Rano mamie pypeć pod okiem ucięli. Z wszelkimi szykanami (ja bym go żyletką…): oględziny, termin, znieczulenie, szew, termin do odwsze… pardon, odszwienia.
Potem w drodze powrotnej od chirurga operacja specjalna: najazd na Kaufland i szturm do autobusu z motyką, grabiami i sekatorem. Bo wiosna szaleje, ogródek domaga się pieszczot.
Teraz na odmianę doktór wyciągnął z komputerowego szabaśnika zachomikowanego instalatora Opery 10.00, zainstalował ją i profilaktycznie wykastrował, coby jej chuć do aktualizacji na wieki wieków amen(t) odebrać. No bo się te Opery nowsze same aktualizują, nie pytając doktora o błogosławieństwo*). W efekcie nie dość, że makijaż dziwny mają, to niektóre funkcye działać nie chcą. Logowanie na Allegro trwa w nieskończoność, a przycisk powrotu do głównej strony danego serwera pojechał sobie na wczasy**).
S Operou 10.00 na věčné časy a nikdy jinak!
P.S. w oryginale było se Sovětským svazem…
*) jednak nie, choć chyba się tak właśnie chwalili; w nastawieniach wersji 10.51 nadal można wybrać, czy chce się aktualizacji automatycznych; może teraz jest to wybór domyślny.
**) powrót z wczasów nie był trudny: dodatkowe przyciski nawigacyjne można przeciągnąć myszą z odpowiedniej zakładki; po co jednak instalator nowej wersji rządzi się w mojej Operze jak radziecki kosmonauta w Ikei?