Wczoraj nieoczekiwanie się dowiaduję, że tata ma iść do domu. Akurat wybierałem się do niego, więc jeszcze zdążyłem porozmawiać z lekarzem prowadzącym. Nie wykryto żadnych nowych problemów. Mieszkanie jako-tako już wysprzątaliśmy, ale jak tata wyjdzie na 4. piętro? I dlaczego nie przeniesiono go na rehabilitację? Ale czuję, że chce pomieszkać w domu…
Pojechaliśmy po niego w południe. Dana się wśliznęłą na złożone tylne siedzenie, bo jak zwykle byliśmy spóźnieni, a w tyle auta mnóstwo gratów, również mój śpiwór i plecak – szykowaliśmy się w góry, nie spodziewając się tak szybkiego powrotu naszego taty.
Młoda lekarka, która wydawała mi wypis, odnosząc się do osłabienia taty, wspomniała o jego chorobie podstawowej. Tak najłatwiej. Ale on przecież do niedawna chodził, a badania nie wykazały postępu owej choroby podstawowej…
Wstydził się wysiadać z auta o kuli. Usiedli z Daną na ławeczce, a je wyniosłem rzeczy na piętro, by mieć wolne ręce. Tata nawet dość sprawnie wyszedł po schodach z naszą pomocą, po piętrach idąc sam, z chodzikiem. Wejście na czwarte piętro jednak go zmęczyło. Fizycznie i psychicznie. Przekonał się, jak wiele mu brakuje do dawnej sprawności. I pewnie zrozumiał, że na razie będzie więźniem swojego słonecznego mieszkania.
Jestem na dyżurze, w przychodni spokój. Dana dała tacie obiad, potem oglądali telewizję, a on opowiadał jej różne historyjki rodzinne.