blog

idzie na lepsze?

Rano, w strugach deszczu, odwiozłem mamę na dworzec autobusowy moim Polonezem. Pewniejszy od autobusu miejskiego i dowiózł nas prawie na miejsce. Mama o 6.00 odjechała do Gliwic na jodoterapię.

Potem położyłem się spać. Budzę się po 10, trochę się niepokoję, jak przebiegła jej podróż. Zakładki Opery – strona Instytutu – telefon. Dotarła, z oddziału nie będzie jednak mogła dzwonić. Po południu mogę zadzwonić ja.

No to dzwonię. Rejestatorka powiedziała już mamie, że telefonowałem. Mama rozpromieniona: ma wspólny pokój z panią, którą poznała w poczekalni podczas ostatniej konsultacji, już wtedy znalazły wspólny język, ale nie wymieniły adresów. Rano w Gliwicach jeszcze padało. Kierowca busa znów po zakończeniu kursu podwiózł mamę pod samo Centrum Onkologii. Dusza człowiek.

Moje relacje z mamą są w tej chwili doskonałe – kiedy każde z nas robi swoje… i nie depczemy sobie po piętach.

Akumulator od Fiesty cichutko bulgoce w kuchni, ładowanie się kończy. Jak się spisze pod maską? No i trzeba sprawdzić, czy nie jest z niego stale pobierany jakiś prąd. A jeśli jest? Bo ani schematu instalacji Fiesty, ani doświadczeń z LPG czy wtryskiem – nie mam (a wszystko to korzysta z zasilania elektrycznego).

Dana już pewnie czeka na Skype. Może jutro przyjedzie…

blog

plan wykonany

Rano wyprawiłem się na urologię po wyniki badań taty. Zobaczyłem w sekretariacie kartę wypisową: rzeczywiście prawie nic tam nie napisali, a było USG, tomografia, cystoskopie.

Quasi-ordynator tego quasi-oddziału początkowo nie chciał ze mną rozmawiać. Może faktycznie nie miał czasu. Może nie wiedział, kim jestem. A może właśnie wiedział i bał się, że przychodzę z pretensjami. Szkoda, że nie rozmawiałem z nim podczas pobytu taty. Bo okazało się, że miły, rzeczowy człowiek. I chciał kontynuować leczenie, ale tata się nie zgodził. Dostałem kopię tomografii, nawet płytę CD z obrazkami wypalili. Szkoda, że nie dostałem wyniku USG. Nawet kreatyniny na karcie nie było.

No to jazda do taty. Polonezem. Po drodze odbiorę zakupioną wraz z nim przyczepkę i zawiozę do garażu taty.

Poprzedni właściciel jest zdziwiony, kiedy mówię o problemach z silnikiem. Nie brakowało mu mocy? To po co zmieniał elementy układu zapłonowego?

Jazda z przyczepką nie jest taka straszna (pierwszy raz!). W końcu holowałem, a to trudniejszy orzeszek, choć trochę inny.

Tata zrezygnowany. Polonez mu się podoba, widzi go po raz pierwszy. Tak, ładny to on jest. Gdyby jeszcze jeździł, jak ma. No, zobaczymy. Kolega chce go odkupić.

Rozmowa z urolożką jest trudna. Traktuje nas po wojskowemu. Dokumentacja medyczna taty nie jest ułożona po kolei, ja nie jestem zorientowany w szczegółach leczenia, poprzednicy robotę spaprali. Po niemal godzinie wyprasza nas, bo czekają trzej następni pacjenci. Nie bierze honorarium, umawia tatę na poniedziałek – do szpitala. W sumie na to, przed czym uciekł z poprzedniego, choć dość ostro skrytykowała tamtejsze metody leczenia. No nic, najważniejsze, że są dla taty jakieś perspektywy. I może tym razem je wykorzysta.

Przywiozłem od taty prostownik, naprawiłem mu amperomierz. Ładuję akumulator od Fiesty.

blog

idzie na lepsze? 15

Wygląda na to, że sinusoida życia znów się chwilowo wznosi…

Jutro jadę do taty. Wcześniej muszę wydostać ze szpitala jego wyniki… Bo idzie do urolożki, oczywiście prywatnie. Ale co tam, najważniejsze, że mniej krwawi.

Dzwoniłem do niego wieczorem, był w pogodnym nastroju. Tato, masz gdzieś prostownik? Ten stary, taką plastikową kostkę?

No to żyjemy. Fiesta ma szansę na start w Tour nach podwórko, a nawet potem z podwórka pod górę na drogę publiczną. Jeszcze tylko wykosić i przepchnąć pod gruszę Malucha, cierpliwie czekającego na naprawę silnika.

Znalazłem stare kapcie mamy. Bo był tylko jeden. Kiedy ostatnio widziałaś je oba? Cooo? Nie w tym roku???

No bo te stare kapcie mama brała tylko do ogrodu, ale koło bramy porwał je prąd moich kolekcjonerskich nabytków i ostatnio wypłynął tylko jeden. A kapcie po aplikacji radiojodu będą mamie przy wyjściu ze szpitala zabrane, więc szkoda lepszych. Zrobiłem mamie ściągawkę z telefonami, bo przecież notesu też nie wypuszczą na zewnątrz. A synalek byzneśmen ma dwie komóry*) w dwu krajach unijnych. I cztery auta, z których jedno od biedy jeździ.

*) Nienawidzę słowa komórka na określenie telefonu komórkowego, bo komórka – to element takowej sieci. A samych telefonów mam ho ho… Dwie są karty SIM, trzecia się wrednie wyalienowała, bo zmienił się operator, a z nim – wymagana częstotliwość doładowania.

blog

same kłopoty 16

Tata znowu ma krwawienia. Przyczyny dopatruje się w lekach, które mu zapisali przy wyjściu ze szpitala. Prosi mnie o wyniki badań, które miał w szpitalu, na wypisie podobno ich brak.

Koło mojego domu pojedzie Tour de Pologne. Dzisiaj ustawili zakaz parkowania, chociaż ulica nie była wymieniona w bardzo szczegółowym komunikacie, który w tej sprawie opublikowano. Polonez, choć cienki, odjedzie. Ale Fiesta? Pożyczyć akumulator? Bo nie mam jak naładować.

Wyścig kolarski mogę przeczekać, Fiestę w najgorszym razie gdzieś przepchnę w przeddzień zakazu, bo z górki. Potem będę kombinować, jak z powrotem. Ale co z tatą?

Nie wiem, czy będę miał wolny weekend. Dana chce przyjechać. Jakoś to urządzimy.

blog

z Tatr na dyżur

… przyjechał dziś doktór swym Polonezem.

Nad Tatrami mżawka po wczorajszym deszczu, tutaj sucho. Auto po drodze wymagało małej interwencji: ciekła sobie benzyna z obluzowanego wężyka koło pompy paliwa. A po przyjeździe na miejsce stwierdziłem, że gotuje się chłodnica: spadł jeden konektor z cieplnego wyłącznika wiatraka. To drobnostki, głównym problemem pozostaje silnik, który bardziej zasługuje na miano słabnik.

… a teraz, po radykalnej depacjentacji,  doktór nareszcie będzie papać. Poprzedni posiłek był na Krowiarkach.

blog

88 na godzinę

Złotych. Tyle doktór wyciąga: wymiana tłumika miała kosztować 44 złote, doktór to zrobił za pół godziny, leżąc obok swego Poloneza na chodniku.

Rzeczony Polonez wyciąga 120 na godzinę. Nic moc,  jak mówią Czesi. Nie jestem zadowolony z jego osiągów, ale to jakiś bardziej złożony problem, niż myślałem. Byle się nie skończyło remontem silnika, który ma rzekomo nieco ponad 40 tysięcy km.

Jadę, może nawet dziś, na tydzień do Kościeliska koło Zakopanego – tym Polonezem. Albo go w końcu oswoję, albo…

blog

trudny wybór

Wczoraj się okazało, że tata na razie nie wychodzi ze szpitala (i nie wiadomo, kiedy wyjdzie, miał wyjść dzisiaj), a wyjazd mamy do Kościeliska nastąpi kilka dni wcześniej, co zburzyło mój misterny plan wyjazdowo – dyżurowy. W tej sytuacji zdecydowałem się przełożyć vandr, na który mieliśmy z Daną jutro wyruszyć. I Dana ma do mnie ogromny żal. Hmmm… kiedy sama w ostatniej chwili odwoływała nasze vandry,  mając swoje arcyważne powody (w tym swoją mamę) – wszystko było w porządku.

Do Kościeliska zawiozę mamę chyba Polonezem (z Fiestą się sprawy komplikują, całkowicie wyładowała akumulator), wypada mu wymienić tłumik wydechu. Niezbyt mi się ta robota uśmiecha przy ruchliwej ulicy, ale co zrobić? Podobno ktoś tłumiki „wymienia gratis”. Tylko ciekawe, ile wtedy sam tłumik kosztuje. Może pojadę do roboty na rowerze, to po drodze wybadam sprawę.

blog

po burzy

… jak to często bywa, wysiadł w przychodni net.

Pacjenci też nie dopisali – mam wrażenie, że z powodu upału.  Była wizyta domowa, z której wróciłem z 2,5 kg domowej kiełbasy. Nie wiem tylko, co było przyczyną zatrucia pokarmowego, które rozpoznałem u pacjentki…

Po raz pierwszy w tym roku pojechałem do przychodni na rowerze. Przy powrocie stwierdziłem, że moje kondycja jest bardzo cienka.

Jutro kolejny dyżur, potem nie wiem. Nie wiem, kiedy puszczą do domu tatę. Trudno coś planować, a chciałem z Daną jechać na vandr.

Pewnie jutro coś się wyjaśni.

blog

radiojod, tran i lody

Mamie dadzą w Gliwicach izotop jodu. Dzięki temu przez tydzień nie zobaczy świata – od 30 lipca.

Ojcu – tran. Do pęcherza. Tylko to szpital miał zapewnić, nie sam chory. A trochę kosztuje.

Synalek sam sobie zaaplikował lody, w megadawce. Jak kapitalizm: niby taakie fajne, zawsze się tego chciało, ale jak czegoś jest za dużo, to wychodzi bokiem.

Z Gliwic Autosana prowadziła kobieta. Oboje całkiem mi się podobali. Autobus, bo jeszcze trochę tradycyjny. Kierowczyni, bo plotkowała zza kółka tak, jak ja bym nie dał rady. No, chyba żeby mi dali automatyczną skrzynię i autopilota.

blog

wietrzenie duszy

Tak można określić jeden z celów wypadu w góry.

Gorąco jak diabli, roztopioną czekoladę wylizywało się z papierka. Wypiło się 4 litry płynu.

Dusza przewietrzona, przed jej oczyma już nie wyświetlają się filmy z kałchami i pałkami bejsbolowymi, którymi właściciel duszy traktuje bliźnich.

Po drodze z dworca dzwonię do taty – dobra wiadomość: przestaje krwawić.