blog

leniwa niedziela

Trochę posiedziałem przy komputerze i odwiedziłem państwa Mališów. Choć tegoroczna zima jest dość solidna, tym razem nie było bajkowej, śnieżnej scenerii, z jaką kojarzę coroczne zimowe wizyty u nich.

Tata ma się dobrze, jutro go odwiedzę. Zamówił śledzie w oleju. I nie kupuj po dwie kajzerki, weź trzy.

blog

przeleciał dzień…

przeleci rok.

Nic specjalnego się dziś nie wydarzyło. A na jutro jestem zaproszony do moich czeskich przyjaciół. Starsi państwo, emerytowani nauczyciele. Zawsze po Świętach, początkiem stycznia, zapraszają mnie do siebie. Za każdym razem się cieszę, że zastaję ich jeszcze oboje.

Poszczególne wizyty zlewają się w pamięci. Bo zawsze tak samo: szynobusy, krzyżujące się *) na zaśnieżonej stacyjce, brodzenie w śniegu przez tory, mały domek obok szkoły i pani Mališová, witająca mnie w przedpokoju. W pokoju, na białym obrusie czekają już smakołyki. Za chwilę pojawi się pan Mališ.

Pane doktore, tak vyprávějte… **)

Wydaje się, że dopiero co się z nimi żegnałem. A to już rok…

Ucieka ten czas… coraz szybciej.

*) fachowy termin, mijanie się pociągów jadących w przeciwne strony

**) niech pan opowiada

blog

zimny Sylwester

Siedzę przy komputerze i trzęsę się z zimna. W mieszkaniu taty zostało wino do grzania, które chciałem z Daną wypić w kamieniołomie. Ale Dana nie może przyjechać.

U taty w szpitalu posiedziałem dość długo. Spałaszowaliśmy razem śledzia  w sosie śmietanowym.  Tym razem tacie nie wadziło, że nie jest to śledź  w śmietanie.  Nawet na piwo dał się namówić. Ma apetyt na jedzenie… i na życie.  Lewa noga już mnie nie boli i dałbym radę naciskać pedał.  No, skoro tata coraz wyraźniej ma chęć wrócić za kierownicę, to dobry znak. Tylko co tak naprawdę dzieje się w szpitalu, dlaczego znów odłożono wypis? Bez dializ i bez nefrostomii, to niezła perspektywa, ale czy realna? Ordynatora już nie było, wiadomo: Sylwester. Czyli rozmowa, której się boję, przesuwa się na przyszły tydzień… Boję się uwierzyć w to, co widzę: tata wraca do życia. Oby udało się ten proces utrzymać poza szpitalem, którego już tata ma powyżej uszu…

Zrobiłem w mieszkaniu taty małe pranie, uporządkowałem rachunki w szufladzie… znajdując znów parę nie zapłaconych. Za prąd, ale groszowe, pewnie dlatego nie odłączyli, zresztą późniejsze zostały opłacone. Tak to bywa, jak się w domu nie mieszka. No, a ja mieszkam w dwu domach i w ten sposób nie wiem, gdzie wcięło mój ulubiony miejski plecak.

Do domu (tego głównego, przynajmniej wg ilości rzeczy…) postanowiłem jechać autobusem – taniej i bez ryzyka poślizgu na moich nieszczęsnych oponach. Już mam wychodzić, a tu dzwoni telefon, numer zastrzeżony… Tomek, kolega ze studiów! Ile to już lat! W zeszłym wpadłem do niego przy okazji rajdu samochodowego, ale jakoś znów nie było czasu i natchnienia, by częściej się kontaktować. Gadamy, umawiamy się na drugą rozmowę – i pędzę na autobus, ostatni w sylwestrowski wieczór. Ledwo zdążyłem na dworzec, a jego ani widu. Miał 20 minut spóźnienia.

Siadam przy zastawionym stole – mama napiekła smakołyków – zbliża się pora umówionej rozmowy. Kiedy półtora roku temu byłem u Tomka, od razu uderzyła mnie atmosfera głębokiego, czułego porozumienia, które łączy go z żoną. Okazało się, że i ja bardzo zapadłem jej w pamięć (choć widziała mnie tylko ten jeden raz); stale słuchają piosenek, które im zostawiłem. I bardzo się oboje ucieszyli, że mam dziewczynę, bo to nowa wiadomość od czasu, kiedy się widzieliśmy.

A Dana właśnie pojawiła się na Skype…

blog

nocny powrót

… uniemożliwił mi wejście na blog przed północą.

Wieczorem wybrałem się do taty, pieszo. No i pieszo wracałem, po drodze wstąpiłem na wieczorne zakupy do Kauflandu. Wino do grzania, szampan, trochę smakołyków. Po zakupach chciałem nawet wsiąść w autobus… ale one z kurami poszły spać. Jeżdżąc prawie tą samą trasą autem, w jedną stronę robiłem równe 5 km.

A przed południem biegałem po mieście, załatwiając ubezpieczenia komunikacyjne. Przydałby się rower…

Czy Dana przyjedzie? Nadal nie mam pewności.

Jutro chyba wreszcie pomówię z ordynatorem o nerkach taty. A sam tata… odzyskuje apetyt, nadrabia straconą wagę, jest pogodny. Oby tak dalej.

blog

w niepewności

Niestety, nadal.

Wczoraj dzienne zastępstwo przeszło w kolejny dyżur – Tadeusz miał problemy z powrotem z Warszawy. Dzwoniłem do taty, był strapiony, że nie przyjadę. Ja z kolei martwiłem się, co będzie, jeśli Dana przyjedzie późno, po odjeździe ostatniego autobusu, skoro ja jestem w przychodni i bez auta.

Dana nie przyjechała. Tata nic specjalnego mi dziś nie zdradził. Prócz tego, że 3 stycznia (a nie jutro) ma iść do domu. Może po prostu chciał mnie widzieć? I pokazać, że zaczyna jeść? Dlaczego nie chce, bym mówił z ordynatorem? Nie było go zresztą dzisiaj.

Czy Dana w końcu przyjedzie? Mamy dość oryginalne plany na spędzenie Sylwestra w przyrodzie…

blog

Christmas Porno

… się doktorowi przeczytało. Zamiast Christmas Promo.

No tak, głodnemu chrupki na myśli… Albo ma doktór gorączkę i się mózg przegrzewa? Bo spanie w nieogrzewanej dyżurce to nie to samo, co spanie w lesie, w śniegu, ale w wojskowym śpiworze, kiedy z jednej strony tuli się dziewczyna, z drugiej – kosmaty pysk wiernej wilczycy…

Dzwoniła matka tego dziecka, co mu sami zaordynowali antybiotyk. Już dwa dni idzie i nadal gorączka. Doktorze, radź.

A doktór ściąga kolejny piracki plik (za karę Marcie Kubišovej, że poparła Aksamitną Rewolucję, ale doktór wtedy też ją popierał…) i popija kolejną herbatę…

blog

znowu na dyżurze 6

… wylądowałem.

Nocna pacjentka nie pojawiła się. Rano chciałem się spotkać z Tadeuszem, by uzgodnić podział pracy na resztę miesiąca. Nie doczekałem się, popędziłem na autobus, ale ten odjechał wcześniej.

Eskortuję mamę w drodze do kasy śmieciowo-ściekowej. Razem mamy wolny przejazd autobusem miejskim. Jak pięknie widać góry, właściwie jest inwersja. A ja akurat bez aparatu…

Telefon od Tadeusza, prosi o dzienne zastępstwo jutro, bo chce jechać do Warszawy. W końcu staje na tym, że wezmę i dzisiejszy dyżur, bo jutrzejszy mi nie pasuje – ma przyjechać Dana.

Boję się nawału dzieci, bo nie ma pediatry. Spoko, tylko jedno i niezbyt małe. Angina, rodzic i tak już dał mu antybiotyk, który miał w domu. Nie wytrzymałem i pytam, co ja mam w tym przypadku jeszcze do zrobienia?

Dzwonię do taty. Chce ze mną porozmawiać, ale nie przez telefon. Podobno w czwartek mają go wypisać. Coś za szybko, co się znów porobiło??

Dana nie weszła na Skype, posłała tylko SMS-a, że jutro się odezwie. Miała być u swojej mamy w szpitalu.

Znowu nie wiem, czego mam oczekiwać.

blog

nocna pacjentka

Telefon. Czy o drugiej będzie jakiś lekarz?

Jakaś dziewczyna leci z Ameryki i jest chora. Pewnie miała przylecieć na święta, utknęła gdzieś po drodze i przeziębiła się.

Nie wiem, czy przyjdzie, ale i tak się nie kładę, pół dnia przedrzemałem w dyżurce. W kurtce i śpiworze.

blog

dyżur prawdziwie zimowy

… nie tylko dlatego, że w dyżurce nie działa kaloryfer.

Wieczorem sprawdziłem rozkład jazdy. O 7.20 powinien jechać PKS, godzina pasuje, a przewoźnik wiarygodny. Bałem się tylko, że zaśpię. No i żal mi było tej wewnątrzświątecznej nocy, wolałbym do późna czytać, potem spać jak suseł… Eine kleine Nachtmusik nastawiłem na 6.30.

Obudziłem się o piątej. Po chwili wstałem, zjadłem śniadanie, zacząłem się pakować. Niedowierzająco spoglądałem na zegary, jaki ten czas spory.

Wyszedłem z domu godzinę przed odjazdem (na dworzec jest 20 minut spacerkiem, z redakcją Guinnessa poproszę…). Śniegu napadało kilka cm, chrupie pod butami (czyli nie powinno być bardzo ślisko); spoglądam na lekko przysypanego Poloneza… Nie, jestem odpowiedzialnym kierowcą. Wczoraj dostałem wyraźny sygnał, jak bardzo nieodpowiednie mam opony.

Na dworcu zaczynał się ruch. Ktoś (pewnie od pociągu) czekał na kurs do Szczyrku. Mój autobus podjechał planowo, sanocki kurdupel. Silnik z przodu, prawie jak Jelcz. Ale – jak w reklamie: prawie robi dużą różnicę.  No trudno, to se nevrátí.  Grunt, że jedziemy. Miejscami lód, jak on to robi, że nie zamiata tyłkiem jak ja?

W przychodni spokój. Idę drzemać do dyżurki, mierzi mnie blogowa pyskówka ze Stahem. No trudno, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, a Polak na Poloneza, co z ziemi włoskiej do Polski (tak, tak, prototyp nie powstał na Żeraniu..).

Wstaję jak uczciwy człowiek, o jedenastej. Jaka ładna zima… Lekki mróz, śnieżek, nawet słońce chciałoby wyjść (z taką pewną nieśmiałością, pewnie potrzebuje podpasek…).

No i nie ma pacjentów. Życie lekarza bywa piękne, nawet w zimnej dyżurce.

… i jeszcze karpia dali, złowionego w przyrodzie. Nasz kierowcofryzjer, przy okazji mnie zestrzyże, bo trzeba fotkę do dowodu.