blog

żarówkowe łowy

W strumieniach deszczu o mało nie przytarłem się z terenówką jakiegoś Czecha na parkingu przed Castoramą. Zaparkował tak blisko, że nie mógł wyjść i z uchylonych drzwi z przerażeniem spoglądał na nasze zbliżenie. No trudno, trzeba było przerwać cofanie w lewo i wyjechać wprost do tyłu.

Do domu wiozłem 50 żarówek o mocy 75 W. Powinno wystarczyć do końca życia. Albo do końca Unii?

blog

tata po zabiegu

Biedniutko dziś wyglądał, kiedy w kowbojskim kapeluszu stanąłem w drzwiach jego pokoju na urologii. Próbował żartować, ale nie bardzo mu to szło. Rano miał wykonaną embolizację (czyli zatkanie) tętnic biodrowych wewnętrznych, dzięki czemu ograniczy się ukrwienie pęcherza i powinny ustać krwawienia.

Mówił, że takiego bólu, jak po tym zabiegu, nigdy w życiu nie miał.

Siedziałem przy łóżku i gładziłem jego obolałe ciało.

Lekarz dyżurny powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze.

blog

koniec wakacji

Kilka minut przed pierwszą w nocy zaparkowałem moją Fiestę w pobliskiej ulicy. Dana pewnie dotarła do celu trochę wcześniej.

15 barwnych, różnorodnych dni, pełnych przygód…

Dzisiaj (tzn. wczoraj) pogoń autem za pociągiem, do którego Dana zapomniała wziąć torbę. Poprzedniego dnia – gajowy, nakrywający nas w lesie przy rozpalaniu ogniska.

Giełda w Holicach, która tradycyjnie jest dla mnie symbolem końca wakacji (przebiega w ostatni weekend sierpnia). Deszcz, niemiłosiernie polewający plac i Dana śpiąca w śpiworze pod stołem w miejscowym domu kultury…

Nie, netu nam do szczęścia nie brakowało. Trochę – łączności telefonicznej, bo rozładowały się nam baterie we wszystkich telefonach komórkowych.

blog

jak w mrowisku

Biegam, bo za chwilę wyjazd, a tu tradycyjnie mnóstwo niezrobionych rzeczy. Wymienić koło zapasowe, bo mam nie do pary. To oryginalne, po wyklepaniu obręczy, od dwu miesięcy leży w ogrodzie.

Leży, a pod nim… mrowisko. Biedne mrówki, teraz biegają jak doktór. A doktór myje koło, by choć w bagażniku było do pary, gdyby spotkał policję…

Za oknem burza. Oby wieczorem u celu była lepsza pogoda…

No to ogłaszam urlop na blogu, pa!

blog

słoneczny dzień 13

Rano dość wcześnie musiałem wstać, by iść do pacjenta. Ale wstałem w dobrym humorze, jakby słońce zza okna zaświeciło mi do duszy. Chorego pocieszyłem, bo w jego przypadku to może najważniejsze z wszystkiego, co możemy mu dać.

Ruch był dość duży, jak na sobotę. Kolejny pacjent opuścił mój gabinet tak zadowolony, że spytał, gdzie przyjmuję prywatnie. Przypadliśmy sobie do gustu, czasem tak bywa… ale ja też po prostu miałem dobry dzień. Słońce w duszy, które rozdawałem innym.

W wolnej chwili zrobiłem zakupy na vandr.

I wszystko by było dobrze, ale Daną coś gryzie. Zaraz mi to słońce w duszy schowało się za chmury.

P.S. Dowiaduję się, że powodem zmartwienia jest śmierć w rodzinie.

blog

jak po maśle

Jak z płatka. Aż się boję. Tak mi dziś wszystko poszło.

Rano dzwonię do mechanika od zamków. Chyba mnie nie kojarzy, marudzi, że nie będzie mieć czasu. No dobrze, niech przyjadę z Fiestą, zobaczy. No to przyjechałem, zobaczył i naprawił.

Jak dziecko pod byle pretekstem wkładam kluczyk do zamka tylnej klapy i po ludzku otwieram bagażnik Fiesty. Nota bene: nie lubię bagażników otwieranych z kabiny. Musiałem kupić Poloneza, aby do tego dojść…

No to fru do taty, po drodze do Biedronki, potem wskakuję na ekspresówkę. Nie, za parking to ja tym wujom nie zapłacę, choćbym miał te 3 złote przejeździć. I potem idę półkilometrowym spacerem. Odnajduję oddział, pokój, ale gdzie jest tata? No to doktora pora łapać. Młody, sympatyczny, właśnie objął dyżur. Pytam wprost, czy są jakieś złe wieści na temat zdrowia ojca. Nie ma!

A tata? Nagle pojawia się w korytarzu. Od półgodziny stał przy windzie, a ja weszłem po schodach. Tatusiu… ściskam go. Już pora jechać do roboty.

Ognista jazda Fiestą. Po drodze znów do Biedronki, kupuję te same drogie cukierki, które kiedyś tak tacie smakowały, kiedy mu je przyniosłem do szpitala. Tym razem nie chciał, no to ja sobie zjem na jego zdrowie.

… na razie nie zjem, bo wciąłem prawie litr lodów.

Smutny akcent: lody kupiłem w drodze od pana E. Staruszek nie wygląda na swoich 90 lat, jeszcze przed rokiem: pełen życia, w pokoju wysokiej klasy gramofon i płyty z muzyką poważną. Dziś – w łóżku z drabinkami. Nie poznaje żony. Demencja. Chyba ma zapalenie płuc. Chyba, bo nie oddychał tak, jak bym potrzebował do badania.

blog

odliczanie

Niemal jak przed startem rakiety. W niedzielę mam wyjechać do Czech, by wreszcie pójść z Daną na vandr i pojawić się na dwu giełdach kolekcjonerskich.

Dziś skompletowałem ekwipunek. I nareszcie doliczyłem się, ile są mi winni koledzy. Ewentualnie ja im. Tak to bywa w pograniczu, bo wciąż usługi pocztowe i bankowe w obrocie zagranicznym są nieznośnie drogie. Ja z kolei mam swojego zaufanego człowieka przy granicy niemieckiej.

Przed południem jadę do taty do szpitala. Potem oddaję Fiestę do naprawy. I jadę autobusem na ostatni dyżur. Ostatni przed vandrem. Tym razem trasę zaplanowała Dana. Górny bieg Wełtawy, okolice Czeskiego Krumlowa.

blog

zwariowany dzień 14

Rano, koło szóstej, dzwoni pacjent. Panie doktorze, czkawka mi ustąpiła, czy dalej mam brać te tabletki?

No i potem Bogu ducha winni pacjenci, którzy przyszli na ósmą, musieli się zmagać z nieszczególnym humorem pana doktora.

Bo i myślami był przy swej Fieście. O dziesiątej skończyło się zastępstwo, nastała godzina prawdy: tankowanie LPG. Benzyny też, dla pewności. No i fajnie, autko po przełączeniu na LPG jedzie jak marzenie. Nawet olejem nie płacze. Po prostu lubi go mieć mało. Tak, jak ktoś lubi ciepłe piwo i zimne kobiety.

… ale czemu tak czuć gazem? Staję pod supermarketem, ot tak i podnoszę maskę. Syczy, szron. O rety, gaz się ulatnia sprzed reduktora! Skąd dokładnie? Może trzeba ostrzec innych, aby nie parkowali koło mnie? Ale, skoro zgasiłem silnik, wielozawór butli się zamknął – myślę. I faktycznie, po kilku minutach gaz odparowuje, szron znika. Zapalam ponownie, przełączam na LPG i widzę, skąd ucieka. Cóż to za ustrojstwo? Jakiś elektrozawór? No to do domu jedziemy znów na benzynie.

Pomoc dajcie mi rodacy w necie. A, tam jest ten filtr? To może nie dokręcili po niedawnej wymianie?

No i faktycznie, ale to stwierdzam po powrocie z miasta. Na rowerze dotarłem do mechanika, który może naprawi popsute zamki. Fiestę oddaję mu w piątek.

Najpierw jednak pojadę nią za tatą. Smutno mu w tym szpitalu, choć się nie przyznaje.

blog

cudowne tabletki

Do roboty pojechałem Fiestą. Uzupełniłem olej, chcę ruszać. Znów się zaciął hamulec, potem chyba zabrakło gazu. Benzyny miałem jakieś niemierzalne ilości na dnie zbiornika, ale dojechałem. Fiesta stoi pod przychodnią, a pod nią jest strużka oleju – aż do krawężnika. Przyjmowałem w ginekologii (tuż przy parkingu), więc zaraz wykorzystałem tamtejszą ligninę, którą chroniłem swe członki przy otwieraniu niesfornej ampułki z Ketonalem (nie ma kropki, chwyta się wg pozycji nalepki, ta miała jakiś feler). Chciałem tylko wytrzeć resztki rozlanego oleju, a tu taki widok pod autem…

A czemu się olej rozlał? Ano, doktór wszystkich poucza, jak olej nalewać: otwór pojemnika ma być u góry. Oczywiście sam chwycił go naoopak, jak intuicyjnie robi każdy niezorientowany żółtodziób. No i rzeczony olej, wlewany do auta narzeczonej, ślicznie sobie żbluchał w takt wchodzącego powietrza.

Wieczorem dzwoni pani K.: cierpną mi dwa palce u ręki, czy mogę na to wziąć tabletkę z magnezem? Tylko jak ja ją połknę, jest taka duża…

A to nie jest do rozpuszczania? Niech pani zażyje, na pewno nie zaszkodzi.

Po godzinie mam panią K. znów na linii: panie doktorze, chciałam panu powiedzieć, że jak tylko włożyłam tabletkę do ust i przełknęłam ślinę, zaraz mi te kurcze ustąpiły. Samej tabletki nie połknęła od razu, chyba rzeczywiście była dość duża.

Tata jest po operacji. Podobno się udała – tak mu przynajmniej powiedzieli. I nawet pacjent żyje…

blog

jak w kalejdoskopie

Tak wyglądał ten dzień. Rano słońce, potem zachmurzenie, burza i nagle piorun, jakieś sto metrów od nas, kiedy już dawno się rozpogodziło.

Dana od rana była poirytowana: oczekiwała odwiedzin swej mamy. Pozbądź się tego Polaka – powiedziała niedawno. Dziś chyba po raz pierwszy widziała moje zdjęcia i zmieniła zdanie. Moje? Raczej nasze, z Krakowa. Może zauważyła, jak dobrze się Dana ze mną czuje.

Dzwonię do taty, odzywa się poczta głosowa. Pewnie jeszcze jest wybudzany – pomyślałem. Nie, oddzwonił, operacja przesunięta na jutro.

Odebrała mama, ja w tym czasie grzebałem pod maską Fiesty. I wiem, dlaczego nie chciała jeździć na LPG. Oderwał się jeden drucik, biegnący od przekaźnika. Wtryskiwacz benzyny nie był odłączany, kiedy przełączałem na gaz. Uff, znów można tanio jeździć.

Wieczorem pojechałem na rowerze do Czeskiego Cieszyna – po kolejkę elektryczną, którą kupił na Aukro mój kolega z Brna. Niby dla synka… ale wiemy, jak to jest. Mam przypomnieć kawał, taki z lekka dla dorosłych?

Kiedy miałem 6 lat, tata przyniósł do domu podobne pudełko z parowozikiem, dwoma wagonami, łukami toru i zasilaczem. Uwielbiałem zabawy kolejką… ale wtedy mama jakoś się mroczyła. Mówiła, że jestem niegrzeczny, kiedy bawię się kolejką. Podobne zarzuty czyni mi, gdy wracam z vandru z Daną. Ech, mamie w macierzyństwie coś się zacięło. Jak Fieście w LPG.

Na przeciwko bloku, gdzie odbierałem kolejkę, ktoś wystawił śliczne szafki kuchenne. Polonez nieoczekiwanie wykonał pierwszą zagraniczną rundę. Jak to dobrze mieć kilka aut. No bo chwilowo nie mam gdzie dać tych mebelków…

Dziś Dana napisała mi coś bardzo pięknego. Dotknęliśmy tematu: co to znaczy być Czechosłowakiem. I wtedy padły te słowa: beru Tě, že jsi náš.