Rano, w strugach deszczu, odwiozłem mamę na dworzec autobusowy moim Polonezem. Pewniejszy od autobusu miejskiego i dowiózł nas prawie na miejsce. Mama o 6.00 odjechała do Gliwic na jodoterapię.
Potem położyłem się spać. Budzę się po 10, trochę się niepokoję, jak przebiegła jej podróż. Zakładki Opery – strona Instytutu – telefon. Dotarła, z oddziału nie będzie jednak mogła dzwonić. Po południu mogę zadzwonić ja.
No to dzwonię. Rejestatorka powiedziała już mamie, że telefonowałem. Mama rozpromieniona: ma wspólny pokój z panią, którą poznała w poczekalni podczas ostatniej konsultacji, już wtedy znalazły wspólny język, ale nie wymieniły adresów. Rano w Gliwicach jeszcze padało. Kierowca busa znów po zakończeniu kursu podwiózł mamę pod samo Centrum Onkologii. Dusza człowiek.
Moje relacje z mamą są w tej chwili doskonałe – kiedy każde z nas robi swoje… i nie depczemy sobie po piętach.
Akumulator od Fiesty cichutko bulgoce w kuchni, ładowanie się kończy. Jak się spisze pod maską? No i trzeba sprawdzić, czy nie jest z niego stale pobierany jakiś prąd. A jeśli jest? Bo ani schematu instalacji Fiesty, ani doświadczeń z LPG czy wtryskiem – nie mam (a wszystko to korzysta z zasilania elektrycznego).
Dana już pewnie czeka na Skype. Może jutro przyjedzie…