Najpierw tata zaczął chrząkać o siódmej, potem (jak się przekonałem, że nic nie potrzebuje i chciałem dalej spać) – zaczęli motorowi kosiarze.
W sklepie nie przyjęli mi butelki od piwa. Jednej, bo miałem 4, a piw mieli tylko 3. Pogroziłem im prasą… niestety, nie ma na nich haka. Nie muszą. No dobra, ja też nie muszę płacić drobnymi.
Z tatą pokłóciliśmy się w kuchni przy gotowaniu zupy z torebki. Nie chciał uznać mojej uwagi, że do mieszania lepsza jest łyżka drewniana, niż metalowa, od serwisu. No, ale do kosztowania – jednak przeforsował metalową – i sparzyłem sobie pysk.
Fiesta już drugą noc ciekła, bo dolałem jej oleju. I chyba tego jej do szczęścia brakowało, bo znów jest ognista. A ja tradycyjnie jechałem w ostatniej chwili. Tylko 140, bo gaz nie był do dechy.
Dyżur taki sobie. Trochę przyszło pacjentów. Felieton jeszcze trzeba napisać, bo dotąd przeglądałem Allegro i byłem na Gadu-Gadu. Cholera, do roboty to się chodziło odpoczywać, a teraz tyle pracy. Kiedy będę wreszcie miał ten mobilny internet???