blog

wyczerpanie 7

… dało dziś o sobie znać.

Wróciłem od taty, ktoś na mnie już czekał pod przychodnią (znajomy, nie pacjent). Powitanie z nim tak mnie wytrąciło z równowagi, że pół godziny szukałem kluczyków od auta, zrzędząc na nieszczęsnego znajomego.

Przetrząsnąłem auto, torbę. Małem je w kieszonce koszuli.

W przychodni spokój, na szczęście. Podczas mojego wyjazdu do taty do służbowego lapa ściągał się  obraz płyty Windows 2000. Może z tym systemem mój laptop u taty będzie lepiej pracować. Na XP jest trochę słaby, 98 zainstalować się nie da.

blog

przełom

O czwartej nad ranem telefon. Dziadek chyba połknął kość, bo charczy.  Tak jak myślałem: zawał. Pacjent pod tlenem dowieziony do szpitala, o piątej wracam do śpiwora. Budzę się i mam pacjentów – już ósma. Nie ma czasu na śniadanie, zresztą i tak boli mnie brzuch (u mnie typowe po niewyspaniu). Koniec pacjentów, herbata i pora się zbierać do drugiej przychodni.

Chciałam zamówić wizytę domową do syna, od kilku dni gorączkuje. Ile ma lat? 26.

Mówię, że dopiero po 17. No i dlaczego sam nie przyjdzie?? Wychodzę, uświadamiam sobie, że to po drodze. Pukam. Okazuje się, że w drodze z przychodni minąłem się z pacjentem. Jego rodzicielka jest wzruszona doktorową ofiarnością i pakuje do papieru kilka ciastek. Miała być i kawa, ale czas goni.

O dwunastej kończę drugą przychodnię i pospiesznie zwijam manatki, zanim jakiś spóźniony pacjent mnie zatrzyma.

Wracam po auto do głównej przychodni, atakują mnie dwa telefony. Churwy i wuje lecą przy pacjentach, bo doktór herbatę pije i czuje się wolny, ma swoje godziny, za które mu Szef nie da nawet dziesięciozłotowego ochłapu.

Ordynator interny chce wiedzieć, jakie leki miał zapisane nasz nocny zawałowiec. Rodzina przyszła i pyta. Opierdalam rejestratorkę i obiecuję, że sam się skontaktuję ze szpitalem. Klnę, załączam lapa, spisuję leki. Telefon zajęty. No to jazda, Fiestę parkuję na ukos przed szpitalem, dzwonię z portierni. Telefon jeszcze z tarczą numerową!

Wpadam do domu. Herbata i znoszę z Fiesty wszystkie skarby, które od tygodni w niej tkwiły. Kolejna herbata i zupka, co koleżanka przyniosła mojej chorej mamie. Trochę pokrzepiony, jadę z Fiestą do blacharza. Mam zadzwonić za tydzień.

Czy odpalę Poloneza po prawie 3 miesiącach stania? Muszę spróbować, bo jak nie, to biegiem na autobus. Zapalił! No to na kwadrans wracam do domu: zastrzyk mamie, kolejna herbata i jazda. Jak fajnie jedzie Polonez po dziurach… Tylko coś nie wychodzi na obroty. Chyba jednak gaźnik trzeba będzie wyczyścić.

W przychodni niewiele roboty. I nowina: od poniedziałku wraca Tadeusz. Koniec harówy, koniec (relatywnie) dużych zarobków.

Dana ma egzamin, przyjedzie dopiero w połowie tygodnia. Może wreszcie urwiemy się na vandr?

blog

niewydolność

Rano przeliczyłem wypłatę. Dali za dyżury, odliczyli godziny, kiedy mnie nie było. A za zastępstwa dzienne? Jaka będzie stawka? Jak policzą czas pracy? Czy tak można traktować murarza? Kazać mu pracować z tym, że nie wiadomo, ile dostanie?

Tradycyjnie zrobiłem sobie okienko od godziny 13 do 17. Z tym, że pacjenci albo na mnie czekali po moim powrocie, albo wkrótce nadciągnęli. Czyli: swój kawał roboty i tak zrobiem, ale wynagrodzenie będzie mniejsze. No, ale i tak za same dyżury dostałem największą wypłatę w swoim życiu!

Fiesta w piątek idzie do blacharza. Głównie z powodu narastających oporów w układzie kierowniczym. Ten blacharz zrobi prawie wszystko, sam miał kiedyś Fiestę.

Jutro wypadałoby jechać do taty. Na biurku znalazłem jego wyniki. Mierna anemia i bardzo wysoka kreatynina (czyli jest niewydolność nerek, szwankuje odpływ moczu). Ale tata nie chce iść do szpitala. Powie: a czy nie można jakoś inaczej obniżyć tej kreatyniny? Nie rozumie, że to tylko wskaźnik, jak lampka kontrolna na desce rozdzielczej auta: można go wyłączyć, ale to nie usuwa problemu. Będę z nim musiał porozmawiać. A może najpierw ze szpitalem? Tylko z którym?

W sobotę przyjeżdża Dana. Jutro może dam zdjąć simlocka z telefonu, z którego mogłaby korzystać. Ma podobny, oboje lubimy Siemensy.

blog

doktorostop

Nareszcie normalny doktor – mówi na powitanie pani Stefania. I aptekarze się cieszą, że recepty są porządnie napisane. Pyta, czy przypominam sobie jej męża. Oczywiście, pan Emilian, uroczy staruszek. Odchorowała jego śmierć – rak trzustki był nieubłagany, choć dosyć długo z nim walczył.

Poświąteczna nawała pacjentów. Jakoś wytrzymałem i dzwonię do taty, czy mogę dziś nie przyjeżdżać. Spodziewałem się takiego telefonu – mówi ze smutkiem. Od rana, kiedy pobrałem mu krew, nic nie jadł…

Uzgadniam z Szefem okienko, jadę. Po drodze kupuję tacie zamówione wiktuały: śledzie w śmietanie i chleb.

Kiedy wracam od taty, już się ściemnia. Stoję w korku, spoglądam do lusterka… Zastava 1100! Nareszcie normalne auto – myślę ze smutkiem. Nawet polonezów i maluchów już się prawie nie widuje. Niemal zagotowałem chłodnicę (wiatrak nie działa), więc z góry gaszę silnik, co chwilę popuszczam ręczny…

Już wydostałem się z korka. W drodze do przychodni wstępuję do pani W., by ją osłuchać. Ledwo nawróciłem na wąskiej dróżce, poznaję: to tu. Kundelek szczeka. Osłuchuję płuca: jeszcze damy antybiotyk na kolejne 5 dni. Syn chorej, mężczyzna w wieku już chyba emerytalnym, pyta, czy może się ze mną przybrać do miasta, by wykupić lekarstwo dla mamy.

Niech pan poczeka, na siedzeniu mam stare radio, muszę go dać do tyłu.

Pan doktor zbiera takie starocie? U nas chyba też coś się znajdzie…

I jazda, bo w przychodni już na mnie czekają…

blog

przyczajony Szef

Dziś rano, po ponad dwu tygodniach, po raz pierwszy opuściłem przychodnię na dłużej – na całe 24 godziny. Służbę objął sam Szef…

Z pielęgniarką uradziliśmy, że pacjentom, na telefoniczne zapytania, odpowie się, że dyżur mam ja. A jeśli przyjdą – dowiedzą się, że doktor musiał wyjechać do chorej matki*), zastępuje go szef.

*) niestety, to jest prawda

Zanim spakowałem manatki, odebraliśmy dość typowy telefon: jest lekarz? a który dziś ma dyżur?

Normalnie Szef przyjmuje odpłatnie. Albo swoich wybrańców. Reszta próbuje wykorzystać takie okazje, jak dzisiejsza…

… no więc muszę mojego Szefa kryć… 😀

blog

nareszcie odprężenie

Od rana właściwie spokój na dyżurze. Tylko jeden telefon od pacjentki, przekonanej, że zaszkodził jej mój antybiotyk. Potem się okazało, że raczej niesterydowy lek przeciwzapalny, który dostała na bóle krzyża. A miała kiedyś wrzód dwunastnicy…

Mama zagorączkowała i poprosiła mnie o przyjazd. Czyli: musiała bardzo źle się poczuć. Na szczęście mieliśmy w domu odpowiedni antybiotyk, bo w płucach wysłuchałem coś niepokojącego. I zaraz wróciłem do przychodni – może Szef się nie dowie, że wyskoczyłem?

Wczoraj wykąpałem tatę. Początkowo nie chciał, że znów mamy mało czasu. A w końcu powiedział, że czuje się jak nowo narodzony – po kąpieli.

Dziś pod wieczór nieoczekiwanie pojawił się w przychodni… Tadeusz. O kulach, przyjechał autem po kilka książek. Myślałem, że  zamienimy parę słów, bo podobno chce jak najszybciej wrócić do pracy – ale zniknął.

Coś wisi w powietrzu…

Ale jutro od rana mam wolne! Całe 24 godziny… Od 13 października na to czekałem…

blog

nieśmiertelna pacjentka

I dziś urwałem się na 3 godziny, by wpaść do taty; w tym czasie ewentualnych pacjentów miał obsłużyć sam Szef. W ten sposób nieoczekiwanie trafiła w jego objęcia pani K., nasza dyżurna histeryczka. Miewa na przemian napady duszności i pierdolca, leczone odpowiednio zastrzykami Dexavenu albo Relanium. Tym razem dostała Dexaven i sobie poszła.

Ledwo wróciłem, już ktoś dzwoni i pyta, który lekarz przyjmuje. Pada moje nazwisko, rozmowa się kończy. Czyli: miasteczkowe tam-tamy już bębniły, że cud się stał i sam Szef przyjmuje swych podopiecznych.

Wieczorem znów pani K., tym razem dzwoni.

Panie doktorze, ja chyba będę umierać, strasznie mnie dusi, nie mogę tchu złapać.

Jak to dusi, przecież pani tak krzyczy do słuchawki, że mnie ucho boli…

Czyli nie duszność (wtedy świszczy), ale pierdolec.  Dobrze się składa, bo akurat wybierałem się po chleb do Biedronki, a pani K. mieszka po drodze.

Zastaję ją lekko spoconą, rozdygotaną. Ma nastawione Radio Maryja, obok leży Strażnica – pismo świadków Jehowy. No, ale i tak najważniejszym bogiem dla pani K. jest nasz Szef.

Po drodze z Tesco (na Biedronce się nie skończyło) pochylam się nad leżącym na bruku człowieczyną. Rozbita głowa lekko krwawi. Mówi, że wszystko pamięta. Wyciągam latarkę, oglądam jego ranę. Nie bedę dzwonić po karetkę. Wstaje, nadaremnie szuka swej torby. Przeprasza, że sobie wypił i powoli zbiera się do domu.

A doktór z zakupami na dyżur.

blog

nieprzytomność

Spokojny dyżur, z popołudniowej drzemki wyrywa mnie jakiś sygnał, w półśnie bezbłędnie trafiam ręką w odpowieni guzik telefonu.

Panie doktorze, przyjedzie pan do mamy, ma drgawki…

Czy jest przytomna?

Nie wiem…

Czy jest z nią jakiś kontakt?

No, pije herbatę…

Jak mąż tej pani zasłabł w garażu, to żądała przyjazdu naszego lekarza, choć rejestratorka kazała jej dzwonić na pogotowie. Nasza karetka była daleko, a lekarz (akurat byłem to ja…) – zajęty pacjentami w przychodni. Pogotowie (po dobrej półgodzinie) wezwali sąsiedzi, a ono stwierdziło zgon.

Czemu nie chcieli pogotowia? Bo denat miał w garażu skład trefnego alkoholu. A poza tym oni PŁACĄ*) lekarzowi rodzinnemu…

*) tzw. abonament, nie wiem, na ile jest to zgodne z prawem…

blog

pozorny spokój

Od rana znów na wysokich obrotach, pacjenci, recepty, wizyty domowe, po drodze dopalacz dla ubogich z Biedronki.

Po piwo karmelowe i pampersy dla taty. W sklepie czuję, jak mnie coś rozpala, gardło boli, głowa napierdala. Jadę ekspresówką, słoneczko, klima dla ubogich: ogrzewanie na full i otwarte okno, 120 km/h. No i chyba wywiało tę grypę.

Po mieście jadę spokojnie. Wnoszę zakupy na 4. piętro. Tata siedzi w kuchni, będziemy gotować zupę. I zaraz się kłócimy, bo tacie znów nie pasuje makaron: to ten stary, co śmierdzi pleśnią.

Nie ten mu śmierdział, zresztą śmierdzi mu wszystko. Czyżby jakieś zaburzenia od nerek? Stale przebąkuje, że ma gorzko w ustach.

Krzywo postawił garnek i na zbyt dużym palniku, sparzyłem się. Nie zalał mi herbaty. Kurwy i tak już latają w powietrzu. No bo grzecznie przyjmować upierdliwych nieraz pacjentów, spokojnie jechać, gdy czas nagli… W końcu ta gładka powłoka musi pęknąć.

… i znów powrót do przychodni, znów trzeba być niedomytym Judymem z ograniczoną odpowiedzialnością. A w przerwach ściągać kolejne pirackie pliki…