blog

radia zamiast taty

Radykalną depacjentację zrobiłem dopiero o 12.30, z półgodzinnym opóźnieniem. Zanim doczłapałem do głównej przychodni, wyciągnąłem z komputera numer konta do wpłaty (czemu nie zrobiłem tego wczoraj???) i odpaliłem auto, była pierwsza. No to jazda, najpierw do warsztatu w Czeskim Cieszynie – na zwiady, co to za radia są do wzięcia.

Kupuję dla taty chleb z kminkiem (w Polsce już takowego chyba nie pieką), idę na pocztę. Książka nie nadeszła, a numer konta zostawiłem w aucie. Ale i tak uświadamiam sobie, że brak mi adresu, nawet nazwiska posiadacza konta. Jadę pod warsztat. Dawno tam nie byłem, ale poznają mnie. I dzwonią do zakładu pracy chronionej, gdzie ludzie upośledzeni demontują niepotrzebne urządzenia elektroniczne. A warsztat sobie za parę groszy coś z tego wziął na części. Hmm, mam tam zaraz przyjechać, a tu już mama po moim telefonie czeka z obiadem.

Góra zrodziła mysz, radia nie są aż tak cenne. Coś odkładam (polski Merkury Hi-Fi, parę lampowych), coś zabiorę zaraz do auta. Słyszę sakramentalne pytanie: do kiedy pan zabierze tę resztę?

Mają net, wchodzę na swój serwer pocztowy i odpisuję potrzebny adres. Ładuję trofea. Ojej, zatrzasnąłem w bagażniku kluczyki… Na szczęście auto nie było zamknięte.

Ostra jazda na pocztę. Płacę, spoglądam na zegarek. Nie, do taty już nie zdążę. Obiad u mamy i jazda do roboty. Spod przychodni dzwonię do taty: jak się miewasz beze mnie?

Nie muszę przyjeżdżać. Jutro będzie czekał. Ale nie chce, bym jechał do szpitala w sprawie jego rehabilitacji…

blog

zagrzybiony pacjent

Najpierw pcha mi rękę, wręcz natrętnie. Potem pokazuje swoje nieciekawe krosty.  Ma je w różnych miejscach, swędzą, niektóre większe plamy otoczone są ciemniejszą, obrzękniętą obwódką. Pracuje w kuźni, sam od siebie wspomina coś o łaźni, gdzie nie zawsze dotrzymuje się higieny…

Dla mnie grzybica, piszę Clotrimazol.

Na pożegnanie znów mi podaje rękę.

Chyba wreszcie nauczę się myć łapy po każdym pacjencie.

blog

przychodnia połamańców

Wiadomość dnia: Latająca Doktorka też złamała nogę (i jeden z naszych urologów, ale to dla mnie nieistotne). Wpisała się na piątkowe dyżury… A ja miałem chętkę w piątek rano też sobie zrobić wolne. No, cały dzień, jak człowiek.

Nie udało mi się skończyć pracy o godzinie 12, jak planowałem. Siedziałem do 13, a nawet ciut dłużej. Wyprawę na ortopedię w sprawie taty musiałem odłożyć, bo o 16 miałem się stawić na dyżur. Jeśli mi nie zapłacą uczciwie za faktycznie przepracowany czas…

Jutro już na pewno się urwę o dwunastej. Na pewno? Bo pacjenci są święcie oburzeni, że lekarz nie jest do ich dyspozycji na każde zawołanie, natychmiast. Typowa sytuacja: ja się pakuję, przychodzi jeden. Robię wyjątek, zanim gada załatwię (a przylazł po zapasy leków na 3 miesiące), meldują się dwaj następni. Rejestratorka nie pośle ich na drzewo, bo ona i tak siedzi dłużej i przede wszystkim chce być fajna.

Doktór nie będzie fajny. Nie warto.

Jutro pojedzie za tatą. Albo za radiami.

blog

bieg z przeszkodami

Mogę powiedzieć, że się udał. Numer telefonu do hematologa ściągnąłem, dzwoniąc do jego przychodni. Rozmaz krwi mamy nie jest taki zły, pobiorą znów szpik do badania.

Pacjentów w przychodni, jak na poniedziałek, nie było wielu.

Po powrocie z frontu wschodniego zabrałem się za wymianę koła. Auto bez problemu podniosłem, ale… koło nie pasuje. Inny rozstaw otworów. Taką obręcz mi dał ten genialny mechanik, co tyle policzył za alternator… Pomoc dajcie mi rodacy, spróbuję napompować sflaczałe koło. Ojciec Szefa jako stary szofer oczywiście ma pompkę. No i… koło trzyma powietrze.

Do taty nie jadę, bo nie jestem jeszcze pewien koła… i wiem, że nie mam do dyspozycji zapasowego. Zresztą i tak już mi nasłali pacjentów do poczekalni.

Wieczorem cichaczem urwałem się do domu, by wymienić koło zapasowe na odpowiednie do Fiesty. Przy okazji przywiozłem sobie zapas skarpetek i wymieniłem buty na cieplejsze.

blog

to będzie tydzień…

Dzisiaj nie było pacjentów, mimo to jestem zmęczony. Wstałem z bolącym gardłem, ogólnie rozbity. Sypiam na dmuchanym materacu na kafelkach w nieogrzewanym pomieszczeniu. No dobrze, w lesie też się sypia… Ale wtedy jest odpowiedni ekwipunek i nie ma stressu.

Wyskoczyłem do taty. On nie w sosie, że do kuchni przyjdzie jak ja skończę pić herbatę. Bo nie chce mi przeszkadzać.

Po powrocie stwierdzam, że auto nie ma powietrza w prawym przednim kole. Musiało ujść pod sam koniec, nic nie czułem. Jak grata podniosę, skoro podłoga się rozpada?

I zaraz Szef dzwoni, pyta, czy już wróciłem. Tadeusz nieraz się szlajał podczas swych dyżurów chw gdzie i nikomu to nie wadziło.

Jutro mam zadzwonić do hematologa, spytać co wyszło ze szkiełek z rozmazem maminej krwi. Ale zgubiłem numer…

We wtorek chciałbym pogadać na ortopedii o leczeniu taty. Czy zdołam się urwać? Czy wystarczy mi sił? Bo najłatwiej nic nie robić… Ale przecież ktoś musi tacie pomóc. Rodzinni funkcjonariusze ruchu hospicyjnego specjalnie się nie kwapią…

blog

Szef moim zastępcą

… dziś był 😀

Jak obiecał, przejął pałeczkę tuż po godzinie 15. Odpaliłem Fiestę i jazda do taty, po drodze małe zakupy. Tata w skowronkach, bo w kuchni się krząta  nadcórka,  czyli moja kuzynka Urszula. Tak ją ochrzciła moja mama. Porywam nagrzewnicę i jazda do drugiej kuzynki. Z jej mężem, spawaczem, lutujemy w garażu nieszczęsną nagrzewnicę. No, miałem satysfakcję: beze mnie chyba by się to nie udało. Doskonały okazał się mój pomysł, by ciasno owinąć uszkodzone miejsce miedzianym drutem. No, tak się łączyło przewody w radiach, zanim wymyślono obwody drukowane.

Wracam do taty, montuję nagrzewnicę. Nasz lekarsko-spawalniczy lut trzyma jak LUTerska wiara pod Cieszynem,  ale sika z innego miejsca. Niedużo, zalutuje się i to. Ale dokąd się nagrzewnicy nie ruszało, nie ciekła. Przeżarte korozją miejsca mosiężnej rurki zatkane były widocznie produktami tej korozji. Podobnie bywa w medycynie – jak coś ruszymy, nagle puszcza coś innego, co wisiało na włosku.

Dzwonię do przychodni, bo… początek szefowego zastępstwa umówiliśmy, ale koniec… Obiecuję, że będę o 22 i znów pędzę stówą po mieście. Teraz – do drugiego domu: zobaczyć się z mamą, wziąć mysz PS/2 i trochę nagrań… O, jest przejściówka z portu szeregowego na PS/2. Może tak zadziała kółeczko myszki?

Qwa, gdzie ten telefon? Bo qtas mi skądś dzwoni, ładnie zresztą, jak normalny telefon *). Przychodnia na linii. Szef kazał sobie meldować, czy już wróciłem.

No to znów gaz do dechy…

*) normalny, ale z elektronicznym brzęczykiem; tak stary telefon komórkowy nie potrafi naśladować metalicznego dzwonienia klasycznego telefonu

blog

początek maratonu

No dobrze. Te moje maratony dyżurowe nie umywają się do szpitalnych. I byłyby całkiem znośne, gdyby nie choroba taty.

No właśnie… Spodziewał się, że wrócę rano. A tu – wypadło mi zastępstwo. Dzwonię raz, drugi… szósty. Nie odbiera. Jestem coraz bardziej niespokojny. Pomiędzy jedną a drugą przychodnią muszę do niego wskoczyć, zobaczyć co się stało. Auto miejscami pędzi prawie 150 km/h. Niemal biegnę po schodach… Tato!

Leży w łóżku, zdziwiony moim niepokojem. Stale dzwoniła do mnie jakaś firma.  Nie wiem, co sobie wbił do głowy. Nie odbierał w porę, potem mu oddzwaniała poczta głosowa, którą brał za ową  firmę.  Pocztę wyłączyłem, spróbuję ustawić inny dzwonek dla mojego numeru. Robię ojcu herbatę i pora jechać z powrotem. Ojej, policja stoi a ja jadę za szybko. No nic. Telefon dzwoni, zjeżdżam na trawnik, widzę, że to była przychodnia. Czego wuje dzwonią, przecież mówiłem kiedy wrócę… Wyłączam telefon, bo zaraz wjeżdżam na ekspresówkę.

W poczekalni nie  ma tłumów. Przepraszam pacjentów za spóźnienie i biorę się do roboty.

… wieczór, jak fajnie, spokój…

Jutro po południu urywam się za zgodą Szefa, z mężem kuzynki będziemy lutować nagrzewnicę z kuchennej termy od taty.

blog

oranżowa alternatywa

No i jest: internet bez drutu. Druta doktór nie ciągnie, nawet tego od myszki. Bo peniskokształtny modem nie chce się dzielić jedynym portem USB… Czego spróbować? Innego rozdzielacza USB? Myszki szeregowej? Bo port PS/2 nie współpracuje z rolką.

Tym samym doktór cierpi, walcząc z uechtaczką swej Toshiby i pływającym kursorem. I z  topniejącym kredytem Orange Free. Ze zrywającym się połączeniem…

Do neostrady doktór tęskni (do modemu telefonicznego nawet…). Jak do PRL-u… Byliście jak zdrowie, ile was cenić trzeba, człek się po niewczasie dowie…