blog

ostatni dyżur

przed urlopem. Jakoś nie dociera do mnie, że się rozpoczyna…

Bo i dotychczasowy tryb pracy jest dość luźny. Nie to, co było przed poprzednim urlopem. I to wszystko na karku, co nie pozwala mi się odprężyć.

Pacjent, którego badałem w domu, ma guza w płucu i głęboką anemię. Jutro jedzie do szpitala. Moja rola się skończyła. Wdzięczna rodzina jest zbyt zaaferowana jego chorobą, by zauważyć mój problem z Maluchem. Przyznam, że po cichu liczyłem właśnie na nich.

Dzwonił pewien znajomy. Wyszukał dla mnie ponoć niezły egzemplarz 125p kombi. No, zastanowię się, bo na byle co mojego Kombi nie zamienię. Ale… wspomniałem o nieszczęsnym Maluchu. Podjął się odholowania. Na wszelki wypadek spytałem i naszego kierowcę, czy by mi pomógł. Nie za bardzo mu to pasuje, ale w najgorszym razie nie zostawi mnie na lodzie.

Czy na złomowisku mają manometr, by sprawdzić kompresję silnika, który będę kupował? Ale najpierw trzeba Malca ściągnąć do domu…

blog

szukając zapomnienia

wybrał się doktór dziś w góry. Nie takie wysokie i dzikie, jak by chciał i potrzebował, ale z rodzicielką. Też potrzebowała wycieczki, a było dziś pięknie. Sił ma już trochę mniej, niż ja. Wieczorem ledwo się gramoliła z autobusu. Odwiedziliśmy tzw. Trójstyk koło Jaworzynki.

Jutro mechanik dokona oględzin mojego nieszczęsnego Malucha. Wolałbym, żeby mnie ktoś odholował na linie, to tylko 100 km. Jako początkujący szofer holowałem kolegę dobrych 200 km. Naprawa w domu będzie tańsza – po prostu wymieni się cały silnik.

Nie wiem tylko, na ile mogę liczyć na pomoc innych. Tych samych, którzy walą do mnie jak w dym w każdej sprawie.

Jutro ostatni raz do roboty przed urlopem. Chcę na kwitnącą w maju Vysočinę.

blog

głowice na głowie

Wróciłem bez Malucha. Niestety, miałem rację, niepokojąc się nagłym i w sumie niewyjaśnionym zniknięciem objawów usterki.

Chyba nawaliła uszczelka pod głowicą. W Vizovicach. Tak, tam, gdzie w piosence grasuje sławny Jožin z bažin…

Po powrocie pociągiem widzę, że mama w kuchni walczy z kranem. Idę do warsztatu po narzędzia, zmieniam głowice. Jedna działa, druga – nie. Wadliwa głowica, czy inna przyczyna? Bo w zasadzie do tej baterii pasują na słowo honoru – wysuw grzybka z uszczelką jest poza granicą konstrukcyjną, gwinty też prawie się zgadzają.

Doktorku, niezłym jesteś diagnostą. Samochodowym i wodociągowym. Gorzej z terapią…

blog

Maluchem na giełdę

… wyrusza doktór za chwilę. Autko do pełna zatankowane, koło naprawione. Nawet zapłon chodzi jak zegarek… no niby fajnie, ale dlaczego robił takie cyrki? Jak w medycynie, jeśli nie odkryliśmy przyczyny, a objaw w sumie sam ustąpił, to trudno odtrąbić zwycięstwo. Bo może powrócić.

W serwisie ogumienia Maluch prawie wzbudził sensację… no trochę za mocno powiedziane. Ale – zaciekawienie. Że jeszcze coś takiego jeździ.

Smutne. Znów coś z Zachodu przyszło do nas: brak starych aut na drogach. Kiedy przyjdzie coś dobrego?

blog

nacieki

Obawiam się, że mój dzisiejszy pacjent ma raka. Jutro pójdzie do rentgena. A potem pewnie do szpitala.

Obręcz do Malucha ma nacieki rdzy: szerzyła się pod lakierem. No to doktór skrobie. Tylko czy potem farba zdąży wyschnąć? Bo jutro wieczorem wyjazd. Dętkę dam zmienić do serwisu. Trudno, z jedną łyżką do opon nie będę się tego chwytać sam. Bez papierów od biedy można jechać, ale bez koła zapasowego?

Doktór znowu ma warsztat. Nacieki grzyba cofnęły się. Doktór zrezygnował z poddania ściany chemioterapii. Nima czasu, na razie jest sucho. Urlop się zbliża. Waganta trzeba robić. Staruszek jeszcze nie odejdzie na emeryturę, bo doktór od lat nie ma czasu, aby poskładać jego następcę.

Czasu? Tak… Ale też żal się z Wagantem rozstawać…

blog

lekarz osobisty

Taką rolę wziąłem na siebie – na jutro. Pewien starszy pan od tygodnia choruje, nie chciał słyszeć o lekarzu, w końcu zgodził się… ale tylko na mnie.

Mógłbym być dumny, ale raczej jestem wściekły. Nie umiem ludziom mówić nie. Chciałem iść w góry.

Trzeba wreszcie popracowat w warsztacie. Po inwazji grzyba jest tam kompletny rozgardiasz. Maluch czeka, rower, rury… Chłop bez warsztatu – żaden chłop.

felietony

felieton na 23 kwietnia 2010

Demokratyczna salonka

W niedzielę jechałem do Pardubic pociągiem Eurocity „Kysuca” relacji Żylina – Praga. Dawno bym zapomniał, jaką miał nazwę, ale tego dnia zasłużył na wzmiankę w mediach: w odwrotnym kierunku jechał nim prezydent Václav Klaus. Głowy państw rzadko jeżdżą pociągami; okazała salonka, odziedziczona po Franciszku Józefie, po raz ostatni służyła władzom w roku 1969. Dziś, pięknie odrestaurowana, jest eksponatem muzealnym. Nastały inne czasy, kolej nie ma już tej roli, jaką miała przed stu laty.

Delegacja czeskich władz, udająca się na uroczystości żałobne do Krakowa, stanęła wobec dylematu: jak się tam dostać, skoro nie ma warunków do bezpiecznego lotu. Ja miałem inny problem – czy spory ładunek, który miałem przywieźć z Czech, wejdzie do „malucha”. Pomyśleliśmy chyba to samo: przecież jest jeszcze pociąg… Tego dnia przewiózł bardzo różnych pasażerów. Pociągi są dla ludzi.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 20/21 IV 2010

blog

nietypowy vandr

… przede mną. W jego połowie wpadnę na spotkanie kolekcjonerskie. Dlatego jadę autem. Maluchem.

I to jest nietypowe, bo zawsze jeździłem Kombi. Spałem w nim. Trudno, jeszcze nie jest naprawione po sierpniowym wypadku z sarną. Ale… i tak co rok mniej kupowałem na tej giełdzie. Maluch powinien wystarczyć.

Szykując go do drogi, wyładowałem wszystkie graty, zalegające na tylnym siedzeniu. Magnetofon jest tak nietypowy, że nie ma go w wielkim wirtualnym muzeum. Powinienem zaraz zrobić mu opis, ustalić przynajmniej kraj pochodzenia.

Nie teraz. Maluch ma przebitą dętkę. Trzeba pomalować obręcz, zanim pojadę do serwisu. Poprzednio pożyczyłem narzędzia od pana Mirka, naszego kierowcy, i sam zdjąłem oponę. Jeszcze przed rokiem jeździliśmy razem. Dziś ma przerzuty do kręgosłupa i jest na wózku. Głupio mi iść do niego po narzędzia, podobno nie chce, by go oglądano w takim stanie.

Też bym na jego miejscu nie chciał.