Po czterech tygodniach wróciła ze szpitala, bez tarczycy, słaba, ale w dobrym nastroju. Nie udało mi się dokończyć porządków, choć wczoraj ostro pracowałem aż do porannego śpiewu ptaków.
Mama zamówiła bukiet 13 herbacianych róż dla ordynatora, króry ją operował. Potem jedna z jej najbliższych przyjaciółek z hospicjum odwiozła nas do domu.
Zamiast obiadu zjadłem resztki szpitalnych zasobów mamy, które regularnie znosiłem do spiżarni i lodówki. Jutro już mama ugotuje obiad, więc trzeba usunąć pudło z miernikami, które utknęło w kuchni przy kredensie. Po kolei wyjmowałem je, fotografowałem, by później spakować i wynieść na strych. Ale ostatni z mierników miał oderwane szkiełko, które luźno latało, grożąc uszkodzeniem wskazówki. Rozbieram miernik, kombinuję, jak wyjąć ustrój… a to heca, zamocowany jest tylko na trzpieniech, doprowadzających prąd*). Made in USA, takiego prymitywu Związek Radziecki by nie wypuścił (zdaje się, cichcem kopiował mierniki angielskie…). Rozbieram ustrój… niestety, wyłamane są gniazda śrubek, trzymających szkło. A Cyjanopan w warsztacie usechł z tęsknoty za mną. Co tu robić?? Miernik rozkręcony w kuchni na stole, sklepy zamknięte (ha, można było uderzyć na stację benzynową) – wziąłem zwykły klej do tworzyw sztucznych.
Chwyciło.
*) Zwracam honor Amerykanom: ustrój był najprawdopodobniej zamocowany dodatkowo do płyty czołowej, ale jakiś majsterklepka to zdemontował; ogólnej oceny konstrukcji i wykonania miernka to jednak nie zmienia.