Doktór dziś z rana wziął ćwiartkę dziennej szychty. Może być, do godzny 10 zwykle głównym zajęciem doktora jest surfowanie z okresowymi przerwami na pacjentów.
Dopiero potem następuje zesłanie na front wschodni.
życie codzienne i niecodzienne pewnego lekarza
Doktór dziś z rana wziął ćwiartkę dziennej szychty. Może być, do godzny 10 zwykle głównym zajęciem doktora jest surfowanie z okresowymi przerwami na pacjentów.
Dopiero potem następuje zesłanie na front wschodni.
… upływa spokojnie. Skypujemy sobie z Daną.
Za tydzień może się urwiemy na vandr.
… bardzo szybko. Szkoda,że kilku znajomych, na których liczyłem, nie przyjechało. Na całej trasie na zlot i z powrotem nie widzieliśmy ani jednego jadącego Fiata 125p (jeden był zaparkowany). Polonezów jak na lekarstwo.
się doktór pakuje. Samochodowy, choć stopem.
Prawo jazdy, pieczątka (i penisek, co z nią kieszonkę w doktorskiej torbie dzieli), recepty. Część do auta dla kolegi, śpiwór, dwie flachy wody mineralnej, czeskie piwo. Kiełbasę na ognisko się kupi na miejscu.
Jutro urodziny taty. Leży pod kroplówką, z cewnikiem, mocz nadal krwisty. Upewniłem się, czy ma naładowany telefon. Tato, za rok będziemy twoje urodziny obchodzić w innej scenerii. Będzie dobrze.
Moich planów. No trudno.
Okazało się, że Dana nie pojedzie ze mną na zlot. Jak zwykle wyszło to w ostatniej chwili. I jeszcze kolega swym TIR-em zabierze mnie dopiero jutro, coś mu się służbowy grafik znów poprzestawiał.
Gdybym to wiedział wcześniej, wziąłbym tę dzisiejszą obstawę zawodów sportowych. Dzwoniłem nawet do znajomego, który chciał mnie zaangażować, by spytać, czy kogoś ma. Nie dodzwoniłem się. Pewnie miał, zawody rozpoczynały się za godzinę.
Tata się przyznał, że proponowali mu w szpitalu jeszcze jakiś zabieg – po tym, jak nadal się utrzymuje krawawienie, mimo drugiego przyżegania. Ale nie zrozumiał, co mu właściwie proponują… i na wszelki wypadek odmówił.
Po zlocie muszę pogadać z jego lekarzami. Może wystarzcy wyjaśnić jakieś nieporozumienie. Inna rzecz, że tylko nieliczni dzisiejsi lekarze potrafią z pacjentami rozmawiać.
Dyżurowa noc tradycyjnie była spokojna. Rano już się zbieram na autobus, dzwoni telefon. Proszą o wizytę, już tam byłem, woleliby mnie. Dali wtedy 50 złotych – przypominam sobie. Obiecuję, że ktoś z nas przyjedzie, pytam, kiedy będzie karetka. Pojadę ja, przy okazji trochę zarobię.
Akurat zdążyłem zjeść śniadanie i możemy jechać. Musimy, bo pielęgniarce się spieszy, będzie pobierać krew do badania w naszej drugiej przychodni. Z moim czasem nikt się specjalnie nie liczy.
Z pacjentem nie jest tak źle, jak się obawiałem. To rzeczywiście będzie zapalenie nerwu kulszowego, jak poprzednio rozpoznałem; przedłużam leczenie, bo jednak jest poprawa.
Z karetki wysiadam po drodze – koło dworca. Godzina od zakończenia dyżuru, tym razem nie dali mi nic. Nadjeżdża stary Autosan (lubię je, klamka od Jelcza, migacze od Fiata 132 i 125)… i widzę, że nie mam w portmonetce dość pieniędzy na bilet. Co tu robić? Lekarz może leczyć za darmo, ale czy ktoś go za darmo przewiezie autobusem? Albo za darmo (lub chociaż bez marży) sprzeda lek, który ten lekarz zapisał?
Na szczęście znajduję zaskórniaka od innego pacjenta i nie muszę żebrać.
Po obiedzie idę zobaczyć, co nie gra we Fieście. Po prostu akumulator. Jednak, choć z początku na to nie wyglądało. Pasek jest prawidłowo napięty, sprawdzi się instalację i pewnie wymiana akumulatora. Nawet na złomowisku nie dadzą go za darmo, bo niby czemu?
Do taty idę ze świeżym borówkowym kołaczem od mamy (specjalnie prosiła, żebym zaczekał). Jest po narkozie, nie może jeszcze jeść. I nadal krwawi, mimo kolejnego zabiegu. Ale jest w dobrej formie. Powalczymy.
Rano wreszcie dobrałem się do paki z komodą pięcioszufladową, którą kupiłem w Biedronce. Obejrzałem elementy, instrukcję montażu. Niezła ta komoda. Czyli warto kupić jeszcze kilka sztuk, bo szuflad w domu takiego osobnika jak ja – nigdy dość.
Biorę papiery i klucz od Fiesty, odpisuję stan licznika. I wszystko fajnie, ale rozrusznik nie reaguje. Raczej nie akumulator. Co tu robić? Wracam do domu i biorę…
a) kluczyki i papiery od Poloneza
b) próbnik instalacji elektrycznej auta
c) wózek ręczny
Właściwa odpowiedź kryje się pod literą c. Najszybciej, najprościej. Kupiłem jeszcze dwie komody.
Przed pracą wpadłem do taty. Jest po tomografii, wyniku jeszcze nie zna. Jutro mają powtórzyć przyżeganie pęcherza, bo nadal krwawi. A jak nie pomoże, zastanowią się nad wycięciem pęcherza. Tata prosi, bym coś o tym poczytał i porozmawiał z nim.
… sobie wolny weekend. Zamiast zabezpieczać imprezę sportową. Zarobiłoby się trochę grosza, ale na sobotni zlot nie mógłbym jechać TIR-em kolegi.
Nie (tylko) chodzi o cenę biletu – zwłaszcza dla dwu osób. Jak to śpiewał Bogusław Mec? No, ja nie biegnę bez wytchnienia, przynajmniej nie w robocie. Ale wiem, że na końcu jest tylko ziemia.
Nie wiem, czy Dana pojedzie ze mną. Uzależnia to od otrzymania zasiłku. Jest bez pracy. I stale mi podkreśla, jaką fajną robotę mam ja.
Nie nadaję się do pracy w kapitaliźmie.
Tak jak ja. Jesteśmy zarażeni wolnością.
Tak żeśmy sobie skypowali o tym, jak wpływa na człowieka chodzenie na vandry już od lat szkolnych.
Jutro tata ma tomografię. Coś nieskładnie opowiada o wynikach dotychczasowych badań. Trochę mnie to martwi.
Jutro też mam dyżur. A potem laba – do poniedziałku. Ludzie, weźcie mnie do jakiegoś sejmu, czy rady nadzorczej. Tam też człek jak nie chce, to się nie narobi, ale lepiej mu za to płacą.
Obudziłem się wcześnie rano. Od roku nasze dyżury są lekkie, nocne wezwania są absolutną rzadkością. Od niedawna mam swój materac i sypiam w tej samej dyżurce, co Tadeusz, zdala od zgiełku porannego ruchu w przychodni. Ekipa przewozowa, z tupotem i strzelaniem drzwi udająca się koło szóstej na dializy, w dotychczasowym miejscu niemiłosiernie mnie budziła. To była cena za brak nocnych wezwań: współpracę ze Staruszkowem zakończyliśmy zeszłej wiosny, kiedy Szef podłapał kontrakt na te dializowe przewozy. No i w efekcie przez cały dzień karetka bywa niedostępna, w razie potrzeby ściągamy rezerwowego kierowcę… jeśli ma włączony telefon i nie ma innych ważnych zajęć. Bo taboru jest dość. Trochę dziwna organizacja pracy…
Rano wydawało się, że pogoda się psuje – na niebie baranki, ochłodzenie. Ale pozbierała się, co mnie cieszy, bo w ogrodzie mam ogromny szwedzki telewizor (prawie jak Rubin 714), który miał być lampowy, a nie jest – ciekawe, co w takim razie w nim takie ciężkie? Zgoda, lampy ciężkie nie są, ale inne elementy lampowych układów, zwłaszcza trafa – swoje ważą.
Przed obiadem wybrałem się do taty do szpitala. O dziwo, mama też postanowiła tatę odwiedzić. Sprowadziliśmy go do lokalu wyborczego, bo chorzy musieli dotrzeć tam o własnych siłach. Sąsiad taty też się z nami załapał. Pielęgniarka nie mogła chorym pomóc w pójściu na wybory, bo była na oddziale jedna. Ciekawe, jaką mieli frekwencję…
Po powrocie do domu spałem, dyżur jednak prawie zawsze odsypiam.
Jutro trzeba się zająć autami. W sobotę jest zlot miłośników pojazdów FSO w okolicach Skierniewic, chyba przybiorę się TIR-em naszego milicjanta. Tak, ma milicyjnego Fiata 125p i nawet mundur. Dana może też pojedzie, choć ma do mnie daleko.
Leniwy dyżur w upale. Paru pacjentów, jedna wizyta domowa. I spacerek do Biedronki, po lody, cukier i prażynki (tak się to za moich czasów po polsku nazywało, płatki ziemniaczane do chrupania). Cukier właśnie się w socjalnym skończył, ale niedawno szefostwo przypomniało, że to tylko jego szczodrobliwość, iż nam cukier i herbatę funduje. I że nie wolno nam samowolnie brać na jego zakup gotówki z (najprawdopodobniej lewej) kasy, do której wrzucają utarg od pacjentów. Doktór więc postąpił lege artis i wpisał do księgi raportów pielęgniarskich, że cukru niet. Czemu nie do księgi raportów lekarskich? Takowej też niet.
I podzielił się swą prywatną słodyczą z personelem średnim i niższym, tudzież wyższym.
Laptop udało się trochę naszpikować aktualizacjami. Do tej pory byłem przekonany, że Tadeusz jako admin pewnego dnia sprzęt zahasłował. Bo nie dawało się wprowadzić żadnych zmian – komputer żądał hasła administratora. Ale Tadeusz szczerze się zdziwił, kiedy wczoraj o tym wspomniałem. I tak dziś żądanie hasła zbyłem klawiszem Enter… komputer się odczepił, a ja zrozumiałem, co tak naprawdę się stało.
Kiedyś wytworzyłem sobie w laptopie swój profil. Uznając służbowe starszeństwo Tadeusza, zadowliłem się pozycją użytkownika… i tym samym jego awansowałem na admina. A komputer przygotował się do zabezpieczenia tej funkcji hasłem.
To się zdarza również w medycynie (i nie tylko…): borykamy się z problemami, które sami stworzyliśmy, choć o tym nie wiemy. Albo odchodzimy spod drzwi, nie przypuszczając, że mogą być otwarte…
kręte drogi moich aut