Tak wyglądał ten dzień. Rano słońce, potem zachmurzenie, burza i nagle piorun, jakieś sto metrów od nas, kiedy już dawno się rozpogodziło.
Dana od rana była poirytowana: oczekiwała odwiedzin swej mamy. Pozbądź się tego Polaka – powiedziała niedawno. Dziś chyba po raz pierwszy widziała moje zdjęcia i zmieniła zdanie. Moje? Raczej nasze, z Krakowa. Może zauważyła, jak dobrze się Dana ze mną czuje.
Dzwonię do taty, odzywa się poczta głosowa. Pewnie jeszcze jest wybudzany – pomyślałem. Nie, oddzwonił, operacja przesunięta na jutro.
Odebrała mama, ja w tym czasie grzebałem pod maską Fiesty. I wiem, dlaczego nie chciała jeździć na LPG. Oderwał się jeden drucik, biegnący od przekaźnika. Wtryskiwacz benzyny nie był odłączany, kiedy przełączałem na gaz. Uff, znów można tanio jeździć.
Wieczorem pojechałem na rowerze do Czeskiego Cieszyna – po kolejkę elektryczną, którą kupił na Aukro mój kolega z Brna. Niby dla synka… ale wiemy, jak to jest. Mam przypomnieć kawał, taki z lekka dla dorosłych?
Kiedy miałem 6 lat, tata przyniósł do domu podobne pudełko z parowozikiem, dwoma wagonami, łukami toru i zasilaczem. Uwielbiałem zabawy kolejką… ale wtedy mama jakoś się mroczyła. Mówiła, że jestem niegrzeczny, kiedy bawię się kolejką. Podobne zarzuty czyni mi, gdy wracam z vandru z Daną. Ech, mamie w macierzyństwie coś się zacięło. Jak Fieście w LPG.
Na przeciwko bloku, gdzie odbierałem kolejkę, ktoś wystawił śliczne szafki kuchenne. Polonez nieoczekiwanie wykonał pierwszą zagraniczną rundę. Jak to dobrze mieć kilka aut. No bo chwilowo nie mam gdzie dać tych mebelków…
Dziś Dana napisała mi coś bardzo pięknego. Dotknęliśmy tematu: co to znaczy być Czechosłowakiem. I wtedy padły te słowa: beru Tě, že jsi náš.