blog

znowu na dyżurze

Przyznam, brakowało mi tego. Dyżur, jeśli bywa spokojny, jest jedyną okazją, by poukładać w głowie myśli, a w torbie papiery. Już raz mi te dyżury proponowali, ale bałem się ciężkich przypadków. Wadziło mi też, że dyżury będą się kończyć w sobotę rano, skracając tym samym nasze weekendy.

Trzecia godzina, na razie spokój.

… ale nie chwali się dyżuru przed… wschodem słońca.

blog

kto zabił Różyczkę?

Dziś rano, wyprowadzając Ewunię do przedszkola, zauważyliśmy, że nasza świnka bezwładnie leży w swej klatce. Osierociła dwie małe, dwutygodniowe świnki.

Nie umarła naturalną śmiercią. W klatce znaleźliśmy papierek z gumy do żucia (dopiero Dana mi powiedziała, że guma może zabić małe zwierzę, które ją zje).

Domyślamy się, czyja to sprawka. Miła, cicha osoba, której nikt by nie podejrzewał. Doświadczeni policjanci wiedzą, że tacy właśnie ludzie nieraz prowadzą podwójne życie i bywają sprawcami bestialskich czynów.

Tego już za wiele.

blog

wyjście z dołka?

Po 4 tygodniach zadzwonił mechanik: auto gotowe. A już myślałem, że chce spytać, kiedy zabiorę tego grata. Idiotyczny defekt skorodowanego auta, wierzę, że źle się czuł, kiedy nań spoglądał. A teraz – wypas. Nawet ręczny działa!

Gęsty śluz w doktorowej tchawicy też wreszcie ruszył (też po paru tygodniach…). Co zadziałało, czas, czy karbocysteina?

Łoże małżeńskie naprawione. Doktorowi się odechciało, gdy widział jego bebechy. Ordynarne, nieoheblowane kantówki, miękkie jak papier i jeszcze sęk w połowie. Gdyby Ewka nie skakała, może by wytrzymało, w końcu uniosło ciężar naszych spasionych ciał, które od czasu do czasu spotykają się na jego jednej połowie.

Ewunia ma zakaz skakania po łóżku. I obiecaną trampolinę.

Woda w rurach na  matkowiźnie  nie zamarzła. Doktór, by nie kusić dalej losu odkręcił, by stale ciekła. Teraz już mrozy niestraszne, zresztą idzie globalne ocieplenie. Trochę nudne, po każdej zimie naprawiać instalację.

W gabinecie były dziś małe luzy, to doktór kontynuował rzeź ulotek reklamowych. Się tego nazbierało za 5 lat! Aż szefowa zaczęła się strzępić. A ma dać podwyżkę, to doktór musi być grzeczny.

Szafka w łazience nareszcie wisi. Biedronka po niewczasie uznała reklamację, gdy już wcięło paragon, więc rozbite lustro zamówiliśmy u szklarza. Doktór każdego ranka ogląda teraz swą obleśną gębę w HD.

Milicja sprawdzała dziś stan techniczny aut. No, mieli szczęście, albo wiedzieli, kogo lepiej nie ruszać. Doktór kaszle i bolą go gnaty, więc reanimacja omdlałego funkcjonariusza mogłaby się nie udać.

Dysk 2TB na Allegro doktór kupił, bo nie mógł sobie przypomnieć, gdzie wsadził tego ogromnego Samsunga. Już się znalazł, co tam – będą dwa. I tak się zapełnią pirackimi treściami. Muzę doktór teraz namiętnie  downuje.  Niektóre kawałki są tak denne, że trudno uwierzyć, że ktoś to kupował (posłuchać można dopiero po ściągnięciu i rozpakowaniu). Trochę, jak z kolorami niektórych aut. Używane mogą być, jak tanie i poza tym do przyjęcia. Ale że ktoś to kiedyś kupił za pełną cenę?!?

Dzisiaj nie będzie ponocowania u PC. Będzie błogie spanie w repasowanym, małżeńskim łożu. A rano – załatwianie dodatkowego zarobku. Money for nothing, czyli dyżury.

blog

doktór stale się uczy

… ale i tak głupieje.

Szkolenie z EKG, tzw. warsztaty. Siedzę jak na tureckim kazaniu, przytakuję. No, coś tam rozumiem. Ale widzę, że stałem się wybitnym specjalistą od pisania recept, sanatoriów i zaświadczeń, że np. Dżejms Bąd nie jest WielBądem. Trudno nie ogłupieć.

Doktór (z konieczności) zagłębia się w tajniki schematu instalacji elektrycznej Opla Astry. Uparcie wywalało bezpiecznik od wycieraczek. Schematy w książkach… no, niestety. W jednej brak, w drugiej – niewyraźnie wydrukowany i do tego z ewidentnymi błędami. Tylko ten jeden, za to w obu wydaniach. Doktór ściągnął inny, z netu i w końcu zlokalizował zwarcie. Tak, przy klapie (bo to kombi) – przewód od tylnej wycieraczki się przełamał.

Doktór w domu oswaja Windows 7. Outlook Express udało się zainstalować, Office 97 – nie. Doktór teksty pisze w Łordzie 2007 (i zapisuje jako .doc, format strawny dla starszych edytorów). Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ale doktór rozważa instalację drugiego systemu, może Windows 2000?

Chwila spokoju w przychodni, to można poblogować. W domu ruch jeszcze większy, niż zwykle, bo przedwczoraj przyszły na świat dwie świnki morskie.

W robocie, na służbowym kompie, nie wchodzi litera „ę”. Trzeba przełączyć na czeską klawiaturę, gdzie ma ona inny skrót: AltGr-6, potem E.

Zwolnienia elektroniczne idą gładko. Przynajmniej coś.

blog

pożegnanie z XP?

Może już tej nocy rozbebeszę komputer, choć i bez tego mogę mu zainstalować Windows 7, spełnia warunki. Mam jednak lepszą płytę główną, która pozwoli m.in. na zainstalowanie większej pamięci. Trzeba będzie tylko dodać kontroler tradycyjnych dysków IDE, bo mam na nich mnóstwo danych.

Nie, nie będzie to definitywny koniec Windows XP w naszej rodzinie, jest jeszcze na dwu netbookach, w komputerze Dany i w kompie na matkowiźnie.

Siódemkę ma już Ewunia, ale jej nowy komputer (kompletny, gotowy do pracy) jeszcze nie jest rozpakowany . Warunek brzmiał jasno: aż będzie miała porządek w pokoiku. Monitor już czeka na szafce (głośniczki też), myszy ci u nas dostatek, klawiaturę dostanie jakąś tam, bo dopiero uczy się czytać. Później niech to będzie porządny egzemplarz z opisem amerykańsko – czeskim. W Polsce mało kto wie, że w świecie jest mnóstwo narodowych układów klawiatury i tyleż wersji opisu klawiszy. Ten polski, jako jeden z nielicznych, opiera się na układzie USA, dzięki czemu nie wymaga żadnych dodatkowych napisów. Nawet Wielka Brytania ma inną klawiaturę.

Wiem, że czeka mnie trudny okres przejściowy. Postaram się odkryć i wykorzystać atuty siódemki, ale i tak będę chciał zachować / odzyskać / odtworzyć to wszystko, co dotąd miałem: ładny interfejs (autorsko wycyzelowany, a jakże), przyjazny edytor tekstowy i praktyczny program pocztowy.

Chyba już czas skoczyć na tę głęboką wodę.

W robocie męczę się z Windows 10. Nie pokochałem. Vistę też miałem, w poprzedniej przychodni. Też nie polubiłem, choć w miarę przypominała XP. Dziś już na tyle przestarzała, że ma niewiele większe możliwości, niż moje ulubione XP. Ósemkę ponoć da się oswoić, ale wybór padł na Windows 7. Czasami nawet doktór idzie za większością…

blog

naprawy bez końca

Był sobie urlop – w październiku. Trochę się rozminęliśmy z pogodą, niestety. Trzeba było od razu wyjechać, póki było ciepło i słonecznie. W końcu spędziliśmy niecałe dwa dni na Wyżynie Krakowsko-Czętochowskiej. Wygnał nas deszcz… ale nie daliśmy za wygraną i ponownie spenetrowali okolice Bobolic podczas długiego weekendu w listopadzie.

Na początku urlopu zajęliśmy się porządkowaniem naszego gniazdka, na co zawsze brakowało czasu. Chwalebna aplikacja zasady „najpierw obowiązek, potem przyjemność” za bardzo się nam nie opłaciła, bo w sumie nie osiągnęliśmy cudu. Doktór stale coś naprawiał… akurat to lubi robić, ale dobrowolnie. A tu – jeden defekt za drugim odrywały człowieka od realizacji planów. Klawiatura – zaczęła się zacinać litera A. Powie ktoś: klawiaturę można kupić za grosze. Nie taką, jaką ma doktór! Po rozebraniu okazała się być membranową, ale wyśmienitej jakości (sprawia wrażenie mechanicznej). Za drugim razem się udało. I działa!

Auta też zaczęły nam robić psikusy. Doktór z pasją puścił się do pracy – wymienił wąż, doprowadzający gaz do silnika (tak niewinnie wyglądały jego spękania, a jednak to przez nie uciekało tyle gazu, że było czuć, a zasięg zmniejszał się o jakieś sto kilometrów), kierunkowskaz rozbity przez Danę przy letniej stłuczce, która tylko cudem nie skończyła się większym kłopotem. Do tego ulubiony czajnik elektryczny akurat się rozciekł. Litości!

Usterkowy serial trwa w najlepsze. Oba auta wymagają kolejnej naprawy. Cienki zaliczył bliski kontakt z wystającym kanałem, upadł mu wydech wraz ze wspornikiem, a Astrze najwyraźniej przerdzewiał bak. To już prace dla naszego zaufanego mechanika. Prawie rok intensywnej eksploatacji Astry potwierdził jednak, że jest to dobry egzemplarz i warto solidnie naprawić jego drobne w sumie usterki.

Wcale nie jest łatwo kupić czajnik, w którym można zagotować wody na jedną porcję herbaty. I gdzie ta Unia, co zakazuje żarówek i ogranicza moc odkurzaczy? W końcu znalazłem i kupiłem, ale stary był fajniejszy. Niestety, naprawy nie na wiele się zdały, więc poszedł w odstawkę.

Komputer też szwankuje, ale to nie tyle defekt, co raczej kres możliwości Windows XP. Nawet najnowsze wersje przeglądarek dla tego systemu coraz gorzej współpracują z wieloma stronami internetowymi. Komputer gładko przyjmie nawet najnowsze Wokna (jak mówią Czesi), ale Windows 7 wcale nie jest marzeniem doktora, przynajmniej nie w swej surowej formie. Interfejs chciałby doktór mieć klasyczny, do tego dwa wypróbowane, ukochane programy: Worda 97 i Outlooka Express. I dlatego intensywnie szuka w necie porad, jak to pogodzić. Dwa pierwsze dylematy da się rozwiązać, trzeci – zobaczymy. Thunderbird w robocie jest najlepszy z dotychczas wypróbowanych, ale i tak ledwo do przyjęcia. Może The Bat?

blog

rakowy przystanek

Warszawa Raków. Doktór nie mógł sobie przypomnieć jego nazwy. Ale i tak biletów na WKD nie można kupić w kasie PKP na obrzeżach kraju.

Nie było czasu na kupienie biletu WKD na Dworcu Zachodnim, to doktór przyjechał na gapę. I nawet zdążył na zajęcia kursu onkologicznego.

Powikłania radioterapii – ech, przypomina się choroba taty. Grób trzeba uporządkować…

No i po kursie. Doktór tym razem ma bilet, kasuje. I znów to ciasne Pendolino! Że drogie, nie wadzi, Unia płaci za szkolenie wraz z dojazdami. Do tego bez wi-fi. GPS w pociągu nie działa? No to szkoda, bo prawie nie ma stacji, a jeśli – to bez nazw. Opoczno, Włoszczowa (tylko bez skojarzeń potylicznych!)… A, jeziorko. Doktór już wie, gdzie jest, bo mapa w tablecie dokładna. Mogliby tu gdzieś zrobić przystanek osobowy – przejeżdżamy obok Jury, atrakcyjny rejon…

Od Katowic nareszcie normalny skład, wagony z PRL. Nogi można rozprostować, szerzej usiąść. Niestety, twarde jakieś te ławki, choć może bardziej anatomiczne, niż w oryginale.

Idąc z dworca, doktór czuje, jak mu nogi odmawiają posłuszeństwa. Tomograf wyjawił przykrą prawdę: dysk uciska na rdzeń kręgowy. Ale co warta diagnoza bez terapii?

Doktór wziął sobie 2 tygodnie urlopu. Odpocząć od pracy, fajnie. Ale jak odpocząć od całej reszty? Dana wie, kiedy i gdzie taki odpoczynek nastąpi. Doktorowi na razie tam nie spieszno…

blog

Victoria, czyli doktór oczom nie wierzy

Ostatnio mało piszę na blogu. A byłoby o czym. Nasze wakacje, potem różne zmartwienia.

Od piątku doktór był w pogrzebowym nastroju. Oto dysk z Bardzo Cenną Zawartością odmówił posłuszeństwa. 300 gigabajtów treści, których w większości nie da się już ściągnąć. Zniknęła partycja. Program do partycjonowania dwie doby skanował i nic.

Doktór bez większej nadziei podłączył wyjęty z szuflady dysk przez USB. A ten grzecznie zaczął pracować i pokazał swą zawartość. Teraz testuje go rosyjski program Victoria. Zanim powierzyłem mu cenną zawartość, został starannie wybrany spośród kilku egzemplarzy. Jak na razie, przeskanowałem nieco ponad 5% powierzchni, ale wyniki świadczą o jego dobrej kondycji.

Inny dysk rzeczywiście na całego padł, żałośnie kłapiąc. Jakieś 180 GB filmów, trudno. Żeby było weselej na jego pogrzebie, parametry SMART ma nadal znakomite.

Doktorku, już nie kupuj dysków Seagate. Western też raz padł, ale przed śmiercią wydał z siebie prawie całą zawartość.

Jutro rano znów do roboty. Teraz, po skomputeryzowaniu gabinetu, mam wyraźnie więcej pacjentów. Bo inne doktory wyraźnie gorzej radzą sobie z nienajlepiej napisanym programem…

blog

festiwalowy sklepik Ewuni

W piątek i sobotę byliśmy na festiwalu muzyki country  Na pomezí  w Dolnej Łomnej na Zaolziu. Po raz pierwszy słuchałem na żywo legendarnej grupy Plavci – Rangers. Grają już 53 lata, zaczynali jako grupa śpiewających studentów politechniki.

Ewunia nie nudziła się. Nudziła nas – o pieniądze, bo chciała sobie kupić mrugające serduszko na straganie. Nie dostała: ma w domu szereg podobnych zabawek, o których już zapomniała.

Widząc, że nic u nas nie wskóra, przyłączyła się do grupy dzieciaków. Wszędzie było ich pełno, biegali i tańczyli obok sceny, skakali po ławkach. W pewnym momencie Ewunia poprosiła o kartkę papieru i całe towarzystwo gdzieś się zaszyło. Po jakimś czasie Ewunia triumfalnie przynosi mrugające serduszko… i kolczyki dla swojej mamy. Okazało się, że dzieciarnia urządziła sobie w przejściu za widownią sklepik z pamiątkami. Co tam było? Zastrugane patyczki z napisami np. „pro Pavlu”. Ja dostałem inny, „Festival 2018”. Dzieciaki potraktowały mnie jako normalnego klienta (a nie tatę na zwiadach) i podarowały swój suwenir, słysząc, że nie mam pieniędzy. Wróciłem i przyniosłem im 20 koron (trochę ponad 3 zł).

Ewunia tych koron zarobić musiała dużo więcej, same kolczyki kosztowały 90, a serduszko 40. Obrotne dzieciaki!