blog

doktór sam w domu

… a Polonez na letnich oponach.

Wyspałem się do oporu i jadę do taty. Najpierw musiałem pożyczyć skrobak, bo został we Fieście, a przez noc szyby Poloneza pokryły się warstwą lodu (nie szronu, trzeba było drzeć). Odśnieżyłem i dach, by nie prószyć – i ruszyłem w drogę, nie wiedząc że za chwilę mnie obróci.

U taty spędziłem 4 godziny. Zdrowieje, ma apetyt, zaczyna chodzić. Tylko co z nerkami? Po świętach pewnie czegoś się dowiem.

Powrót zamienił się w horror. Zawsze uważałem za palantów tych, co jeżdżą na oponach zimowych, tym razem sam wyszedłem na takiego. Nie mogłem wyjechać pod górę (nawet lekkie zaciągnięcie ręcznego i ruszanie z dwójki nie na wiele się zdało), na dwu skrzyżowaniach mnie znów obróciło. No tak, postawiłem znak równości między oponami normalnymi a letnimi. Niestety, Polonez ma te drugie. Porażka. A najgorsze, że moich ulubionych D-124 już nie robią. Na nich to jeździłem, kpiąc sobie ze zwolenników opon zimowych…

Dojechałem szczęśliwie. Uff… Do roboty jutro rano pojadę autobusem.

Spokojne, samotne popołudnie w mieszkaniu taty. Czytam Wyborczą, kupiłem ją dla płyty, ale jest co czytać. Świetny tekst o polskiej religijności. Niektórzy będą oburzeni.

Dana dopiero wieczorem pojawiła się na Skype, ma problemy ze swoją mamą, która też jest w szpitalu. Czy przyjedzie do mnie w poniedziałek? Jedno koło zimowe mam jako zapasowe, drugie od biedy mogę przywieźć autobusem…

blog

wigilia w szpitalu

Rano wybrałem się na zakupy, próbując zdobyć dla taty wigilijne wydnie gazety, a potem jego ulubione śledzie w śmietanie. Mama miała żal, bo chciała, żebym w końcu zabrał swoje skarby ze stołu kuchennego, bo najwyższa pora położyć świąteczny obrus. W drodze do sklepu spróbowałem odpalić Poloneza, udało się.

Przy wigilii pojednaliśmy się z mamą. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie było przy świątecznym stole taty.

Biorę do Poloneza ciastka, po raz pierwszy nie przez mamę pieczone. Płytę Ireny Santor z kolędami. Wiktuały dla taty i dla siebie na pierwszy dzień świąt w mieszkaniu taty i drugi w przychodni. Jezuska*) dla Dany.

Mgła i uświniona szyba. Staję, wyciągam szmatę. Na stacji benzynowej też nie mają dziennika, dziś był z opłatkiem…

Z mieszkania taty zabieram laptopa, bo nie mamy innego sprzętu do odtwarzania CD.

Jest już godzina 20, koniec odwiedzin. Ale nikt nie wyprasza odwiedzających, jest noc wigilijna.

Rozkładam laptopa, kolędy brzmią cienko, ma słabe głośniczki. Wyciągam wiktuały, tata daje się namówić na śledzia, choć to nie ten producent, od którego chciał. Czuję, że nie chce mi sprawić przykrości. Chwali się, że przybrał 2 kg.

Wyciągam opłatek, życzę tacie słonecznej wiosny i opłatka za rok. Po naradzie z tatą idę z opłatkiem do jego dwu sąsiadów.

Pogódźmy się wreszcie – mówi tata. No pewnie, najwyższy czas. I kiedy, jeśli nie w tę noc?

*) tak nazywa się gwiazdkowe prezenty na Śląsku Cieszyńskim i w ziemiach Korony Czeskiej… w końcu nasz Śląsk (aż po Bielsko) jest ich częścią…

blog

wnerw przedświąteczny

W supermarkecie ktoś komuś stanął w drodze, warknęli na siebie, usłyszałem: ty pajacu.  Zdaje się, ostatnio modne…

Ani ja nie jestem ogarnięty anielską dobrocią. Wszystko jakoś nie tak idzie, jak by miało.

Na pogrzeb się spóźniłem. Mój blacharz podobno rozbił głowę na schodach kotłowni. Przypuszczam, że mógł być nietrzeźwy. Szkoda go…

Autobus mi uciekł. Prywatny bus nie jechał, bo po co? Ale zdążyłem do kasy gazowni, by zapłacić zapomniane rachunki taty – już groziło zdjęcie gazomierza. Dreptanie po mieście z ciężką torbą foliową, by załatwić papiery do dowodu. W torbie – ulubione soki taty, nie w każdym sklepie mają właśnie te. Jestem głodny, że aż wściekły, ale do domu daleko, bliżej na autobus do taty.

No i pokłóciliśmy się. Zaraz kazał się wieźć do szpitalnego sklepiku i kupił inne soki. I jeszcze się pochwalił, że nefrostomii prawdopodobnie nie będzie.

Znów mi uciekł autobus. Wróciłem do domu, by się zaprawić piwem. Tanie i dobre lekarstwo na Weltschmerz.

blog

przedbiegi świąteczne

Dyżurowa noc tradycyjnie spokojna. Rano trochę się zatrzymałem z Tadeuszem, chciałem wziąć jeszcze jakiś dyżur przed Świętami. A on – że nie wie, jak te 3 dni (24-26 XII) wytrzyma w domu, więc chociaż teraz chce pobyć w przychodni. Jakieś problemy rodzinne, coś słyszałem. No dobrze, ale ja na odmianę nie chcę dyżurować w Sylwestra… Załatwione.

Jestem w domu, dzwoni tata, tęskni za mną. A tu kupa papierowych spraw: ubezpieczenie za Poloneza z przyczepką (PZU z rozpędu proponuje NW na oba pojazdy :D), nadać przekaz bankowy, zapłacić tacie za  komórę – po chrześcijańsku, nie przez żadne internety. No to w kurs.

PZU nie skore do negocjacji (jak im uciekłem z Fiestą, po niewczasie chcieli spuścić). Na poczcie pana od MTU tradycyjnie niet. Urzędniczka od dowodów specjalnie się nie dziwi, że obywatel nie miał w życiu nowego dowodu. Pyta tylko, czy w międzyczasie nie zmienił obywatelstwa.

Wracam z połową załatwionych spraw. Klepsydry nie mieszczą się w gablotce. Marek M., lat 49, adres znajomy… Przecież to blacharz, który od lat reperował moje auta, Kombi w szczególności. Fiesta ma jeszcze w bagażniku lampę warsztatową, którą zapomniał przy niedawnej naprawie. Fiata 128, który stał obok w hali, pewnie zdążył skończyć. Ale Fiat 124 i stary Maluch z rozbitym przodem zostaną osierocone na podwórku. Nie był słowny, ale jak chciał, robił cuda. Przez lata polubiliśmy się. Czuł duszę starych aut, był marzycielem. Zawsze lekko smutny…

Dzwonię do taty, akurat czeka na tomografię. Nie mówię mu, dlaczego odłożyłem wyjazd.

Zawsze myślałem, że Pan Bóg jeździ Dużym Fiatem, oczywiście tym starym. No i pewnie coś w nim wreszcie przerdzewiało, więc powołał do nieba dobrego blacharza. Wypada mi jutro pożegnać człowieka, z którym się zżyłem. Właściwie tak, jak moi pacjenci ze mną…

blog

ostatnia nadzieja?

Rano pojechaliśmy karetką do szpitala w Bielsku. Akurat trwała wizyta, ordynator poprosił mnie o informacje o przebiegu choroby taty. Widać, że dobrze zarządzany oddział, a jego szef lubi podejmować się trudnych wyzwań. Od razu zaplanowali szereg badań. Po wizycie młody, sympatyczny stażysta spisał jeszcze raz wszystko, co mogłem o ojcu przekazać.

… ech, na początku każdej hospitalizacji taty jest chęć do diagnozowania, leczenia. I dyskretne narzekania na działania poprzedników. No, trochę jak po zmianie rządów czy I sekretarza Partii. A kończy się tak, jak ze spapranym autem, które stale zmienia właścicieli. Tata był znów w dobrym humorze i otwarcie powiedział, że w poprzednim szpitalu był celowo nieznośny, bo… obrzydła mu nerkowa dieta i chciał szybciej wyjść do domu.

Jak pięknie spod szpitala widać góry… Na przystanku ktoś napisał, że Chrystus na krzyżu był tylko odurzony, potem sobie normalnie żył i miał dzieci z Marią Magdaleną. Jadę ósemką, bo chcę wdepnąć do Izby Lekarskiej. A w Izbie… mili dla mnie. No bo co im zależy? Forsę i tak wyciągną, wszystko im jedno, z kogo. Nie, sądu koleżeńskiego u nas nie ma.

Po drodze kupuję przecenione pierogi wigilijne. Czy na oddziale mają mikrowelę (ciekawe, jak się na nią mówi poza Śląskiem…)?

Siadam na chwilę w mieszkaniu taty, robię herbatę, zagryzam strudel od Dany. Spoglądam na puste łóżko taty, przecież tu jeszcze wróci? Właściwie jest mi w tym mieszkaniu dobrze, jak w akademiku. Ogrzane, mam swoje wyrko, nawet lapa z netem (tego na studiach oczywiście nikt nie miał, jakieś blaszanki z DOS-em czy Win 3.1 może gdzieniegdzie były…).

Trzeba już iść na autobus. Na dworzec jadę na gapę. Przychodzę 2 minuty po odjeździe, ale autobusu jeszcze nie ma, jedzie z Warszawy. Inny jest spóźniony, już na niego nie liczyłem.  Stoimy w korku. Dzyń, dzyń, tu Izba Lekarska. Sprawdziliśmy, pana szef płacił składki, ale tylko za siebie. Jak coś, to rozłożymy panu na raty…

Ech…

blog

karuzela zdarzeń

Od rana roztopy. Bardzo ubyło śniegu, brzydko, mokro, ale drogi nareszcie wolne od lodu.

Ordynator nefrologii od wczoraj dla mnie miły, prosi, bym przyszedł później, bo właśnie będzie umawiać tatę na dializy w jego mieście. OK, idę na czeską pocztę. Nadaję dwa przekazy, wspominam, że jeden pewnie na mnie czeka. I jeszcze list… Urzędniczka mruknęła, że mogłem od razu powiedzieć, a tak musiała chodzić dwa razy. I zaczęła się przyglądać paszportowi. Nieważny! Nie mogę panu wypłacić pieniędzy.

Wracam do szpitala, ordynator zajęty. Przyjdę później.

Proszę, niech pan idzie do ojca, bo jest ostra wymiana zdań z panem ordynatorem.

Miałem wypadek samochodowy i żałuję, że się wtedy nie zabiłem – słyszę zdeterminowany głos taty. Już wykrzyczał, co go bolało, uspakaja się. Ordynator mu właśnie powiedział, że na razie pójdzie do innego szpitala, nie do domu. Zostaję sam z ojcem. Jest smutny, ale spokojny. Chciałby do domu, choć na parę dni. Podziękuj ordynatorowi, że mnie wysłuchał. Tak się to ze mnie wszystko wylało…

Idę, przepraszam za wybuch taty. Jest takim samym furiatem, jak ja – mówię.  Ja go rozumiem, już ma dość szpitali. Trzeba się umieć wczuć w sytuację chorego – ordynator jest dla mnie niezwykle przyjazny. Poprosił do gabinetu, pyta o moją pracę, dzieli się fantami od przedstawicieli farmaceutycznych. W oddziale, gdzie tata ma mieć dializy, chcą spróbować zabiegu, na który nie zdecydowali się tutujsi urolodzy: nefrostomii, co mogłoby pacjenta uwolnić od dializ. Mówię mu, że odobrucham tatę.

Kiedy wracam z zakupami, dowiaduję się, że ordynator był jeszcze raz u taty, odbyli serdeczną rozmowę.

Na czeskiej poczcie nie dają się nabrać na zielony dowód osobisty. W końcu wypłacają na prawo jazdy. Mówię, że wybierałem na nie prezydenta RP… Ale następnym razem chyba nawet prezydent nie pomoże…

W domu list od Mafii Lekarskiej. Szef od lata 2008 nie odprowadzał moich składek. Matka chrzestna do 14 dni chce ponad 1000 zł. Spróbuję z szefem po dobroci…

blog

powrót taty

… do domu zaplanowano na jutro. Dzisiaj dość długo siedziałem u niego w szpitalu. Jest pełen energii, pogodny. Choć otwarcie mówi o śmierci. Zazdrościłem temu panu, co wczoraj obok mnie tak cicho umarł.

Tato… oswoiłeś myśl o śmierci, ale żyj jak najdłużej. Jesteś teraz taki fajny, nie spierasz się o głupoty, rozumiesz, że twoja choroba cokolwiek mnie ogranicza – i szukasz sposobów, jak klepać wspólną biedę. Oby nam to wytrzymało.

Spytałeś, czy wolno ci będzie pić piwo… A czemu nie?

blog

doktór chce na Białoruś

… pojechać. No bo w repotrażu wyczytał:

Na zahradě před kostelem stojí socha Jana Pavla II. Přičemž socha Lenina z druhé strany ulice ukazuje rukou se zdviženým prstem přesně tímto směrem, jako kdyby říkala: „Co ten tady dělá?”

Ech, kiedy patrzę na zdjęcia ze współczesnej Białorusi, nie mogę się oprzeć wrażeniu: cholera, ostatni kawałek normalnego świata. Na wszelki wypadek wyjaśniam, że wrażenia nie podlegają jurysdykcji.

Jak była ta sławetna grypa (ptasia, świńska, już mi się to myli, trochę jak numeracja Najjaśniejszej RP…) – jedyny Łukaszenka palnął prosto z mostu: nie ma żadnej epidemii, jest tylko pazerność zachodnich firm farmaceutycznych.

No, doktór też tak mówił, ale nikt go za bardzo nie słuchał.

… tagi na kartki, przepraszam, zapomniałem.

blog

zimowy spokój

… w przychodni. Kilkoro pacjentów, żadnego wyjazdu. Wczorajsza pacjentka z migotaniem przedsionków widocznie została w szpitalu na dobre.

Rano przyjechała pacjentka z anginą, która od wczoraj usiłowała się do mnie dostać. Czopy na migdałach, kaszel z ropną plwociną; laryngolog kilka dni temu dał wziewny antybiotyk – Bioparox. Osobiście nie mam do niego przekonania, wypróbowałem go na sobie. Zapisałem antybiotyk doustny. Pacjentka ma do przychodni kilkanaście kilometrów, ale koniecznie chciała, bym ja ją leczył. Miała żal do rejestratorki, że ta nie podała jej mojego numeru komórkowego. Wytłumaczyłem pacjentce, że to ja nie zgadzam się na ujawnianie numeru.

Potem już spokój, siedzę sobie w necie, na chwilę wyskoczyłem do sklepu (z telefonem, którego numer jest tylko do wiadomości personelu). Mróz zelżał, lekko sypał śnieg. Ładna zima, Czesi mówią Ladovská – od malarza Josefa Lady, autora szeregu nastrojowych obrazków, głównie z życia wsi.

blog

doktór żółci upuścił

… i pójdzie spać. Odpukać, noce bywają spokojne. I nawet kaloryfery grzeją, co jest miłe, kiedy się śpi na posadzce, na materacu. W tej części przychodni nie ma ogrzewania podłogowego.

Jesienią było zimno jak w psiarni. I jeszcze kaszlący pacjenci…

Doktór się zahartował. Przyda się na vandry.