… a Polonez na letnich oponach.
Wyspałem się do oporu i jadę do taty. Najpierw musiałem pożyczyć skrobak, bo został we Fieście, a przez noc szyby Poloneza pokryły się warstwą lodu (nie szronu, trzeba było drzeć). Odśnieżyłem i dach, by nie prószyć – i ruszyłem w drogę, nie wiedząc że za chwilę mnie obróci.
U taty spędziłem 4 godziny. Zdrowieje, ma apetyt, zaczyna chodzić. Tylko co z nerkami? Po świętach pewnie czegoś się dowiem.
Powrót zamienił się w horror. Zawsze uważałem za palantów tych, co jeżdżą na oponach zimowych, tym razem sam wyszedłem na takiego. Nie mogłem wyjechać pod górę (nawet lekkie zaciągnięcie ręcznego i ruszanie z dwójki nie na wiele się zdało), na dwu skrzyżowaniach mnie znów obróciło. No tak, postawiłem znak równości między oponami normalnymi a letnimi. Niestety, Polonez ma te drugie. Porażka. A najgorsze, że moich ulubionych D-124 już nie robią. Na nich to jeździłem, kpiąc sobie ze zwolenników opon zimowych…
Dojechałem szczęśliwie. Uff… Do roboty jutro rano pojadę autobusem.
Spokojne, samotne popołudnie w mieszkaniu taty. Czytam Wyborczą, kupiłem ją dla płyty, ale jest co czytać. Świetny tekst o polskiej religijności. Niektórzy będą oburzeni.
Dana dopiero wieczorem pojawiła się na Skype, ma problemy ze swoją mamą, która też jest w szpitalu. Czy przyjedzie do mnie w poniedziałek? Jedno koło zimowe mam jako zapasowe, drugie od biedy mogę przywieźć autobusem…