blog

w rękach onkologów

Dziś byłem z mamą w Gliwicach, w Centrum Onkologii. Potężna, dobrze zorganizowana placówka. Podróż autobusem – męcząca, dobrze, że nie musiałem jechać autem (choć wybrałbym dogodniejsą trasę). Wygląda na to, że nie jest źle, mama pojedzie na kolejną konsultację i wtedy zadecydują, czy trzeba podać izotop jodu.

Z Gliwic dzwoniłem do taty. Dostałem krew i czuję, że wstępuje we mnie nowe życie – pochwalił się zaraz rano. Wieczorem wstąpiłem do niego do szpitala. Jest po cystoskopii, której się tak bał. Wyniki poznamy w poniedziałek.

blog

góry w deszczu

też są ładne. Trochę skróciłem trasę, bo pociąg był spóźniony, potem dodatkowo straciłem prawie godzinę z powodu deszczu.

Gwoździem programu była i tak moja ulubiona polana z pysznym widokiem na góry: Małą Fatrę, Sulowskie Skały i jeszcze inne – tylko część udało mi się zidentyfikować. Dzięki zachmurzeniu odległe pasma górskie paradoksalnie były wyraźniej widoczne, bo normalnie spoglądam na nie pod światło, przynajmniej na zachodnią część panoramy.

Jutro rano jadę z mamą do Gliwic, na onkologię.

blog

dzień z tatą

Nie miałem ochoty na pierwszą w życiu jazdę autem z przyczepą – kiedy Polonez jeszcze nie jest oswojony, a z tatą źle się dzieje. Pojechałem do niego Fiestą, choć wypadało jej dolać oleju. Przyczepkę zawiozę do tatowego garażu innym razem.

Tatę zastałem słabego, zagubionego. Rozmowa się nie kleiła. No dobrze, zjedzmy śniadanie. Nagle tata mówi, że do szpitala w moim mieście by się położył. Nie chciał nawet wstępować na onkologię po wyniki badań, które rzekomo robił.

No to się pakujemy. I jazda. Naturalnie, tata znów się wcielił w rolę instruktora nauki jazdy.

Zostawiam go na oddziale. Sam fakt znalezienia się  w szpitalu dobrze na niego podziałał. Idę na chwilę do domu.

Wracam do taty z zakupami. Bomboniera na Dzień Ojca. Pałaszujemy ciasteczka, gawędzimy o sprawach ważnych i nieważnych. Tata widzi, że co chwilę zasypiam na krześle.

Przychodzi ordynator – to on ma dzisiaj dyżur. Wieczorna wizyta, trudno, pielęgniarka mnie wyprasza, choć tata jest w sali sam. Ma 6 gramów hemoglobiny – mówi do mnie na korytarzu (czyli anemia jeszcze głębsza, niż sądziłem).

Dopiero czwarta herbata stawia mnie na nogi. Jutro chcę w góry.

felietony

felieton na 25 czerwca 2010

 

Odległe brzegi

Za nami kolejny rocznik Święta Trzech Braci. Jak co roku, miałem wrażenie, że przypadkiem w tym samym czasie odbywają się dwa święta w dwu miastach. Osobne plakaty, w mediach (z Internetem na czele) obecne tylko imprezy z własnego brzegu Olzy. Świętujemy każdy sobie, w swoim gronie. Kto chce, może iść na drugą stronę. Ale raczej nie chce.

Nie twierdzę, że ma to być festiwal polsko-czeskiego braterstwa. Dni miasta, które przez kaprys historii znalazło się w dwu państwach. Taki jego urok, dla kogoś może wątpliwy. Czeska kultura specjalnie nas nie nęci, a raczej jej nie znamy. I vice versa. Dlaczego taką karierę zrobił w Polsce Jožin? Komuś wpadł w ucho. Przypadkiem. Przed laty bywały w Ustroniu festiwale piosenki czeskiej i słowackiej. Wówczas granice były zamknięte, dziś stoją otworem. Dajmy sobie większą szansę na poznanie swych kultur. Trudno polubić coś, czego nie znamy.

Dla „Dziennika Zachodniego“, 23 VI 2010

blog

jutro do taty

Niestety, nie tylko na Dzień Ojca. Zmartwiłem się, tata jest słaby i bezradny. Chciał wreszcie iść do szpitala do kontroli onkologicznej (odkładał to jak tylko mógł: bo emerytura, bo wybory…), ale brak mu sił.

Jadę – ale czym? Miałem Polonezem, przy okazji odebrać przyczepkę i zostawić u taty. Ale boję się, że domniemana usterka zapłonu może się pogłębić i zostanę stać.

blog

to ma być lato?

Niemal cały dzień była mżawka.

Od jutra dni już się skracają. Zawsze o przesileniu uderza mnie ta myśl: już ubywa dnia, a ja jeszcze nie na trasie.

Jutro odbieram szkiełka z tarczycą mamy. I dzwonię do Gliwic, czy mama tam od razu zostaje. Na weekend już mam swoje plany, również w wersji, że mama będzie pod opieką onkologów.

Jutro jadę Fiestą po telewizor do kolekcji. Polonez wymaga naprawy, przy jego obecnym stanie bałbym się, że nie wrócę do domu. Chyba coś z zapłonem, a z tym sobie poradzę.

Dana prosiła, bym Poloneza parkował obok Fiesty. Może od jutra, nie miałem kluczyków od Fiesty, a to ona zajmuje lepsze miejsce na tym parkingu. Lepsze z punktu widzenia mieszkańców pobliskich bloków.

blog

doktór wybiera

Wybrał – swój sposób leczenia, jednak wziął antybiotyk, choć laryngolog go nie zaordynował. Czemu nie od razu? Czekało się na wizytę u specjalisty… i na oddanie plwociny do badania. Laryngolog spytał doktora, czy ten się osłuchał. Ha! Serce to się da, pola płucne (czyli plecy) – ciężko. Ale wiele wskazuje na to, że doktór ma zapalenie oskrzeli – a to już jest poza obszarem specjalności laryngologa.

Jutro wybór ważniejszy – co przez najbliższych kilka będzie parkować na doktorowym podwórku. Polonez Caro z przebiegiem 41 tysięcy km? Cena poniżej doktorowej płacy. Tylko czy toto świeci? I czy ma tak miłe wnętrze jak 125p? Się doktór przejedzie. A jak kupi – to gaz założy. Ludzie mądre mówiły, że zagazowane auta to zwykle już są trupy. Nie od gazu, od jeżdżenia (jak wiadomo, auta psują się głównie od dwu rzeczy: od jeżdżenia i od niejeżdżenia…).

A, prezydnta też się będzie wybierać. Doktór Mikkego, bo inteligentny i nieszkodliwy, i tak nie wygra. Rodziciele doktorowi – Kaczyńskiego. Niech mu będzie.

blog

doktór zdrów jest

(mniej więcej) – przynajmniej według naszego laryngologa.

Się pogadało przy okazji. O ile ropa w gardle specjalnie go nie zdziwiła, to wysokością doktorowej płacy był zaskoczony. Gdzie tak mało płacą? Bo on do nas na godzinkę przychodzi, kontrakt ma…

No właśnie, gdzie… Ale za to cały przyszły tydzień ma doktór wolny. To tak, jak z kapitalizmem i demokracją: może i na swój sposób fajne, ale nikt doktora nie pytał, czy tego chce… Zresztą nawet chciał, póki tych specjałów porządnie nie skosztował.