Tata dotarł dziś do ordynatora onkologii, a ten namówił go do tego wszystkiego, do czego ja przekonać nie mogłem, począwszy od cystoskopii, czyli wziernikowania pęcherza. Jutro ma coś w tej sprawie ruszyć. Uff, tata od roku szerokim łukiem omijał onkologów, dla przyzwoitości chodząc po innych doktorach. Jestem dobrej myśli, bo widać, że chce się leczyć.
Dana wreszcie przyznała się, że by chciała Forda Fiestę. Tylko co zrobić z wrakiem Škody 105? Nie ma badań i wygląda fatalnie, więc jechać z nią do mnie jest zbyt ryzykowne. Trudno, pójdzie na złom. Rocznik 79, nasze najstarsze auto… Czyli: trzeba będzie dla równowagi kupić coś naprawdę starego, ale w lepszym stanie. Nie jestem wybredny: Škodę Octavię. Dana wolałaby VW garbusa…
Wczoraj wreszcie się zdobyłem na oględziny radia, które nie wiedziec czemu tkwiło w sieni dobre dwa lata. Odwracałem od niego wzrok, bo przykry to widok: świetnie utrzymany egzemplarz z połowy lat 30., ani śladu rdzy, doszczętnie rozdeptany przy kontenerze. Smętne resztki przywiozłem na rowerze i udawałem, że ich nie widzę. Tak, jak tata nie chciał pamiętać o swoim raku. No i nie bardzo było gdzie dać egzemplarz, który dosłownie nie trzymał się kupy.
Dziś nieszczęsny Telefunken poszedł na strych: sfotografowany, opisany, w tekturowym pudełku. Jutro tata idzie w obroty onkologów. Oby.