blog

oswajanie nowych wokien

Tak to Czesi nazwali. Wokna, czyli Windows. Městapo, czyli Městská policie (odpowiednik straży miejskiej). VoCoGo, czyli o-co-chodzi. I najlepsze: ovčan. Od občan (obywatel) i ovce (owca).

Doktór w końcu przypomniał sobie hasło (idiotyczne, czyli świetne!) i zsynchronizował Operę.

blog

dostał doktór koklusz i komputer

Koklusz? Taką sobie diagnozę doktór na Słowacji postawił i zaordynował wszystkim antybiotyk. A szefowa na telefon dała tydzień wolnego.

Doktór po tygodniu wraca do roboty. Stosy recept do wypisania (normalka), uschnięty kwiatek w kącie, na biurku nowy komputer. Stacjonarny. Doktór włączył, Windows 10, legalny antywirus. Dziwne to wszystko. Nie wiadomo, jak zmienić hasło (ale w sumie – po co?), nie da się zainstalować Office 97. Operę doktór zaraz ściągnął, choć to już właściwie nie Opera. Hasła tylko nie pamiętał, by sobie z netu swoje zakładki zsynchronizować.

Hasło do Opery, żelki –  tak wyglądał spis sprawunków. Żelki – naturalnie dla Ewuni. I jeszcze miał być kawałek rury z Le Ruły, bo u cienkiego uleciał cały wyfuk. Te spojrzenia jeźdźców na ostrych motorach, kiedy doktór dawał gazu! No ale policaje też mają uszy, a cienki nie ma badań. Lepiej niech tak nie wrzeszczy.

Doktór pisał recepty aż do zamknięcia przychodni. Dobrze, że nie było zgonów, sanatoriów, ani wizyt.

Windows 10 jest jak seks z kobietą starszą od doktora. Niby nie pociąga, ale ciekawi coraz bardziej. No to se doktór ściąga pirata, jak Pan Bóg przykazał.

Duszno. Krzyże akurat nie bolą… gdzie jest ten cholerny tomogram? I kartę do czeskiego banku Dana zapodziała, a doktór spalił do niego hasło . Co roku każą zmieniać, to w końcu nie wiadomo, które jest aktualne: w każdym razie żadne z tych, które doktór pamiętał (a do 5 razy sztuka).

Dana skończyła kurs fryzjerski. Oprogramowanie w sumie, jak Windows 10 (akurat nie było za darmo…). Nie znaczy jeszcze, że musi się z niego korzystać.

Urlop czas zaplanować.

blog

Wielkanoc z tarczą

Jednak nie na tarczy! W świąteczny poniedziałek, po długich i ciężkich cierpieniach koszmarnie zdarta tarcza hamulcowa naszej Astry spadła na ziemię. Nie sposób pominąć roli Ewuni w całym tym dziele: świeciła latarką, podawała narzędzia.

Problem zaczął się przed świętami. Przez kilka dni unikałem jeżdżenia autem, choć raz musiałem, o tym przy okazji. Uparłem się, by samemu dokonać naprawy, potem plułem sobie w brodę.

Auto już po jeździe próbnej, rano jadę nim do pracy. Ilu znów będzie czekać stęsknionych pacjentów?

Kawał notki znowu zjadł Blox. Smacznego, gadzie jeden!

blog

(na)palmowa niedziela, senny poniedziałek

Wczoraj: pierwsze ognisko, w ogrodzie matkowizny.  Spaliliśmy w nim stare krzesło ogrodowe, które kiedyś się pod Daną rozleciało. Sąsiedzi nie mają skłonności donosicielskich – ważne, bo ostatnio  městapo szaleje. A dym był potężny, niemal jak przy ataku napalmowym. Wieczorem Ewunia bawiła się w chowanego, a tata w sadystę,  zakopując do ziemi zwiędłą sadzonkę czereśni.

Poniedziałek po zmianie czasu. Brrr! Nawet się jakoś wstało i dziecię do przedszkola odstawiło, ale koło południa opadła doktora taka senność, że zasypiał na siedząco podczas pisania recepty, kończąc ją jakimiś bazgrołami. Albo „zawieszał się” w trakcie przyjmowania pacjenta. Chyba też spadło ciśnienie atmosferyczne. Idealny dzień na pewną kultową polską komedię 😀

Nie, w takim stanie jechać przez miasto autem o niepewnych hamulcach nie można. A więc autobusem! Strasznie rozchwierutany ten Merc. Ale bez ogona, więc leciał jak burza.

Prawie po robocie. Trochę recept napisać i biegiem na autobus.

blog

raz przed czasem

Doktór tym się wyróżnia spośród szarego tłumu  lekarzów,  że zawsze się spóźnia. Zawsze jest jakiś przecież powód, a nawet jak nie ma żadnego.

Dzisiaj zapragnął pójść na prelekcję. Nie medyczną, czyli bez żarcia na koszt firm farmaceutycznych.

Capjentów jak na złość znów za dużo. I jeszcze ta wizyta!

Nie wyrobię się. Wizytę trzeba przełożyć na późniejszą godzinę, bo prelekcja ciekawa, a wizytę trudno robić w biegu.

Wpadam do domu kultury. Gdzie ten odczyt? Na dole, tak, jak pisało na internecie. Ale coś tu nie gra: dopiero za pół godziny i temat jakiś inny.

Ha, doktorku! Nie doczytałeś. 16, ale kwietnia. Przyszedłeś miesiąc przed terminem.

Obiecuję, że coś takiego się już nie powtórzy.

Dana już przed godziną wzywała mnie do małżeńskiego legowiska, a ja sobie wesoło bloguję. Tym weselej, że dysk w lapku tylko miał duszę mdłą. Krzepkie jego ciało (z jedynym realokowanym sektorem) ożywił Hiren’s Boot, zapodany z buta, tfu, z płyty DVD. Doktór według hiszpańskiej instrukcji wgrał tego buta na  peniska  i teraz już może takie cuda robić przez port USB zdechłego kompa(na).

Paso 2
Ejecutar usb_format.exe que esta dentro de la carpeta „USBFormat”

Oto urywek. Doktór po hiszpańsku nie umie, ale w końcu to nie węgierski. Pierwsze słowo kojarzy się z ejakulacją, egzekucją, egzekutywą… aha, wykonać. Carpeta to widać nie skarpeta, ale w tym przypadku folder.

Dano, kochanie, już idę. Możemy po hiszpańsku?

blog

te wredne dyski

Większość poprzedniej notki połknął blox.

SzATAński dysk z filmami, podłączony do swego interfejsu (a nie przez USB) ustatkował się. Ale inny, klasyczny ATA, zapełniony muzą, faktycznie padł. Na szczęście udało się ściągnąć dane. Doktór wyjątkowo kupił sobie kiedyś licencję na polski program Strong Recovery i chyba było warto. Wszystko udało się przenieść na dysk USB i to z zachowaniem struktury folderów. Około 150 GB muzy! Nigdy zbytnio nie ufałem dyskom przenośnym, ale to na tych klasycznych zawiodłem się wiele razy. Ten z muzą był prawie nowy, ale od początku zachowywał się dziwnie. Testy przeszedł gładko (uwaga, ten sam błąd robią lekarze – widząc dobre wyniki, lekceważą rzeczywisty stan pacjenta), więc został użyty jako magazyn danych. I naraz klops. Teraz dopiero HD Tune odkrywa brutalną prawdę o jego kondycji. Nigdy więcej nie kupię dysku od nieznanych, prywatnych osób. Jest dość prawdopodobne, że opychają na Allegro te sztuki, z którymi są jakieś kłopoty. Firmy, oferujące setki dysków z rozebranych firmowych pecetów, sprzedają je jak leci. Jeśli nie mają zbyt wielu przepracowanych godzin, są pewniejsze w działaniu od nowych z fabryki.

Dysk padł chyba też w służbowym lapku. Właśnie ściągnąłem program do diagnostyki przez USB takiego niestartującego komputera. Lapek nie ma napędu optycznego, a praktycznie cały zasób programów serwisowych mam na płytach. Trzeba go naprawić, bo pomaga szybko ustalić wszystkie dane o leku, a przede wszystkim pożytecznie spędzić czas wolny od pacjentów. Dziś po raz pierwszy od tygodni doktór miał chwilę luzu!

„Chyba mi padł dysk” – powiedziałem dziś w robocie, a rozmówczyni z firmy farmaceutycznej myślała, że chodzi o ten w kręgosłupie. I, niestety, może też mieć rację. Pan Bóg nie zrobił człowieka, by siedział cały boży dzionek za biurkiem. I właśnie – po mroźnym weekendzie doktór zamierza popracować w ogródku. To na te cholerne plecy pomaga.

Auto trzeba naprawić. Zgrzyta przy hamowaniu, do tego klapa bagażnika pada człowiekowi na grzbiet. Potrzebne części doktór dziś wyjął z paczkomatu, ale na deszczu nie chciało się majstrować.

blog

umarł dysk, niech żyje dysk

Z pracy, do pracy. Stale na siedząco, aż boli kręgosłup. I do tego zimowa chandra. Nic się nie chce.

Na dodatek problem z komputerem. Nie można odczytać filmów z dysku zewnętrznego. I po co, doktorku, stałeś się SATA-nistą? Było po bożemu dyski ATA do szufladki wkładać.

Raz kozie śmierć. Wyciągam z magazynu szpargałów szufladkę na dyski SATA, komputer spod biurka. Podłączam.

(reszta jest milczeniem, powiedział Blox)

blog

… a miał być Sajgon

Na dzisiejszy dzień szykowaliśmy się w przychodni jak kiedyś banki na 1 stycznia 2000… Wtedy miały oszaleć komputery (i nie oszalały), dziś spodziewaliśmy się inwazji pacjentów. My nieliczni, co pozostaliśmy na placu boju: dwoje lekarzy spośród czworga. I co? Luźniej, niż w poprzednich dniach. Nawet se doktór zabloguje.

Popołudniowa zmiana. Okazja do załatwiania wszystkiego (czytaj: spóźnienia do pracy).

Plany były imponujące:

– sekszop: spóźnione Walentynki 😉

–  buty jakieś kupić, bo te nowe z Oszołomu są do du… pardon, do kontenera

– rentgen – te cholerne krzyże, dlatego od rana na czczo

– paczka, obebrać w paczkomacie (kurczę, gdzie ten kod?)

Seks(szop) zaliczony. W lumpeksie butów dla ludzi nie mają. Tylko dla kobiet i dzieci;-) Chłopy widać chodzą do oporu – no, chyba, że j/w. Rentgen – miłe zapoznanie się z obsługą: a, to ten doktór z zieloną pieczątką. Pięć prawie lat znali tylko ją, teraz nareszcie we własnej osobie. Ale nawet ona nie pomogła: było do godziny 11, a doktór to chciał załatwić po drodze do przychodni.

Paczka? Dopiero po robocie. Akurat w sąsiednim bloku mam wizytę domową.

blog

DILO, dílo, dildo

Dziś doktór zaliczył swoje pierwsze DILO – wystawił kartę onkologiczną pacjentowi z podejrzeniem nowotworu. Miał gość nosa – poprosił o „wszystkie badania”; okazało się, że ma ogromnego PSA (antygen prostaty, może sygnalizować raka).

DILO się powiodło. Pierwsze z inicjatywy doktora (dotąd capjenci chodzili po owo DILO, bo je specjalista posłał). No tak, wszystko u rodzinnego. Dobrze, że mięso jest bez kartek, bo po nie też by do nas chodzili.

Opravdu velké doktorovo dílo (dzieło).

Po robocie doktór wybrał się do sekszopu. Walę tynki! Niestety, już zamknięte. Za długo doktór siedział po godzinach. A wypadało kupić kobicie jakieś dildo

blog

godzinka luzu

Długo na nią czekałem. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów godzinę przed końcem szychty w przychodni mam na stole pusto. W poczekalni – też.

Doniosłą chwilę uczciłem kilkoma kostkami nadziewanej czekolady.

Paznokcie sobie obetnę. List urzędowy przeczytam, co go tygodnie noszę w torbie nie otwierając, by sobie humoru w domu nie psuć.

Na szkoleniu doktór był. Elektroniczne zwolnienia wystawiać będzie. To teraz bitcoinami za te lewe będą płacić? No bo jakoś żyć trzeba, doktór wczoraj kupował bieliznę w lumpeksie po 99 groszy sztuka. Dana pierze wszystko w nowej pralce i w tym miejscu ślad wielu skarpet, piżam i gaci się urywa.

Doktór kaszle jak pies. Znów zapomniał wziąć z domu syrop.

Weekend zapowiada się dość ciepły, ale tutaj, na Podbeskidziu. Na środkowej Słowacji, dokąd by chciała pojechać Dana, ma być koło zera. A mamy nowe auto, wypasiony egzemplarz: nawet ma ważne badania techniczne!

Trzeba ostatnie z zamówionych i napisanych recept odnieść do recepcji, aby przypadkiem  pasożyty  nie przerwały doktorowi błogostanu. Nieprędko się powtórzy!