Co się zowie – taki mi się wreszcie trafił. Nic trudnego, ale noc raczej pracowita, jak na nasze stosunki.
O drugiej (jeszcze nie spałem) przychodzi facet po piećdziediątce, z atakiem woreczka. Niedawno rozpoznana kamica, nie zgodził się na operację, więc po zastrzyku pospiesznie zmyka. O piątej przychodzi znów. Tym razem prosi o skierowanie do szpitala, gdyby drugi zastrzyk nie pomógł.
Rano budzi mnie Tadeusz, najwyraźniej niezadowolony, że zastaje mnie w dyżurce. Mało mnie nie rozdeptał.
Pracowity dyżur odsypiałem w domu, męczyły mnie koszmarne sny.
Wieczorem Dana wróciła do domu, przywiozła sobie malutką fretkę. Zwierzątko jeszcze nie przywykło do nowego domu. Poprzednia fretka na wiosnę wybrała wolność. Czy na Zachodzie, tego się nie dowiemy. Kocur też gdzieś na dobre przepadł.
Mój tata jutro ma operację. A ja powinienem się chwycić Fiesty. Którymś autem pojadę do Czech już za tydzień. Na vandr, giełdy. Wszystko pod jednym. No, zobaczymy. Oczywiście pójdziemy pieszo, auto zostawimy w bezpiecznym miejscu. Gdyby nie giełda, jechałbym pociągiem.
