Nie miałem ochoty na pierwszą w życiu jazdę autem z przyczepą – kiedy Polonez jeszcze nie jest oswojony, a z tatą źle się dzieje. Pojechałem do niego Fiestą, choć wypadało jej dolać oleju. Przyczepkę zawiozę do tatowego garażu innym razem.
Tatę zastałem słabego, zagubionego. Rozmowa się nie kleiła. No dobrze, zjedzmy śniadanie. Nagle tata mówi, że do szpitala w moim mieście by się położył. Nie chciał nawet wstępować na onkologię po wyniki badań, które rzekomo robił.
No to się pakujemy. I jazda. Naturalnie, tata znów się wcielił w rolę instruktora nauki jazdy.
Zostawiam go na oddziale. Sam fakt znalezienia się w szpitalu dobrze na niego podziałał. Idę na chwilę do domu.
Wracam do taty z zakupami. Bomboniera na Dzień Ojca. Pałaszujemy ciasteczka, gawędzimy o sprawach ważnych i nieważnych. Tata widzi, że co chwilę zasypiam na krześle.
Przychodzi ordynator – to on ma dzisiaj dyżur. Wieczorna wizyta, trudno, pielęgniarka mnie wyprasza, choć tata jest w sali sam. Ma 6 gramów hemoglobiny – mówi do mnie na korytarzu (czyli anemia jeszcze głębsza, niż sądziłem).
Dopiero czwarta herbata stawia mnie na nogi. Jutro chcę w góry.