Zdobyłem się na odwagę i porozmawiałem z lekarką o tacie. Żona kolegi (on – chirurg, kolarz, ona – podwójna ordynatorska córa, sama już jest zastępcą ordynatora), nadal miła… ale wyczuwam jakiś dystans. Rozmawia ze mną przy drzwiach pokoju lekarskiego, jakby mi dawała do zrozumienia, że mam się wycofać na korytarz. I czego się dowiedziałem? Jest szansa, że tata będzie funkcjonował bez dializ. Szansa, nie pewność. Przecież wiem, sam jestem lekarzem… A dziwne zachowania taty? No, może mu się pogłębiła miażdżyca – pod wpływem mocznicy. Pytam o możliwość skierowania na rehabilitację ruchową, podkreślam, że przed zabiegiem normalnie chodził. No tak, ale terminy są chyba na rok 2012. Na oddziale. A sanatoria? To akurat wiem, ponad rok czekania. No bo wszystkie stare zgredy robią sobie półdarmowe wczasy. Dla naprawdę chorych nie ma miejsca.
Tata zły na mnie, bo chciał komuś dać 50 złotych, a ja spytałem: za co? I nie mam już gotówki, wszystko co zostało z jego emerytury (150 zł), wpłaciłem na swoje konto, bo wypłaty za listopad jeszcze nie dostałem, a mam na Allegro parę zaległych płatności.
Jutro ma przyjechać Dana. Obym miał wolny weekend.