Parking pod psem
Pod psem była pogoda – w nocy. Rano wstaje słońce, mam wolne. Niestety, przychodzi wiadomość: szefostwo prosi o pilne zastępstwo w Skoczowie. A ja – w Bielsku, właśnie wybieram się do Trzyńca. Bez auta ani rusz. Drogą ekspresową jedzie się szybko, choć co kawałek zwężenia. Odbieram paczki w Czeskim Cieszynie, ale dalsza podróż staje pod znakiem zapytania. Z alternatora spadł konektor i akumulator się rozładował. Parking równy jak stół, jak tu rozpędzić auto? Starszy pan próbuje pomóc, ale nie daje rady. Kierowca terenówki pyta, czy mam linę, wzrusza ramionami i odjeżdża. Do starszego pana dołącza niewiele młodsza pani… i mój polonez zapala! Kurs Trzyniec, bez pasów i świateł. Policja miejska… na szczęście nie wyjmują lizaka, choć musieli mnie widzieć.
Silnik mruczy, ładuję do auta stare radia. Gdybym ich dziś nie zabrał, mogłyby trafić na śmietnik. Następny przystanek w Czeskim Cieszynie. Auto zaparkuję po polskiej stronie, by miało z górki, gdy wreszcie zgaszę silnik. Krążę wokół granicy, szukając miejsca. Zwracam na siebie uwagę celników, ale nie mają zastrzeżeń. Przychodzi olśnienie: do amfiteatru! Zaciągam hamulec… i wpadam w poślizg. Ja, nie auto. Właśnie nadchodzi pan z pieskiem. Czy to on? Ale jak się tu złościć, skoro uśmiecha się i mówi, że też ma poloneza…
Dla „Dziennika Zachodniego”, 9 XI 2010