blog

pora na naukę

… niemieckiego – rzekł doktór, dopiwszy n-tą herbatę.

Za chwilę ułoży lapa do snu, a sam uda się do dyżurki (bez obcej kobiety, bo tego sobie Szefka nie życzy) z podręcznikiem Deutsch, mein neues Hobby.

Akurat to dość stare hobby doktora, naukę języka niemieckiego podejmuje od czasów, kiedy się wydawało, że Mur Berliński stać będzie na wieki.

blog

komary zamiast myszy

No tak, po zastępstwie wziąłem mysz do chałupy, bo Tadeusz się nią najwyraźniej brzydzi, zawsze ją wywala z torby od lapa i potem muszę jej szukać po całej przychodni. A doktór ma starcze problemy ze zwrokiem, pamięcią (mniejsza o członki) to se myszę w chałupie zapomniał. Schować do szafki się nie dało, bo doktór zastępstwo miał na foncie wschodnim,  czyli w naszej drugiej przychodni, gdzie nie dość, że nie ma netu, to jeszcze chodzą pacjenci.

A to pieprzone lodowisko na paluszki nie działa jak ma. Funkcja, protezująca kółeczko myszy, nie chce działać. Albo doktór za mało qmawy.

Lap bez myszy jest jak kobita bez…

… albo przychodnia z komarami. Doktór morduje tych krwiopijców. Kapitaliści, pozor! Jak się doktór rozpędzi, może pójść za ciosem.

P.S. Lap się trochę opamiętał – wystraszył się? Albo to przeciążenie procesora prowadzi do upośledzenia funkcji touchpadu? Lubi biegać na 100%, choć mu żadnej roboty nie zadaję. Ciekawe, dla kogo pracuje w tym czasie.

blog

nieoczekiwane zastępstwo

Tadeusz poprosił, więc wziąłem połowę dziennej szychty. Rano przypadkiem odkorkowałem net w laptopie. Po drodze do naszej drugiej przychodni załatwiłem wizytę domową. Z karetki wysiadłem wcześniej, by wpaść jeszcze do Biedronki – po lody, prażynki ziemniaczane i napój energetyczny – dietetyczne śniadanko rodzinnego lekarza. W promieniach letniego słońca jadłem je na środku rynku, na ławce.

… a przed Biedronką stał taki śliczny Polonez, rocznik 1990 (+/-1). Czy ja kiedyś polubię Caro?

W przychodni roboty niedużo. Całą chyba załatwiłem ja. Za połowę stawki. Ile dostanę? 35, może 40 złotych? W porównaniu z cenami Polonezów to nawet dość sporo…

Wprost z autobusu poszłem do taty. Zabieg niby się udał, jednak krwawienie z pęcherza całkiem nie ustało. Czuje się nieźle, ale widzę, że się martwi.

Ja w sumie też.

blog

dyżur bez netu 18

Po prostu straszne. Po śmierci doktora za to chyba pochowają w jakiejś alei zasłużonych.

Ale na razie żyje (wypłatę dali, to się pożyje…).

Bez netu, to skąd notka na blogu? Ha, zdechł  laptok. To znaczy net w nim. Chgw, czemu. Czytaj: chgw, co z nim wyprawiał. Kto? No nie doktór_bloger. Z desperacji dorwał się do kompa w rejestracji, bo ten po godzinach odłogiem leży.

felietony

felieton na 2 lipca 2010

Znów na Kikuli

Co roku muszę tam pójść. Zwykle ze dwa razy. Urok tego miejsca odkryłem przypadkiem: na jednej z map zaznaczono nowy szlak. Okazało się, że jest zlikwidowany. Znaki zamalowano. Komu przeszkadzali turyści? Na pewno nie chodziły tam tłumy. Nikomu nie wadzę, żadnych zakazów nie ma. Miejscowi mnie pozdrawiają, jak każe stary zwyczaj. Mogę swą Kikulę do woli odwiedzać. Zastanawiam się tylko, czy ten sposób turystyki skazano na powolne wymarcie? Skromnych, tanich noclegów i posiłków już się nie oferuje. Na stolikach przed pewnym schroniskiem widnieje zakaz spożywania własnych wiktuałów. Namiotu prawie nigdzie nie wolno rozbić. Kursów komunikacji publicznej ubywa. Na Kikulę mogę się od biedy wybrać autem, bo wyjątkowo trasa kończy się tam, gdzie zaczyna. Marsz na prawie cały dzień. Czytelnika nurtuje pytanie: która to Kikula?

Moja. Na całej trasie nie spotkałem innego turysty.

Dla „Dziennika Zachodniego“, 30 VI 2010

blog

na Kykuli

… był dziś doktór. Nie tylko, do tego ulubionego kółeczka wchodzi parę innych szczytów, ale jakoś trzeba to nazwać. A Kykuľa, by użyć słowackiej pisowni, jest jednym z najładniejszych miejsc na tej trasie.

Wspaniale było widać Małą Fatrę. Niestety również z powodu wycięcia lasów na dużych obszarach.

blog

akcja specjalna

Musiałem dziś zaglądnąć do mieszkania taty, głównie po rachunek z Ery GSM. No i oczywiście zapłacić go we wpłatopunkcie,  bo tata w żadne internetowe konta nie wierzy. Nawet wpłatopunkt mało dla taty koszerny, zaraz mi zasunął gadkę o Grobelnym. On płaci wszystko na poczcie.

Nadal nie wiemy, co wyszło w tej tatowej cystoskopii. Krwawi, znów miał transfuzję.

Po drodze na autobus odebrałem zamówioną część do Fiesty i przy okazji kupiłem odblaski na ręce. Nie, nie dlatego, że na Słowacji są obowiązkowe (u rowerzystów).

Jutro wyskoczę w góry, w środę dyżur.

blog

diagnostyka w toku

Jutro może czegoś się dowiemy o wyniku cystoskopii u taty: podobno nie jest jasne, skąd pochodzi krwawienie.

Dziś zaglądałem pod maskę Fiesty, próbując ustalić przyczynę wadliwego działania instalacji LPG. Chyba przekaźnik wtryskiwacza benzyny… no i dobrze ci chłopie, gaźnika było się nie wyrzekać, skoro już w przedairbagowych czasach wiarę ojców do lamusa posłałeś… Zrobię sobie kabelek z krokodylkami i diodą (albo żaróweczką), za wycieraczkę się ją wsadzi. Bo jak inaczej badać napięcie pod maską w czasie jazdy?

blog

po trofeum

doktór jedzie z samego rana – aż do Mladej Boleslavii.

Trofeum nie lada – akwarium przed telewizor. Soczewka, napełniana wodą. Ustawiało się takowe przed malutkimi ekranami pierwszych telewizorów.

Ciekawe, gdzie to wymyślili: w ZSRR, w USA?