka. Prowiant zostawiam w aucie, po co lodówka? Teraz tylko herbata, na którą zabrakło czasu u taty. I już pojawiają się pacjenci. Ruch mam dość duży, długo mnie w przychodni nie było…

Wieczorem jest już spokój, dzwonię do taty. Tak sobie, niby pytam, jak się ma… Muszę się nauczyć ignorować jego docinki. Od lat chłopięcych byłem spragniony jego męskiego uznania, może już się go nie doczekam. Ale nie chcę, by czuł się przeze mnie odrzucony, by ostatnie lata jego życia upływały w goryczy.

blog

doktór rozrywany

… ale z rozrywką niewiele to ma wspólnego.

Jeszcze wczoraj zadzwoniła Maria, prosząc o zbadanie wujka. Pacjent z rakiem płuc, w ostatniej chwili przeze mnie namówiony na leczenie. Wszystko wskazuje, że po operacji jest na dobrej drodze, ale akurat się przeziębił. No trudno, nie odmówię. Uważają mnie za cudotwórcę.

W nocy świetnie się wyspałem, po śniadaniu wyruszyłem na zakupy. Kupiłem tacie jego ulubione koreczki śledziowe, dostałem nawet smalec ze skwarkami (na ulotce ALDI nie przypadł mu do gustu, ale widocznie nie skojarzył, że to ten sam…). Moich liczi już nie było. Trudno, większość dobrych rzeczy z PRL już nie wróci, z młodością na czele.

Robimy z tatą obiad, oczywiście znów jest mała kłótnia – o mieszanie zupy. Za kwadrans przyjedzie po mnie Maria (na letnich oponach nie chce mi się jechać na takie zadupie, pewnie leży tam śnieg). Telefon. Doktor D., prowadzący mamę, odsłuchał moją wiadomość na sekretarce i odpowiada na pytanie, czy wiosenny termin koronarografii jest dla mamy odpowiedni. Nie jest, czyli muszę ją zawieźć do  kardiokominiarzy. No i wychodzi na to, że jutro, bo potem maraton dyżurowy.

No to trzeba będzie po powrocie od Marii jednak wsiąść do Poloneza i jechać do domu. Chyba wreszcie założę mu tam koła zimowe – w samą porę…

Wujek Marii pozbierał się: nabrał kolorów, ciała, wszystkie wyniki dobre. Aż trudno uwierzyć. I mnie uważają za ojca tego sukcesu, bo postawiłem diagnozę i przekonałem chorego, że warto się leczyć.

Do taty odwozi mnie Michał, mąż Marii, autem marki TATA…

Tata pałaszuje swoje koreczki, ja popijam herbatę. Nie spieszy mi się do zamarzniętego Poloneza. Wyjazd, zaraz tankowanie. Znów leję do baku 10% ceny zakupu auta… Chyba jest ślisko, bo mój wehikuł, z biedą osiągający setkę, raczej wyprzedza, niż jest wyprzedzany. Ojej, śnieg leży, akurat będę zjeżdżać na zwykłą drogę. Ha, po dodaniu gazu obrotomierz coś za bardzo podskakuje. W tramwajach i lokomotywach są piasecznice *), czemu nie w autach?

Uff… na miejscu. Parkuję obok Fiesty, gaszę silnik, zamiast ręcznego daję wsteczny i dzwonię do taty, prosił mnie o to.

*) urządzenia do sypania piasku wprost pod koła

blog

opór materii

Wniosek o dowód złożyłem, akurat podpis mi wyszedł nieładny. Po prostu: jeśli wiem, że ktoś oczekuje ode mnie  podpisu zgodnego z wzorem,  nigdy mi to nie wychodzi. Przy listonoszu – spoko… o ile nie jest to urzędowy list za potwierdzeniem odbioru – te nic dobrego nie wróżą.

Pogoda była dość miła, więc chwyciłem się Fiesty, wczoraj wieczorem sprowadzonej w okolice domu (trzeba było poczekać aż zrobi się przed nią miejsce, by mogła bez rozrusznika wyjechać z miejsca swej banicji). Dostęp do śrub, mocujących rozrusznik, jest całkiem dobry, ale one same są trudne do ruszenia… a moje klucze, „13” konkretnie, dość wykiwane. Spróbowałem dokręcić zacisk prądowy, ale nic to nie dało. Potem się ściemniło i zaczęło kropić. Naprawa odracza się, trzeba znaleźć lepsze klucze i preparat do luzowania śrub.

Paczka z Allegro przyszła rozbita, bo była cienko zapakowana. Druga strona uważa, że winna jest tylko poczta. Psiakrew, dlaczego wszystkim dokoła nieodpowiedzialność uchodzi na sucho?? I nima sposobu na takich wujów. A są gorsze przypadki…

Idę na autobus. Zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Mój ulubiony liniowy MAN tym razem nie sprawia mi radości – akurat chciałbym oprzeć głowę i podrzemać, a tu nie ma o co. I tak po drodze podsypiam. Wysiadam, przychodzę do taty jeszcze w pokojowym nastroju. Ale, jak bardzo często bywa, to co zastaję, w mgnieniu oka doprowadza mnie do szewskiej pasji: wodomierze wymienione na wielkie hoba z radiowym odczytem, jeden utrudnia dostęp do zlewu w kuchni. Mocz z tatowego worka ciurka na podłogę, a tata przez pomyłkę wlazł do puszki z moimi ulubionymi owocami, przywołującymi wspomnienia PRL: liczi. W sumie same drobiazgi, ale przekroczyły masę krytyczną. Bo od wczoraj byłem rozżalony, widząc jak rozpromienił się na widok mojej kuzynki, Urszuli – i jak ze sobą rozmawiali, jak się sama Urszula do mnie odnosi. Miałem wrażenie, że to ona jest ukochaną córką, a ja – tolerowanym z konieczności pociotem.

Biedny tata. Ale potem usiedliśmy do kolacji, zaczął snuć wspomnienia z dzieciństwa.

blog

zatrzaśnięte kluczyki

Rano odebrałem poświadczenie obywatelstwa i szykowałem się do wyjazdu do rodzinnego miasta, by od razu złożyć wniosek o dowód osobisty. Po drodze na autobus wstąpiłem do ALDI, by kupić mamie korzenne pierniki, które przed wielu laty dostawaliśmy w paczkach z Niemiec i bardzo nam smakowały, a od tego czasu ich nie spotkałem. W sklepie pustawo, czynna jedna kasa, kolejka nieduża. Ale… starsza pani długo szuka drobnych, gawędząc przy tym z kasjerką. Chudy mężczyzna w średnim wieku kupuje naręcza karmy dla psów i kotów. Nareszcie! Dochodzę do ronda, gotów biec na przełaj… Za późno. Mój autobus właśnie je mija. A z następnego nie zdążę do urzędu.

Trzeba wracać pod blok i jechać autem, zostanie mi godzina. Muszę zatankować a potem szukać miejsca do parkowania, powinienem od biedy jednak zdążyć. Przy okazji zmienię koła na zimowe. Ale… gdzie mam kluczyki od Poloneza? Czyżbym je zgubił? Nie, tkwią w stacyjce… Dobrze, że ich zbytnio nie widać. W domu mam drugą parę.

No to trzeba znów na autobus. I zostać do następnego dnia. Na przystanek PKS-u jadę czerwonym autobusem, na bilet sprzed denominacji: 40 gr czyli 4000 zł… W razie czego zażądam odsetek ustawowych od dnia jego zakupienia.

blog

odrobina słońca

Nawet było go sporo, ale tylko dzisiaj – jeśli wierzyć prognozie. Szkoda, że nie udało się taty nigdzie wyciągnąć – tzn. poza mieszkanie.

W nocy źle spałem, obudziłem się późno. Nawet tata spytał, czy nie chciałbym się gdzieś urwać na wycieczkę. Za późno, brak ekwipunku, brak melodii. To drugie najmniej istotne…

Próbowałem tatę namówić na wyjazd. Zawahał się, ale zaraz znalazł przeszkody: nie wie, gdzie ma spodnie, nie jest pewien jak mu się pójdzie po schodach.  No to spróbujmy jedno piętro, w razie czego wrócimy – mówię. Ale to wieczorem, teraz by mnie wszyscy oglądali.  No tak, oddał walkowerem. Oczywiście wieczorem też nie było żadnej próby chodzenia po schodach. Chodzi coraz bardziej niepewnie, skarży się na sztywnienie nóg. Mówi, że od siedzenia… i się kładzie, zamiast chodzić.

Przed obiadem wyskoczyłem autem do supermarketów. Po ulubione soki taty i przede wszystkim – śledzie. Niestety, przy okazji zobaczyłem, jak mi koroduje Polonez… no w sumie dobrze, trzeba wiedzieć i w porę go ratować. Ale czuję, że go nie pokocham.

Obiad tacie smakował: znów wybrał barszcz z pierogami. A na kolację zapowiedział niespodziankę. Pizzę na telefon. Tak się tym pomysłem przejął, że próbował dzwonić do pizziarzy… pilotem od telewizora.

Chyba nawalił domofon, bo po kwadransie pizzocentrala dzwoni na tatowy telefon, że szofer u drzwi stoi (mają identyfikację rozmówcy, na tym samym numerze pracuje radiotaxi i wygląda na to, że również CIA…).

Do lapa wsadziłem zakupioną jakiś czas temu na Allegro kartę PCMCIA z portami USB 2.0. Niestety, jedynym efektem jest znaczne osłabienie dźwięku, choć niedziałającą kartę usunąłem, a nastawienia dźwięku skontrolowałem. Ech, komputery. Zawsze jakiś diabeł w nich siedzi. Jak mi ktoś poradzi i zrobi się cud, też go ogłoszę błogosławionym w dniu Święta Pracy.

blog

trzeba przewietrzyć

… powiedziałem do taty, bo rzeczywiście w mieszkaniu był zaduch.  Nawet śmieci wyniosłem, ale to był raczej pretekst, by się choć trochę przejść.

Tacie ucieka mocz obok cewnika. Cewnik powinien być już wymieniony, ale trochę się boję, jak to będzie z zakładaniem, bo ostatnio robił to urolog, pomagał sobie drutem.

Zamykając okno, ucałowałem tatę i przeprosiłem za kolejną kłótnię. Znów każdy z nas powiedział trochę więcej, niż naprawdę chciał.

blog

choroba polarna?

Tak się to nazywa, po czesku: ponorková nemoc,  choroba łodzi podwodnych. Jak ludzie są skazani wyłącznie na swoje towarzystwo, w końcu zaczynają się gryźć.

Rano byłem zaspany, bo do nocy oglądałem film o pułkowniku Kuklińskim. Ech, gdzie te czasy, kiedy i ja uważałem Stany Zjednoczone za rycerza światowej wolności…

A tata był zdania, że znów siedziałem na  tym debilnym internecie,  który roi się od zboczeńców, oszustów i chamów. Ano, roi, ale jak się wie, gdzie nie warto zaglądać… zresztą nima czasu na głupoty. Właściwie użyty Internet jest jak Biblioteka Jagiellońska. Trudno przestać, bo tyle tam wiedzy wszelakiej człek odkrywa… To akurat powiem kiedyś mamie, by nie utyskiwała na moje siedzenie przy komputerze.

Tato, umoczyłeś w herbacie łyżeczkę od cukru…  No, to był koniec spokoju. Człowiek zdobył kosmos, upadł Związek Radziecki, Polska jest w Unii… a tata jak maczał, tak macza łyżkę w herbacie i niezmiennie, kategorycznie temu zaprzecza.

Pogodziliśmy się dopiero po obiedzie. Trochę się o niego martwię, bo mam wrażenie, że gorzej się czuje, choć i temu zaprzecza. Między innymi dlatego nie pojechałem w Lubuskie nocnym pociągiem po majowe trofeum z Allegro.

Ech… jak to uciekło. W maju u mamy wykryto raka, wkrótce musiałem zawieźć do szpitala tatę. I z maja zrobił się styczeń. No, ze stycznia – pogodowo – marzec, więc trzeba by się pod chmurką chwycić rozrusznika Fiesty… Demontaż nie powinien być trudny. Za tydzień będę musiał godzić opiekę nad tatą z zastępstwami w przychodni…

blog

gdzie jest mój dom?

Po obiedzie postanowiłem wyskoczyć do domu. Ale… gdzie właściwie jest teraz mój dom? Dokąd wracam, gdzie mam swoją bazę, swój schron?

Z autobusu udałem się do mamy, ale przez miasto, by kupić ulubiony chleb taty. I jeszcze po drodze zabrałem spod maski Fiesty akumulator do naładowania. Mama czuje się dość dobrze, choć jak zwykle jest zbyt dzielna: stara się minimalizować swoje dolegliwości. Boli mnie tylko, jak podchodzi do mojej opieki nad tatą.  Powinieneś mu załatwić opiekę społeczną albo niech idzie do zakładu.  A przecież działa w hospicjum domowym – no, obecnie raczej sama korzysta ze wsparcia swoich hospicyjnych koleżanek.

Usiadłem do kolacji. Dziwne uczucie: teraz to mnie ktoś obsługuje, nosi mi smakołyki…

Pora się zbierać. Do plecaka ładuję trochę wiktuałów, pompkę z Malucha, do ręki biorę podładowany akumulator. Pompuję koło Fiesty, po miesiącu stania jest prawie bez powietrza. Trzeba będzie wymienić felgę. Rozrusznik nie zamierza ruszyć, to nie wina akumulatora, choć był dość rozładowany. Puszczam auto z górki, bez trudu zapalam na dwójce… ale zaraz zatrzymuję się, by mieć przed sobą wystarczająco długi spad do następnego zapalenia silnika. Nie wiem, ile mam gazu, a w razie tankowania będzie problem z uruchomieniem auta. Poczekam, aż przyjedzie Dana.

W drodze na ostatni autobus wstępuję do Biedronki… i zapominam o ulubionej herbacie ceylońskiej. No trudno, u taty mam Earl Greya, wprawdzie wietnamsko-argentyńskiego, ale ujdzie.

Tata… pewnie nie może się na mnie doczekać. Przez ostatnich kilkadziesiąt lat mieszkał samotnie…

blog

doktór panem domu

… i wcale mu rola  Hausmanna*)  nie wydaje się degradująca.

*) moje prywatne słowotwórstwo, parafraza Hausfrau

Dziś cały dzień spędziłem z tatą. No, prawie cały. Po obiedzie wyskoczyłem na zakupy. Dobrze, że nareszcie mam plecak, brak mi jednak coraz bardziej roweru. Przy powrocie ze sklepów czekało na mnie zaskoczenie.

Nie wystrasz się, bo ja leżę – słyszę spokojny głos taty. Upadł w pokoju, chcąc zapalić stojącą lampę. Leżał tak ponad godzinę i zmarzł. Telefon zostawił w innym pokoju. Na szczęście nic mu się przy upadku nie stało. Zaraz mu dałem gorącej herbaty i zagrzaliśmy wędzone udko z kurczaka, kupione w ALDI. Tata nie skrywał niezadowolenia, bo miałem przynieść kurczaka z rożna, z pachnącą skórką…

Kiedy zobaczył kompot z brzoskwiń, zaraz dostał na niego smak. I jeszcze się przyznał, widząc jak wyjmuję z plecaka fasolkę po bretońsku, że włamał się do poprzedniego słoika. Wstawił go z powrotem do kredensu… Tato, co ty znów narobiłeś? Fasolka się mogła zepsuć… Coś nie wierzę, że włamanie nastąpiło dzisiaj. No nic, podejrzany słoik dałem do lodówki, jutro spróbuję czy nadaje się na obiad…