blog

dwa tygodnie dyżuru

Dziś poczułem się zmęczony. Pacjentów nadal tłumy. Grypa i jednodniowe zbliżające się święto zwielokrotniły ruch w naszej przychodni, ale znów nic tak strasznego się nie działo: żadnych trudnych przypadków, żadnych scysji.

Dopiero w połowie dnia uprzytomniłem sobie, że minęły 2 tygodnie od mojego przyjścia na dyżur, podczas którego okazało się, że będę musiał zostać cokolwiek dłużej…

Tygodniowy maraton podczas ostatniego urlopu Tadeusza wydawał mi się nie do wytrzymania. A teraz mam dodatkowo na głowie tatę i ciągnę dwa tygodnie…

Chciałbym wyprząc, choćby na jeden dzień…

blog

różojeżowiec

Przychodzi pan P., radośnie merda ogonkiem, że znowu do mnie.  Poprzednio pokazywał drobny punkcik na stopie, twierdząc, że to chyba kolec jeżowca, pamiątka z urlopu. Na odczepne dałem mu skierowanie do naszego chirurga. Dzisiaj pokazuje mi małą plamkę na łydce, przekonany, że to róża. Wyciaga telefon komórkowy i czyta mi listę antybiotyków, które mu szkodzą. Piszę doksycyklinę, do tej nie ma zastrzeżeń. Uff, poszedł sobie…

Przyjmuję następnego chorego, pan P. puka. Czy można? Nie można, mam pacjenta!

Pani rejestratorka źle się chyba wyspała, już drugi raz wpuszcza mi pacjenta na pacjenta. Dobrze, że nie jest dyżurną ruchu na kolei.

Pan P. wpadł na nowy pomysł, ze swoją różą pójdzie do znajomego chirurga, potrzebuje tylko skierowania.

No i dobrze, może mu w końcu tę nogę utną. Razem z jeżowcem i różą…

blog

środowy luzik

Luzik? A może się przyzwyczaiłem?

W nocy wyjazd do chorej. Rak żołądka, w końcu się zgodziła na operację, ale… nie było czego operować. Leży w łóżku, nie śpi z bólu, ma pampersy,  prawie rówieśnica taty. Ale przecież tata ma zupełnie inne rokowanie!

Rano jakoś się zbieram, załatwiam przychodnię, pakuję się do taty. Zakupy wg zamówienia. I jazda starą drogą. Piękne widoki na góry w jesiennym słońcu, można stanąć na poboczu… i wysikać się na złote liście, opadające z przydrożnych drzew.

Tata ogląda telewizję: podziwiamy oratorskie popisy pani minister Kopacz. No i w wielu punktach trzeba jej przyznać rację.

Robię tacie zastrzyk. Nagle uświadamiam sobie, że jego ciało jest podobnie zwiędłe, jak mojej nocnej pacjentki…

Do przychodni wracam drogą ekspresową, bo na starej o tej porze korki. Ale jadę jak szosą: 90 km/h, prawym pasem. Mam kilka minut rezerwy, to może wstąpię umówić się z dentystą?

Auto słabnie, przełączam na benzynę. Znów nie wiedzieć kiedy przejechałem 300 km, bo na tyle starcza gazu, jeśli tankuję w Polsce (80% pojemności).

W przychodni zastaję niezły tłumek pacjentów. I jeszcze wiszą w powietrzu dwie wizyty domowe. Uff, jedna: dziecko podrzucili pediatrze.

Wracamy od pacjentki, walę się do śpiwora.

blog

universal doctor ;-)

Późno wieczorem pielęgniarka wzywa mnie do szpitalnej części naszego ośrodka. Wiadomość przekazuje mi nasz ratownik medyczny, więc nie wiem za dobrze, o co chodzi. Biorę słuchawki i idę.

Problem okazuje się bardziej techniczny, niż medyczny. Pacjentowi wysunął się dren ze stawu – ma zakażenie po artroskopii kolana, staw jest przepłukiwany antybiotykiem. Lekarz specjalista spokojnie sobie odpoczywa w domu, pacjent może za bardzo ruszał nogą. Pielęgniarka widzi, że się kroplówka wylewa na opatrunek, zamiast przepływać przez staw i wyciekać drugim drenem. Doktór, jak mu tylko dobrze poświecili (w swoim warsztacie ma lepsze światło, ale gdzie tam jakiejś prywatnej klinice do jego warsztatu), wsunął dren trochę głębiej… i pomogło.

Przedtem był wyjazd do dziecka, co uderzyło głową i wymiotowało (ale raczej jednak nie od tego), stosy recept… Przedświąteczny boom trwa.

W południe – intermezzo: wyskok na czeską pocztę z przekazem i pirackimi płytami dla Dany, do domu po większego peniska (doktór ściąga jak najęty i zapchał twardziela w służbowym lapie) – i na obiad. Potem do taty, ekspresowe gotowanie zupy, pół godziny spóźnienia do przychodni.

Pod wieczór – rozmowa z Szefem, który wpadł na przyjacielską pogawędkę (tzn. udobruchać mnie, zagadać, wyczuć sytuację – na mnie to stoi teraz przychodnia…). W listopadzie chcę trochę więcej luzu, nie tylko ze względu na tatę.

blog

gorączkowy poniedziałek

Chyba rzeczywiście szła na mnie gorączka. Ale wygląda na to, że na koniec sobie poszła…

Dzionek niezły, na początek dwie wizyty domowe i trzecia zamówiona na popołudnie. Po porannej depacjentacji jazda do taty, po drodze zakupy i przebijanie się przez kilometrowe korki. I trzy sarny, których udało mi się nie potrącić. Pierwsze w moim kierowczym życiu wyjeżdżanie spomiędzy dwu samochodów z PLANOWYM stuknięciem w ten z tyłu (nawet nie obejrzałem zderzaka…).

Po powrocie od taty okazuje się, że trzecia z wizyt domowych zamieniła się w stwierdzenie zgonu. No trudno. Czytam kartę wypisową denata (wypuścili go w piątek): w stanie zadowalającym.

Doktór też zadowolony. Że przeżył poniedziałek.

blog

niedzielne odprężenie

W przychodni spokój, kilkoro pacjentów. Tata w dobrym nastroju. Legalnie urwałem się na 3 godziny, spokojnie zajechałem do niego w porze obiadowej. Oglądał telewizję, usiedliśmy przy herbacie. Sam potrzebowałem takiej chwili luzu.

Ugotowaliśmy zupę z torebki, tatowy ulubiony rosół z kury, z dodatkowym makaronem. No, jak tak dalej pójdzie, będzie ze mnie kucharz.

Przywiozłem sobie z mieszkania taty cieplejszy śpiwór, bo znów w dyżurce mam zimno. Obcinacz do paznokci – drugi element listy.

Zaraz po powrocie od taty (i przyjęciu pacjentów) wytraciłem się do dyżurki i skorzystałem z zalet nowego śpiwora…

Dana ma przyjechać już w czwartek.

Jutro przedświąteczny poniedziałek, zapowiada się duży ruch w przychodni.

blog

marazm

Obudziłem się nad ranem i z latarką pobiegłem z dyżurki do gabinetu, by sprawdzić, czy pliki dla Dany udało się ściągnąć. Są! No to siku i z powrotem do śpiwora.

Rano prawie spokój od pacjentów, słoneczko świeci. Ściągam rozpakowywacz i wypalacz, robię płyty instalacyjne dla Dany.

Szefa od rana nie ma, więc nie mogłem uzgodnić, kiedy się urwę. Dzwonię do taty, chyba się ma dobrze… Czuje się dennie, od rana nic nie jadł, a jest już po godzinie 17. Pytam, na co ma smak i zbieram się. Szybkie zakupy i jazda starą drogą. Nagle pod auto wbiega sarna. Nie widzę jej w lusterku, zresztą co mnie to… Po dobrych 100 m staję i oglądam samochód. Do wymiany zderzak, a blacharza i tak musimy zaliczyć. Jazda!

Tata marudny, nie pił herbaty, bo nowy czajnik mu śmierdzi. Nie mówię o sarnie, bo i tak jest już kłótnia. Odgrzewam tacie zamówiony obiad, wypijam herbatę, jemu gotuję w starym czajniku. No rzeczywiście, ten nowy śmierdzi (ale tacie tego nie mówię). Chyba jestem przeziębiony.

Zastrzyk i jazda. O włos od czołowego: ktoś MUSIAŁ wyprzedzić traktor, a ja przyzwyczajony jestem do ruchu prawostronnego… i przemęczony. Po drodze chciałem się rozglądnąć na miejscu wypadku z sarną… ale było już ciemno i nawet nie pamiętam, gdzie to dokładnie było. No i liczę na to, że Szef nie dowie się o mojej nieobecności, więc nie chcę się zatrzymywać.

Niestety, podczas mojego wypadu wrócili. Szefka się oczywiście spytała, czy jestem.

Dana przywiozła sobie dziś fretkę. Wyrzuca mi, że nie zainteresowałem się losem potrąconej sarny. Żal mi jej, ale co to zmieni?

blog

dzień pirata

Od rana słonecznie, spokój. Pacjentów obsłużyłem cierpliwie. Lubią do mnie chodzić, nawet pani, którą z początku potraktowałem dość oschle, zapytała, kiedy można mnie zastać. Była pierwszy raz u mnie i chce znowu, choć jej powiedziałem, że paski cukrzycowe są na zniżkę tylko dla cukrzyków… a ona nie może się zdecydować, czy cukrzycę już ma.

… trochę jak ja – nadciśnienie…

Do taty za przyzwoleniem Szefa urwałem się później, akurat mi tak pasowało, by odebrać po drodze radio do kolekcji. Najpierw jednak do taty. Nie reaguje na domofon, przecież wie, że zapomniałem kluczy i że mam przyjechać… Ktoś wychodzący wpuszcza mnie do bloku, tata długo patrzy przez judasza, otwiera. Dopiero moje przyjście wyrywa go z łóżkowego marazmu. Tradycyjnie zaczynam od zaparzenia sobie herbaty. Rozpakowuję w laptopie przywiezione poprzednio dechovky i puszczam. Nie, to nie jest byle jaki bumcyk z gospody… Najpiękniejsze ludowe pieśni z Moraw. Akurat nie dechovky.

Jak uzgodniliśmy z tatą, robimy barszcz z uszkami. Gotowe pierogi z mięsem są jeszcze o dziwo zjadliwe,  gotuję je przepisowych 10 minut i dodaję błyskawicznego barszczu w proszku (tata chciał taki z burakami, do gotowania). No trudno, wziąłem co było. Z pewnym niepokojem kosztuję… da się to zjeść. Wołam tatę. Zabiera się do jedzenia, dość mu smakuje. Zjadł prawie cały talerz. Pyta, czy nie da się głośniej puścić tej muzyki. To właśnie najbardziej lubię, muzykę morawską. Czeska jest bardziej skoczna, wesoła.

Pa, tato, już muszę jechać. Trochę po piracku, co zrobić, skoro starą szosą (bo po drodze wstępuję po radio).

W przychodni spokój. Piszemy sobie z Daną na Skype. Pojedziemy w listopadzie do Bańskiej Bystrzycy? A czemu, ze mną? Bo chcę wreszcie zobaczyć miasto, o którym śpiewa Nedvěd. No i nigdy tam nie byłam. Ze Słowacji znam tylko Żylinę i Bratysławę.

Od podziału federacji nie byłam na Słowacji, tylko przejazdem. To dzięki tobie zmieniłam spojrzenie na Słowaków*), my ich tutaj**) za bardzo nie lubimy.

*) na Polaków też…

*) w zachodnich Czechach

Dana potrzebuje MS Office, do materiałów z kursu. Pyta, czy gdzieś można ściągnąć. Bo ty umiesz wszystko znaleźć. No i znajduję. Nie przeszkadzaj mi jak szukam – to musi doprowadzić Czeszkę do śmiechu. Słowniki słownikami, ale šukat w praktyce znaczy tyle, co dupczyć.

Dwie godziny ściągania… i błąd w pliku. Dana już śpi, a ja próbuję ściągnąć to samo z innego miejsca. No co, Bill Gates też kiedyś był niebogaty. On by nas chyba rozgrzeszył…

blog

błędna diagnoza?

Przyszedł do kontroli pacjent, u którego podejrzewałem grzybicę. Naturalnie, znowu pchał mi łapę.

Lek nie pomógł. Dałem inny (działający nie tylko na grzyby, Triderm), potem zostaje już tylko dermatolog. Chociaż… były przypadki, że dermatolog nie rozpoznał grzybicy, odkryłem ją ja.

Nie zawsze bywam lepszy od dermatologów. W sumie tak powinno być – to oni mają być lepsi ode mnie w swym fachu…

blog

tata się zbiera?

Takie odniosłem wrażenie. Nagle zauważyłem, że chodzi po mieszkaniu bez balkonika.

Pracę w przychodni znów zakończyłem o 12.30. Czasu dość, skoro nie jadę do szpitala; śnieg przestał padać, wyszło słońce. Spokojnie zbieram się do odjazdu. Po drodze kupuję tacie jego ulubione piwo karmelowe. Dojadę? Bo gazu zatankowałem tylko 10 litrów, a przejechałem już około 100 km. Auto zaczyna słabnąć tuż przed bielską stacją LPG, ale dojeżdżam bez przełączania na benzynę.

Tata leży, ale jest pogodny. Przepraszam go, że jestem padnięty i muszę najpierw sobie zrobić herbatę. Idę do pokoju i puszczam muzę z laptoka.

Tata przychodzi do kuchni – będziemy gotować zupę. Obywa się bez mojej pomocy. Nie zamierzam się spierać o to, jaką łyżką miesza rosół. Z powątpiewaniem spogląda na nowy czajnik, czuje smród plastiku, gdy gotuję w nim wodę. Rosół jest smaczny, udał się nam. Gary umyjemy wodą, którą po raz n-ty gotuję w nowym czajniku. Potem nieoczekiwanie tata daje się namówić na skosztowanie z niego herbaty. No, nie czuć – przyznaje.

Słuchasz radia? Nie, te nagrania mam w komputerze, podobają ci się?

Podobają. Ballady braci Nedvědów. Kultowa muza czeskich trampów… Myszka PS/2 działa, ale kółeczko – nie.

Jeszcze zastrzyk do brzucha taty, czeska buchtička z polską marmoladą – i w drogę. Ojej, zostawiłem u taty swoje klucze. Ale nic, jutro znów go odwiedzę. Przecież podejdzie do domofonu. Już bez balkonika.