blog

porządny dyżur

Co się zowie – taki mi się wreszcie trafił. Nic trudnego, ale noc raczej pracowita, jak na nasze stosunki.

O drugiej (jeszcze nie spałem) przychodzi facet po piećdziediątce, z atakiem woreczka. Niedawno rozpoznana kamica, nie zgodził się na operację, więc po zastrzyku pospiesznie zmyka. O piątej przychodzi znów. Tym razem prosi o skierowanie do szpitala, gdyby drugi zastrzyk nie pomógł.

Rano budzi mnie Tadeusz, najwyraźniej niezadowolony, że zastaje mnie w dyżurce. Mało mnie nie rozdeptał.

Pracowity dyżur odsypiałem w domu, męczyły mnie koszmarne sny.

Wieczorem Dana wróciła do domu, przywiozła sobie malutką fretkę. Zwierzątko jeszcze nie przywykło do nowego domu. Poprzednia fretka na wiosnę wybrała wolność. Czy na Zachodzie, tego się nie dowiemy. Kocur też gdzieś na dobre przepadł.

Mój tata jutro ma operację. A ja powinienem się chwycić Fiesty. Którymś autem pojadę do Czech już za tydzień. Na vandr,  giełdy. Wszystko pod jednym. No, zobaczymy. Oczywiście pójdziemy pieszo, auto zostawimy w bezpiecznym miejscu. Gdyby nie giełda, jechałbym pociągiem.

blog

pies dupa sex

Tak mniej więcej wyglądała nasza (z Daną) pierwsza po dłuuuugiej przerwie konwersacja na Gadu-Gadu.

Ikonki są zabójcze. Ale jest i inna, prozaiczna zaleta GG w porównaniu do Skype: można zostawić wiadomość, którą adresat sobie przeczyta, jak tylko uruchomi komunikator. Na Skype nie da się odczytać wiadomości, jeśli jej nadawca nie jest on-line.

Dla mnie równie tajemnicza sprawa, jak dziewictwo Maryi. Albo zerowy przebieg pewnej Syrenki na Allegro.

blog

niedobry doktór

W tej roli przyszło mi dziś wystąpić. Pacjentka przynosi opakowanie od maści, chce 4 tubki. Czytam skład, pytam na co to bierze. Na nogi? Proszę pokazać te zmiany.

Dla męża? A czemu sam nie przyjdzie?

Kto to pani polecił? Steryd na grzybicę?

Napiszę pani inny lek, ten naprawdę nie jest odpowiedni…

Niestety, odeszła z kwitkiem, rozżalona na przychodnię. Co to za doktór, że nie chce przepisać leku, który poleciła sąsiadka?

blog

promienny powrót

Mama wróciła z Gliwic – nafaszerowana radioaktywnym jodem. Leczenie zniosła dobrze, zawarła miłą znajomość ze współpacjentką. Za tydzień ma kontrolną scyntygrafię. Niepokój onkologów wzbudziły jednak leukocyty. Od dłuższego czasu kilkadziesiąt tysięcy; teraz po raz pierwszy użyto rozpoznania: białaczka.

Tata w spokoju czeka na operację guza pęcherza.

Ja mam jutro dyżur.

Szybko ten tydzień uciekł.

blog

kolejny etap

Koło mojego domu przejechał kilka razy peleton Tour de Pologne. Wczoraj w nocy sam pokonałem tę pętlę na swoim Favoricie (w dzień nie wypadało – kilka ulic pod prąd). No, moja kondycja na razie nie jest wyczynowa.

4. etap Tour de Pologne

Ten zawodnik pojawił się samotnie jako pierwszy, spory kawał przed peletonem (fotka jest z kolejnego okrążenia), ale jednak nie wygrał etapu. Jeśli czegoś nie pokręciłem, jest to Johnny Hoogerland z Holandii. Szkoda, że numery startowe gubią się wśród reklam. Na Wyścigu Pokoju numery były doskonale widoczne. No i wzrok się miało lepszy.

Trochę zamieszania było przez ten wyścig, zwłaszcza że zrobili po mieście 3 pełne okrążenia, łącznie z wjazdem na pętlę 4 razy przejechali przez metę. Jeden z zawodników podobno za trzecim razem myślał, że to ostatnie podejście i źle rozłożył siły. Żal mi go, ale po części wszystkich – jechać wśród aut i motocykli… To zdecydowanie inny rodzaj kolarstwa, niż ja uprawiam, ale chyba i oni by woleli ścigać się w innych warunkach.

Mama jutro wychodzi ze szpitala, tata ma operację w poniedziałek. Dana ma jakiś problem, który chce ze mną omówić.

blog

auta na banicji

Rano wróciłem z roboty. Jakiś taki zły, chichotem zareagowałem na to, jak kanar o mało nie wywalił się, kiedy autobus zahamował. Kochany stary Berliet, tylne drzwi na klamkę, a ta chyba od Sana (wewnętrzna), nigdy nie wiem, w którą stronę się otwiera.

Palące słońce wróżyło zmianę pogody. No i z grzmotami w tle odpaliłem Poloneza… który jakoś nie chce jeździć jak burza. Niestety, koło Fiesty nie było już miejsca, ale w końcu zaparkowałem go w miarę prawidłowo i wygodnie. Jutro od rana zakaz – Tour de Pologne. A że dwa razy objechałem osiedle, wzbogaciłem się o wiaderko od jakiejś malty. Kawalerem jestem starym, to i maltańskie wiaderko mogę mieć. Do zbierania śmieci, co mi dziatwa do ogrodu wrzuca.

Obrońcy krzyża są jak uczestnicy Parady Równości (jedni i drudzy baaardzo by się ucieszyli z tego porównania…). Jak psy w azylu*). Rozpaczliwie chcą na siebie zwrócić uwagę.

Kto by nie chciał. Każdy ma swoje sposoby.

*) kto choć raz był w psim przytułku i ma kawałek serca, wie, o co chodzi

P.S. Bloksie, co ty wyprawiasz z wielkością liter w tagach? Czemu Tour de Pologne przerabiasz na małe, a obrońców krzyża na duże? Znaki czeskie wyrzucasz. Nie złość człowieka.

felietony

felieton na 6 sierpnia 2010

W okrążeniu

We wtorkowe popołudnie tematem numer jeden jest dla mnie Tour de Pologne. Nie tylko dlatego, że jestem miłośnikiem kolarstwa. Znaczna część miasta znajdzie się w kilkugodzinnym okrążeniu, a może w tym czasie przyjechać autobusem z Gliwic moja chora mama. Auto przeparkowałem, objazd wymyśliłem, czekam… i wspominam.

Rok 1973. Stoimy koło Muzeum Lenina w Poroninie. Boże, jadą! – krzyczy ktoś. Na czele peletonu Bartoníček, ale i tak wygrał mój faworyt, Szurkowski. A dziś? Wyścig Pokoju od kilku lat zawieszony. Nie mają ostatnio szczęścia sztandarowe przedsięwzięcia PRL – Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, Centrum Zdrowia Matki Polki. Nawet Festiwal Piosenki Czeskiej i Słowackiej w Ustroniu zlikwidowano. Prócz „trudności obiektywnych“ (uroczy zwrot z tamtej epoki) czuję w tym wszystkim nutkę antykomunizmu. Litości! Do Zielonej Góry powróciła piosenka rosyjska. Im już przeszło.

Dla „Dziennika Zachodniego“, 3 VIII 2010

blog

szewski dyżur

Właściwie kaletniczy – jak tylko się ulotniła Szefka,  wyskoczyłem do Biedronki po prażynki i dokonałem typowo biedronkowego zakupu – zestaw dziurkacza rewolwerowego, nitowacza i oczek. I dwa zeszyty, choć mam ich hałdę. Ale takie tanie i ladne, a przecież każde auto powinno mieć dziennik pokładowy. Ech, te prażynki ziemniaczane kojarzą się mi z PRL-owskimi wakacjami w Rabce. I z nalepkami na samochody w postaci czerwonego owalu z rokiem. Widzę jak dziś gołąbkowe Syrenki z takimi nalepkami z tyłu, pamiętam 1970, 1969… Jeszcze nie było modelu 105, drzwi otwierały się po staremu. Jeszcze nie palili komitetów.

I tak źle było? Wróć się, czasie…

Mama dostała dziś jod i czuje się nieźle. Tata zaokrętował się na bielskiej urologii. Dana zmieniła doktorkę i ma iść na parę dni do szpitala.

Obydwoje bardzo byśmy chcieli wreszcie się urwać na kolejny vandr

Wypłatę dali. O godzinę za mało mi policzyli, jak zastępowałem Tadeusza. Tym samym dostałem o 10 zł mniej, niż się należało. Trzeba się upomnieć.

A w Zakopcu mieli fajowe koszulki: Udaję, że pracuję, oni udają, że mi płacą. Albo na opak? Trzeba było kupić, kosztowały tylko 2 i pół godziny doktorskiej roboty…

No psia mać, tagi na kartki? Tylko 7 wolno? Nawet w PRL blogowanie nie było reglamentowane…

blog

i po weekendzie

Dana dziś również nie przyjechała. Najbardziej ze wszystkiego nie lubię niepewności. Czy dlatego mnie nią życie stale karmi?

Dzień spędziłem w domu, ale specjalnie nie posunąłem się w swoich pracach. Tata myślał, że jestem w górach. Jutro idzie do szpitala. Jest zrezygnowany. Mama też jakaś nieswoja, jutro dostanie izotop.

Dana rozdrażniona. Potrzebuje dobrego słowa, ale w ten sposób trudno je usłyszeć.

A ja muszę robić porządki. Rozpakowałem kilka starych paczek, jedną z przełomu maja i czerwca. No brawo.

blog

trochę do przodu

… się dziś posunąłem. Bardzo trochę.

Rano wstałem zmęczony, jakby nieszczęśliwy, że żyję. Pogoda? Podświadome (i świadome) lęki? Akumulator już dość się ładował, deszcz nie pada, więc idę z nim do Fiesty. Przed podłączeniem badam obwód: jest ciągły pobór ok. 70 mA. Niby to tylko 1 W, ale jak można wyliczyć, za 3 tygodnie wyładuje akumulator prawie do zera. No nic, trzeba będzie poszukać, dokąd ten prąd „ucieka”. Ale teraz najważniejsze, że udało się zapalić. I ruszyć…

… z piskiem opon. No, pisk rozległ się dopiero jak puścił hamulec w prawym tylnym kole. Ale Fiesta jest żywa, jeśli się depnie na gaz tak, jak muszę to robić w moim nieszczęsnym Polonezie, to się ludziska oglądają. Jadę bez papierów, byle tylko przeparkować w bezpieczne od Tour de Pologne miejsce. O, w pobliskiej uliczce, o której myślałem, jest pustawo i nawet znak P. W przeddzień wyścigu może być ciasno. I jest z górki. W razie czego… Ale i tak odłączam klemę. No, napisałbym zacisk, ale jak mamy deweloperów, leasingi, destynacje i tym podobne, to dla równowagi mogą też być waserwagi, a nawet droselklapy.

SMS do Dany, pewnie już kupiła w Kolínie fretkę i będzie kontynuować podróż – w moją stronę.

Jedna sprawa załatwiona. Ale jakoś nie mogę na dobre ruszyć z porządkami.

Dzwonię do taty, nic nowego, zatroskany. Mama w gliwickim szpitalu ma dziś gorszy dzień.

Dana miała mi posłać SMS-a z podróży. Sprawdziłem na stronie kolei czeskich, że pociąg jedzie planowo. Dzwonię… telefon nieosiągalny – rozładował się? Wieczorem dowiaduję się, że nigdzie nie jechała. Źle się czuła, telefon wyłączyła. Znów ma problemy z nerkami.