blog

gdy rządzi głupiec

… opadają ręce.

Wizyta domowa, migotanie przedsionków. EKG nie działa, bo ktoś wyjął baterie. Okazuje się, że na polecenie Szefki.  Chyba 10 paluszkowych akumulatorów, zapakowane są w woreczku, wkładanie za każdym razem do przyrządu jest dość uciążliwe i grozi w końcu uszkodzeniem styków. Raz nawet ratownikowi o mało nie poleciała po premii, że tego nie zrobił. Sanitariusz jest jej bratem, ale palnąłem mu bez ogródek, co myślę o takich zarządzeniach.

Nie dość, że mnie okrada i poniża, to jeszcze forsuje swoje głupie pomysły.

Wałęsę swego czasu wybrałem sam, ale za  Szefkę naprawdę nie mogę (tak się po czesku mawia)…

Pacjentka została w szpitalu, ale nie wiadomo, czy po nią nie pojedziemy. Jeśli tak, to już beze mnie. To była druga wizyta domowa, mam nadzieję, że ostatnia na tym dyżurze.

W końcu po to do roboty chodzę, by sobie odpocząć w cieple, przy herbacie i necie…

Za dużo tagów? Za dużo głupców!

blog

częściowy sukces

Innych ostatnio nie bywa…

Szefka przyniosła kopertę. Wyrównanie. Za dyżury jak Pan Bóg przykazał. Za zastępstwa obcięli. Nie zapłacili za dwie pierwsze godziny, stawkę „podnieśli” z 10 nie na umówionych 20, ale na 15 złotych za godzinę.

blog

wieści trochę gorsze

W porze obiadowej wpadłem do taty, chciałem też porozmawiać z ordynatorem. Tata czuje się nieźle, przede wszystkim pozbierał się psychicznie. Ale to, co mi powiedziała lekarka (ordynator był w poradni) wręcz mnie załamało. Tata nadal musi mieć dializy. I wypisują go do domu.

No to jestem załatwiony – mówię lekarce. Mam prawie xx lat, kiedy wreszcie będę miał swoje życie? Mam czekać aż rodzice umrą?

No nie oburzaj się tak, doktoreczko. Masz swoje życie, nie wiem, rodzinę, specjalizację… Dobrze się radzi innym. Co byś na moim miejscu zrobiła? Bo mi chce się krzyczeć KKJ (kiedy, k…, ja?).

Powiedziałem jej o planowanej wyprawie rowerowej do Dubrownika. I że tata chce jeszcze zobaczyć Alpy.

Wieczorem zastałem wreszcie ordynatora. Nie był miły. Ale zostawi tatę do poniedziałku, skoro mam mieć dwa dyżury w ten weekend.

blog

z tarczą, choć bez tarczycy

… tak wygląda strona medyczna kontroli onkologicznej u mamy. Nic nie świadczy o wznowie procesu nowotworowego. No i dobrze, bo trzeba się zająć innym problemem – prawdopodobną białaczką.

Poranna jazda autobusami z przesiadkami była dość uciążliwa, więc powrót zaplanowaliśmy wieczornym kursem bezpośrednim, na który dobre dwie godziny czekaliśmy w małej, sympatycznej restauracji.

Już się wydawało, że autobus w ogóle nie przyjedzie. Warunki drogowe rano były na większości trasy znośne, pod wieczór – znacznie się pogorszyły. Kiedy wreszcie dodzwoniłem się do dyspozytora naszego oddziału PKS, na gliwicki dworzec zajechał wytęskniony, spóźniony Solbus. Po drodze kierowca dogadał się przez CB-Radio z jadącym przed nim kolegą, że z powodu spóźnienia ominiemy Jastrzębie Zdrój, do którego to miasta nie jechał żaden z trojga pasażerów.

W Gliwicach otrzymałem wiadomość od Tadeusza – prosi o wzięcie paru dyżurów. I podobno brakującą część wypłaty dostaniemy w kopertach.

blog

jutro do Gliwic

… jadę z mamą – na kontrolę do Instytutu Onkologii.

W tym cholernym necie rozkład jazdy autobusu miejskiego Mikołów – Gliwice zamieszczono w taki sposób, że nie wiadomo, którego kierunku dotyczy (dworzec w Mikołowie nie jest przystankiem początkowym).

Z tatą najpierw się pokłóciłem, potem pogodziłem.

… wspomniał, że chciałby jeszcze kiedyś usiąść za kierownicą. Nie wiemy, czy się to uda, ale samo pragnienie – to dobry znak. Wraca mu powoli apetyt, dobrze wygląda. Od września stracił 20 kg, będzie miał co nadrabiać.

Ja się cieszę, że nie muszę dziś odkopywać Poloneza i zmieniać mu kół na zimowe. A jutro jechać nim po Bóg wie jak wyglądającej, za to ruchliwej szosie.

blog

strudel z poślizgiem

Wczoraj byliśmy z Daną w koplani Guido w Zabrzu, a ściślej 320 metrów pod nim. Nawet przywieźliśmy sobie na pamiątkę kawałek węgla.

Notki na blogu nie napisałem, bo Dana był bardzo zgorszona, że uciekam do komputera w nasz ostatni wspólny wieczór.

Rano wstaliśmy trochę późno. Zaczęliśmy od próby uruchomienia naszej Fiesty. Niestety, stukanie w rozrusznik nic nie dało. Sam nie dałem rady rozpędzić auta do takiej szybkości, by Dana zapaliła. Na szczęście ktoś nam pomógł i podjechaliśmy pod blok, przezornie parkując tak, by można było łatwo wypchnąć auto na spadzistą uliczkę.

Czasu zostało niewiele, a chcieliśmy jeszcze upiec strudel, który Dana obiecała mi jeszcze przed przyjazdem. Kiedy zorientowaliśmy się, że czasu nam nie wystarczy, usiadłem do laptopa i znalazłem połączenie rezerwowe, pociąg późniejszy o godzinę. Definitywnie ostatni.

Strudel w sumie się udał, nadzienie bardziej niż ciasto. Jeden kawałek przeznaczyliśmy dla mojego taty w szpitalu. Jak to zwykle bywa, mimo przesunięcia terminu o godzinę, i tak wyjechaliśmy w ostatniej chwili. Popadywał śnieżek, warunki były nienajgorsze. W połowie drogi poczułem, że coś chrupie pod letnimi oponami naszego auta. Jechaliśmy powoli prawym pasem, prawie nikt nas nie wyprzedzał. Kiedy sam zabrałem się do wyprzedzania kolumny tirów, nagle poczułem że auto pływa na boki (przedtem tylko ślizgało się przy próbie dodania gazu pod średnią górkę).

Z poślizgami lodowymi i czasowymi w końcu dotarliśmy pod szpital. Tańczące auto zdołało wyjechać pod górkę, zaparkowałem je po nawróceniu, by mogło zapalić bez pomocy rozrusznika… i bliźnich. Poszliśmy wprost na dworzec, bo było już późno.

Dopiero po odjeździe pociągu wstąpiłem do taty. Jest osłabiony, ale zaczął jeść. Pytał, czy nie mam przypadkiem czekolady…

Pociąg, którym jedzie Dana, ma 5 minut spóźnienia. Właśnie przesiadła się do lokalnego szynobusu. Koleje czeskie umożliwiają śledzenie ruchu pociągów przez Internet.

Tagi na kartki. No cóż, w rocznicę stanu wojennego… Obywatelu blogerze, macie tagów 250 i tyle wam musi wystarczyć.

blog

doktór zaskoczony

Nie, nie tym, że po wymianie klemy nadal nie działa rozrusznik we Fieście. To akurat było do przewidzenia. Napięcie na zacisku sterującym jednak się pojawia, więc pozostaje brak masy albo defekt samego rozrusznika.

Co jest zupełnym zaskoczeniem: pensję za listopad przeleli na konto jeszcze dziś, jak zapowiadali. Ale niecały tysiąc złotych, zamiast ok. 1700. Doktór poprosi o wyjaśnienia.

… i pewnie się ich nie doczeka.

Ilu lekarzy w Polsce pracuje za płacę minimalną? Do tej pory to była tylko fikcja, by oszukać ZUS (czyli pracownika, okradając go z przyszłej emerytury). Ale Szef założył sp. z o. o., raczej nie w uczciwych zamiarach. Czy naprawdę nie ma w tym kraju rady na takie praktyki?

blog

kamieniołom zamiast kopalni

Dyżur był spokojny, wkurzyło mnie tylko, że pod moją nieobecność przeniesiono mój dyżurowy dobytek w inne miejsce, do mniejszej szafki. Część rzeczy zabrałem, by zmniejszyć tłok w nowym miejscu.

Zabytkowa kopalnia Guido wymaga rezerwacji, pasujący nam termin jest wolny dopiero w sobotę. Zmieniliśmy plany i pojechaliśmy do Kóz, by zwiedzić wyrobiska tamtejszego kmieniołomu. Urocze miejsce, odkryłem je niedawno – właściwie przypadkiem. Byliśmy tam dziś zupełnie sami.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy na zakupy do Tesco… i musieliśmy tam zostawić auto. Nawalił rozrusznik. Prócz tego zauważyłem pęknięcie klemy, ale wg objawów raczej nie jest to główna przyczyna problemu.

Jutro kupię klemę i spróbuję naprawić rozrusznik – chyba jest przerwa w kablu sterującym jego automatem.

blog

karambol

Wczoraj przyjechała Dana, z półgodzinnym spóźnieniem. Do taty do szpitala wybraliśmy się dopiero dziś. Wyjechaliśmy autem z niewielkim spóźnieniem. I chyba dobrze, bo mgła jak mleko, utknęliśmy w korku. Potem się okazało, że w karambolu uczestniczyło kilkadziesiąt samochodów, jedna osoba zginęła.

Nie wiedzieliśmy, co się stało, nic nie widać, brak jakichkolwiek służb, ruch z przeciwka też ustał. Wyjechaliśmy pod prąd pasem… rowerowym (formalnie nazywa się chyba awaryjny), przez chwilę blokując wyjąca karetkę. No trudno, nikt jej nie kazał jechać z tej strony. A ja nie będę godzinami stać w korku, skoro paru odważnych znalazło sposób, jak się wydostać – przez przerwę w barierkach na drugą jezdnię.

Tata czuje się nieźle, o karambolu nie wiedział.

Jutro też zapowiadają się złe warunki. Zamiast autem do Bochni, pojedziemy pociągiem do Zabrza. Kopalnia Guido.

blog

fura, komóra i…

… odwilż.

Do drugiej w nocy zabawiałem się niedawno zakupionym telefonem Siemens P1. Model wprowadzony na rynek w roku 1992. Wsuwa się dużą kartę SIM, zamiast baterii jest dorabiany zasilacz sieciowy. Miał działać – i działa, ale nie z każdą kartą SIM. Grunt, że przyjmuje kartę mojego czeskiego operatora, bo jestem na skraju zasięgu. A ten telefon był projektowany w czasach znacznie słabszego pokrycia. SMS-ów nie odbiera, jakieś menü ma, książkę telefoniczną też. Nie wiem tylko, do czego służy klawisz z kwadratem, stojącym na szpicu, z którego wychodzi strzałka, skierowana do rysunku słuchawki. Jak to naciskałem, telefon próbował dzwonić na jakiś czeski numer. O drugiej w nocy. A klawisza z czerwoną słuchawką – niet! Kto podpowie, cóż to za klawisz? Taki kwadrat ze strzałką widuję w pilotach od sprzętu RTV, ale mój rozwój zatrzymał się na etapie Libry (telewizor z programatorem klawiszowym, w Kochaj albo rzuć taki mają w Polsce, jadą do USA – a tam tradycyjny dwukręciołek, jak u radzieckiego Rubina).

Rano odkopywałem łopatą Fiestę – spod śniegu. Niby roztopy, a wokół auta wielkie zwały śniegu, po części spowodowane przez pługi. Spróbowałem zapalić – bez większych problemów.

Potem wstąpiłem do taty. Był w lepszej formie i humorze, niż wczoraj. Poprosił o napoje, tym razem miał smak na porzeczkowy.

Dana już jedzie. Jeśli pociąg się nie spóźni, razem wpadniemy jeszcze dziś do taty. A potem – mamy czas dla siebie. Wraz z napojami dla taty kupiłem aromatyczną świecę z zapachem jabłek i cynamonu. Powieje atmosferą przedświątecznego domu… Dana chce zresztą upiec strudel.