O czwartej nad ranem telefon. Dziadek chyba połknął kość, bo charczy. Tak jak myślałem: zawał. Pacjent pod tlenem dowieziony do szpitala, o piątej wracam do śpiwora. Budzę się i mam pacjentów – już ósma. Nie ma czasu na śniadanie, zresztą i tak boli mnie brzuch (u mnie typowe po niewyspaniu). Koniec pacjentów, herbata i pora się zbierać do drugiej przychodni.
Chciałam zamówić wizytę domową do syna, od kilku dni gorączkuje. Ile ma lat? 26.
Mówię, że dopiero po 17. No i dlaczego sam nie przyjdzie?? Wychodzę, uświadamiam sobie, że to po drodze. Pukam. Okazuje się, że w drodze z przychodni minąłem się z pacjentem. Jego rodzicielka jest wzruszona doktorową ofiarnością i pakuje do papieru kilka ciastek. Miała być i kawa, ale czas goni.
O dwunastej kończę drugą przychodnię i pospiesznie zwijam manatki, zanim jakiś spóźniony pacjent mnie zatrzyma.
Wracam po auto do głównej przychodni, atakują mnie dwa telefony. Churwy i wuje lecą przy pacjentach, bo doktór herbatę pije i czuje się wolny, ma swoje godziny, za które mu Szef nie da nawet dziesięciozłotowego ochłapu.
Ordynator interny chce wiedzieć, jakie leki miał zapisane nasz nocny zawałowiec. Rodzina przyszła i pyta. Opierdalam rejestratorkę i obiecuję, że sam się skontaktuję ze szpitalem. Klnę, załączam lapa, spisuję leki. Telefon zajęty. No to jazda, Fiestę parkuję na ukos przed szpitalem, dzwonię z portierni. Telefon jeszcze z tarczą numerową!
Wpadam do domu. Herbata i znoszę z Fiesty wszystkie skarby, które od tygodni w niej tkwiły. Kolejna herbata i zupka, co koleżanka przyniosła mojej chorej mamie. Trochę pokrzepiony, jadę z Fiestą do blacharza. Mam zadzwonić za tydzień.
Czy odpalę Poloneza po prawie 3 miesiącach stania? Muszę spróbować, bo jak nie, to biegiem na autobus. Zapalił! No to na kwadrans wracam do domu: zastrzyk mamie, kolejna herbata i jazda. Jak fajnie jedzie Polonez po dziurach… Tylko coś nie wychodzi na obroty. Chyba jednak gaźnik trzeba będzie wyczyścić.
W przychodni niewiele roboty. I nowina: od poniedziałku wraca Tadeusz. Koniec harówy, koniec (relatywnie) dużych zarobków.
Dana ma egzamin, przyjedzie dopiero w połowie tygodnia. Może wreszcie urwiemy się na vandr?