blog

zamiast pizzy

… mieliśmy na kolację krokiety – tata bąknął o pizzy, a ja poszperałem w lodówce, by coś konkretnego zagrzać w naszej nowej mikrofalówce.

A więc nareszcie premiera! Nastawiłem średnią moc, 4 minuty. Dzyń, gotowe. Uważaj, bo się spalisz – mówi tata. Nie wie, że talerz się nie nagrzewa (dla pewności wziąłem taki bez złotego szlaczka). Za krótko, w środku jeszcze będą zimne.  Były w sam raz, tłumaczę: mikrofale grzeją od środka.

Kolacja tacie smakowała. W ogóle nadal ma wilczy apetyt, musimy uważać na dietę. No i liczyć objętości płynów, bo trochę spuchły nogi. A tata popijał sok porzeczkowy, poprosił nawet o odrobinę piwa… Wszystko mu smakuje, życie przede wszystkim. Bo wreszcie domowe…

Co jest z Daną? W południe wyszła po chleb i zniknęła na dobre z netu…

felietony

felieton na 14 stycznia 2011

Papierowy majestat

Kto lubi chodzić po urzędach? Ostatnio miałem okazję i nie było to takie straszne. Prawie nigdzie nie było kolejki, wszędzie potraktowano mnie uprzejmie. Gdzie sceptycyzm? Załatwienie prostej sprawy wymagało dwukrotnej podróży z miejsca zamieszkania do miejsca urodzenia. Jednym z celów było udowodnienie urzędowi, że jestem obywatelem swojego kraju. Mieszkam w nim od urodzenia i już dość dawno temu nadano mi numer PESEL. Rozszyfrujmy: Powszechny Elektroniczny System Ewidencji Ludności. Uprawniony urzędnik wpisuje mój numer i w mgnieniu oka dowiaduje się o mnie… więcej, niż może bym chciał. W pierwszym rzędzie jednak podstawowych informacji, a do tych niewątpliwie aktualność obywatelstwa należy. Czy ten system nie działa? Albo urzędy traktują go jako nieoficjalny?

Papierowe zaświadczenie trochę kosztuje. Zgoda, urzędy mają swoje nakłady, zapłaci albo petent, albo podatnik. Opłata nie była astronomiczna. Ale musiałem ją uiścić w pośrednictwie pocztowym, by do akt sprawy trafił stosowny kwit. Zapis elektroniczny nie wystarczy. Dopłaciłem 2,50 zł, śmieszna suma. Może i śmieszna, ale statystyczny Polak do skarbonki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wrzucił złotówkę, a efekty widać. Widać też, niestety, ile w skali kraju kosztuje nasze zamiłowanie do papierowych kwitków.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 11/12 I 2011

blog

mikrofalówka

To był cel wyjazdu do Tesco i główny zakup. Ale już w holu złowiłem niezłe trofeum – w sklepie z ubraniami widzę plakat: mamy garnitury do poloneza,  z obrazkiem trzydrzwiowej wersji tego pojazdu. Poprosiłem, dostałem.

Dla taty zdobyłem jego wymarzone śledzie w śmietanie.  Na wagę.

Tata przyjął kuchenkę z życzliwym zainteresowaniem. W szpitalu coś mu odgrzewali i zorientował się, że jest to rzecz praktyczna. Ale w ogóle widzę, że obydwaj uczymy się innego podejścia do siebie. Lepiej późno, niż wcale.

W urzędzie złożyłem wniosek o stwierdzenie, że nie jestem wielbondem (tak mówiłem jako dziecko) ani Jamesem Bondem – tylko polskim łobywatelem. Podobno w ciągu tygodnia to ustalą…

blog

obywatel doktór

… dowód osobisty wyrabiał. Po czesku by była gra słów občan doktor vyřízoval občanku.

W Polandii jest gra z urzędami. Posłali doktora z miasta C do B po pewien papierek, którego i tak nie wydali mu do rąk. Kiedy do miasta C przyszedł pocztą, wręczono go tam doktorowi, by pojechał z nim, a jakże, do miasta B. Akurat doktór i tak jeździ jak najęty między tymi dwoma miastami, ale przypadek pokazuje, jak działają mechanizmy biurokracji. Oto obywatel ma fizycznie, osobiście krążyć od jednego urzędu do drugiego, aby udowadniać na piśmie to, co te urzędy o nim doskonale wiedzą… Który to mamy wiek? Telegrafu jeszcze nie wynaleziono?

A tata był dziś w domu sam. I obiad sobie ugotował. Pierogi ponoć dostały wrony, bo niezbyt się udały (doktór lepsze robi, z tych samych gotowców…).

Doktór se na  penisku przywiózł zakładki Opery. No, mógł jeszcze książkę adresową programu pocztowego, ale to trzeba było pomyśleć. Bo dziewice to są dobre (ponoć) jako narzeczone. Dziewiczy komp jest do bani. A tu trzeba do ludzi mejlować, bo Dana przed laty wywaliła auto na złom, niewyrejestrowała i boi się mafii ubezpieczeniowej. A ta jest jeszcze gorsza od lekarskiej…

blog

oklepany cytat

Jest kilka mądrych aforyzmów, które bywają  nieznośnie nadużywane lub/i niemal wszyscy je znają, ale zwykle nie mają pojęcia o ich pochodzeniu, czy wręcz jest im to obojętne.

Jeden z nich (padł dziś na Skype w rozmowie z Daną, okazało się, że znamy go oboje) brzmi mniej więcej tak:

Daj mi, Boże dość odwagi, bym zmienił to, co mogę zmienić, dość siły, bym wytrzymał to, czego zmienić nie mogę i tyle mądrości, bym odróżnił jedno od drugiego.

W różnych odmianach można to wygooglać w zaiste przedziwnych miejscach… Dobre 20% to fora motoryzacyjne… Ale kto jest autorem? W gronie podejrzanych jest Marek Aureliusz i jakiś Tomasz, nazwiska nie udało się ustalić, ale podobno z Akwinu. No, nieźle, kto od kogo ściągnął? Ale czy któregoś z nich nie wpakowano tu przez pomyłkę?

Inny cytat, przypisywany kilku autorom, ma postać: ile języków znasz, tylekroć jesteś człowiekiem.  Karol Wojtyła versus Tomasz Garrigue*) Masaryk.

*) to nie drugie imię, lecz… panieńskie nazwisko żony

Ostatni cytat nie budzi wątpliwości co do autorstwa: spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.  W kategorii nadmiernie, choć w dobrej wierze, eksploatowanych aforyzmów chyba palma pierwszeństwa…

blog

doktór kucharzem

No prawie. Po porannych utarczkach zabrałem się do gotowania obiadu. Wybór padł na barszcz, taki  prawdziwy, który trzeba gotować. A co do niego? Akurat były na kolejce pierogi z mięsem, więc tata wpadł na pomysł, aby je wrzucić do barszczu. Bałem się tylko, że przeczyta datę ważności i odmówi konsumpcji.

Kiedy obiad znalazł się na stole, skończyły się kąśliwe uwagi. Barszcz był pyszny, jak domowy, a pierogi nie zdradzały cech nieświeżości. No, kamień spadł mi z serca, bo worek z nimi w lodówce najpierw się nadął, potem pękł na boku.

Tata nadal ma apetyt, muszę go pilnować, by nie przekroczył dozwolonej dawki białka.

Wieczorem znów musiałem iść na zakupy, bo tata złożył specjalne zamówienie co do kolacji. W powietrzu niemal czuć wiosnę, prawie nie ma śniegu, więc można wyruszyć Polonezem do zmiany opon… ale po co? Zima tak prędko nie wróci, poczekam aż będzie trzeba coś autem zawieźć, taniej autobusem.

No i chyba wreszcie jest kontent, bo nie upomina mnie, bym nie siedział po nocy przy kompie…

blog

blogowanie ukradkiem

… bo tata nigdy nie zamyka drzwi do swojego pokoju („bo jest duszno”). A nie omieszka napominać mnie, bym się położył. Ja wiem, teraz jestem trochę chory… No ale chodzi o zasadę: dużo musiałem doraźnie zmienić w swoim życiu, by się tatą zająć. I chcę zachować jakiś ochłap swojego życia. Choćby się to komuś zdało w konkretnym przypadku niezbyt rozsądne.

Tata nadal ma apetyt, muszę go hamować, by nie przekroczył dziennej normy białka. I dał się namówić na zażywanie leków, przepisanych w szpitalu…

Do komputera ściągnąłem poprawkę SP3. No i w efekcie Windows XP Pro zajmuje prawie 6 GB dysku! Co ciekawe, przeglądając napęczniałe foldery, zauważyłem, że zajmują na dysku nieco… mniej miejsca, niż wynosi ich objętość! Normalnie bywa odwrotnie: dane przechowywane są w klastrach i zawsze któryś nie jest całkiem zapełniony, ale przypisany w całości do danego pliku (coś jak standardowe butelki, do których rozlano określoną, większą objętość płynu – ostatnia prawie zawsze będzie tylko częściowo zapełniona, ale w całości zajęta – wolne miejsce pozostanie niewykorzystane). Im drobniejsze pliki, tym większe bywają te straty miejsca. Poradzi ktoś? Dysk ma układ NTFS.

blog

cudowne wskrzeszenie

Taty i netu.

Bardziej cudowne – taty. Rzeczywiście może żyć bez dializ, ale musi przestrzegać diety niskobiałkowej. Ukrywał przede mną, że wszyscy lekarze namawiali go do poddania się zabiegowi nefrostomii, by ułatwić odpływ moczu. Nie wiem, jak to zrobili w bielskim szpitalu, ale zrobili – nerki jednak nie są stracone. Teraz tego nie utracić…

Ordynator nie planował odwozu taty karetką.  Pacjent jest chodzący – stwierdził lakonicznie. Kiedy jednak powiedziałem, że jakoś sobie poradzę, Polonezem na letnich oponach lub autobusem –  trochę się żachnął… i zamówił przewóz. Miał do mnie żal, że nie kontaktowałem się z nim wcześniej. Ale nie udawało mi się na niego trafić i tata utrzymywał mnie w przekonaniu, że żaden zabieg nie jest planowany.

Rozstaliśmy się w zgodzie. Tata podczas wizyty obiecał, że w razie bezwzględnej konieczności podda się w końcu zabiegowi.

Sanitariusz z kierowcą musieli kilka razy odpoczywać, nim tatę wynieśli na 4. piętro. To właśnie, nie sam przewóz, było dla mnie nie bardzo do przeskoczenia.

Witaj w domu, tato…

Poczułem ogromne zmęczenie, wręcz, że idzie na mnie choroba.  No i jestem przeziębiony, typowe dla mnie załamanie odporności po wielkim stressie.

I jeszcze padł wczoraj wieczorem dysk w laptopie… Na szczęście miałem pod ręką drugi komputer, a w nim świeżo zainstalowany system. Nie bardzo byłem pewien, na ile gotów jest do pracy, byłem bardzo znużony, obawiałem się, że nie ma programu antywirusowego. Dość dawno temu go odłożyłem na bok, kiedy zdobyłem inny egzemplarz.

Dopiero dzisiaj go uruchomiłem, instalując modem GSM i konfigurując pocztę. Zainstalowałem też Skype, ale gdzie podziała się Dana? Nawet SMS-a nie odebrała…

blog

ciężki dzień 5

Ten jutrzejszy, dzisiejsze zastępstwo w przychodni – to był pryszcz. Rano, zamiast rozmawiać z ordynatorem o problemach taty, przyjmowałem swoich nielicznych pacjentów.

Jutro tata ma iść do domu. Czy syn załatwi panu karetkę? – ponoć spytał dziś tatę podczas wizyty właśnie ordynator. Tata powoli przyzaje się, że nie zgodził się na proponowane leczenie. I co poczniemy w domu? Teraz, kiedy objawy mocznicy ustąpiły… Zaprzepaścić wyniki leczenia?

To będzie trudna rozmowa i do tego o niechrześcijańskiej porze: ordynator przyjmuje od 7.30, kiedy wszyscy szanujący się lekarze jeszcze śpią…

blog

biegunka miejska

Od rana, czyli gdzieś od 11.30… Bieganie po mieście. Najpierw na czeską pocztę, powinna tam czekać przesyłka z miernikiem – ale co to będzie, skoro wyczaili, że nie mam dokumentów? Przy okienku jakaś nowa pani, w wieku przedemerytalnym, o fizjonomii ciotki – starej panny lub upierdliwej urzędniczki. Nie ma w komputerze żadnej przesyłki na moje nazwisko. Okazuje się jednak, że miernik został wysłany jako przesyłka zwykła, więc nie muszę się legitymować. A zresztą pani przy okienku tylko tak surowo wygląda, chyba by nie robiła niepotrzebnych trudności.

Potem do elektrowni z zaległymi rachunkami taty. Po drodze wstępuję do sklepiku z przecenionymi książkami, płytami… Ha, co mam a co nie? Kupowało się, gdzieś to wszystlo leży… Wybieram 4 filmy, kupuję też kalendarz z górami – w sumie same Alpy,  które tata tak bardzo chce jeszcze zobaczyć…

W elektrowni zlikwidowano kasę, ale chociaż dowiedziałem się, że te rachunki rzeczywiście nie zostały zapłacone.

Autobusem do taty. Po drodze do Tesco, bo tylko tam są te pyszne kajzerki. Dzwonię ze sklepu, czy coś jeszcze tacie kupić? Nie, nic więcej nie chce, ale czuję w jego głosie jakieś zmieszanie. Kiedy przychodzę, prosi, bym go zawiózł do bufetu. Szpitalną kolację mi odstępuje – chleb ze zrazem, zupełnie nie słone. Tata ma dietę, którą ignoruje. Zamawia flaczki. Pielęgniarka kazała nam szybko wracać, bo na wieczorną wizytę przyjdzie sam pan ordynator.

Okazuje się jednak, że dyżur ma kto inny. Dzwoni mój telefon – melodia pościg policyjny, czyli ktoś z roboty. Tadeusz prosi mnie, bym jak najszybciej go zwolnił, wcześnie rano znów jedzie do Warszawy.

Przepakowuję rzeczy w mieszkaniu taty i idę na autobus. 10 minut do odjazdu, podjadę na gapę czerwonym. Jak na złość, nie jedzie żaden (od biedy za tych 10 minut bym zaszedł pieszo na przystanek PKS) i muszę patrzeć, jak obok mnie przejeżdżają dwa PKS-y, z tego jeden mój. Gdybym miał lepsze okulary, spróbowałbym zatrzymać ten właściwy.

Godzina do następnego autobusu, idę do mieszkania taty na kolację. Przeterminowana rybka, dwie kajzerki, jogurt i resztka koniaku, który dostałem za naciągane zwolnienie. Znów pędem na przystanek. Z autobusu do Tesco po chleb.

Doktorze, gdzie pan jest, bo mamy wyjazd… Karetka zajeżdża po mnie przed market.