blog

świąteczne rozterki

Wczoraj przyjechaliśmy z Daną do domu, tzn. tam, gdzie mieszkam z mamą.

Dziś przyjechał tata.

Tata już wrócił do siebie, Dana powinna teraz dojeżdżać pociągiem do stacji, przy której zostawiła auto przed naszym vandrem.

Wszyscy rozeszli się w swoje strony… i wreszcie jest spokój. Smutno mi, bo choć nie oczekiwałem cudu, liczyłem na milsze przyjęcie Dany, zwłaszcza przez moją mamę. Dobrze, że tata trochę załagodził atmosferę.

Na temat vandru coś by pasowało napisać, trasa była interesująca. No i nikomu nie wchodziliśmy w paradę…

 

felietony

felieton wielkanocny 2010

Prawdziwa pisanka

Tuż przed świętami wpadł do mnie znajomy z Warszawy. Pogoda wiosenna, idziemy na spacer. Pokazuję mu dawne austriackie koszary, pomnik Mieszka I (naturalnie, wymieniam poprzednich patronów – Franciszka Józefa i PPR), przenicowaną Wenecję i zieloną Studnię Trzech Braci. Na wzgórzu zamkowym nieźle wieje, więc krótko tylko podziwiamy panoramę Beskidów. Przerzedzony park przywołuje skojarzenia z osiedlowym skwerem. Warszawiakowi bardzo się jednak podoba nutka austriackości, jaką odnajduje w tej części Polski.

Przez Głęboką i rynek dochodzimy do muzeum, gdzie właśnie trwa kiermasz wielkanocny. Wpadają nam w oko ładne pisanki. Tradycyjny wzór, ręczna praca, jedynie wkomponowany adres internetowy miasta przypomina o wieku XXI. Wybieramy kolor, płacimy – i okazuje się, że kupiliśmy prawdziwe jajko. Trochę szkoda je będzie rozbić, ale cóż: podzielimy się nim z bliskimi, jak każe stary zwyczaj.

Dla „Dziennika Zachodniego“, 30 III 2010

blog

przed wędrówką

Choć zrezygnowaliśmy z rozpoczęcia wędrówki już dziś, i tak czasu jest mało. W porządkach osiągnąłem stan względnej przyzwoitości w mieszkaniu. Niestety, to one są tak czasochłonne. Po świętach będę prace kontynuować.

Trochę mnie zaskoczyło, że Dana przyjedzie późno i jeszcze chce zwiedzić Brno, przez co w góry dotrzemy już tylko na nocleg. Ale co tam, najważniejsze jest, by być razem… chociaż na trasie i przy wieczornym ognisku bardziej sobie tego bycia ze sobą użyjemy, niż w mieście.

Smuci mnie, że oboje moi rodzice są do Dany nastawieni negatywnie.

Wracam do pakowania…

blog

idziemy na wędrówkę

… czyli vandr – z Daną, wyruszamy we wtorek w pasmo górskie o nazwie Chřiby. Niewysokie pagórki na południu Moraw. Dana jest niepocieszona, że dopiero we wtorek, ale wcześniej się nie wyrobię: dokończyć porządki, napisać felieton, odebrać paczki, spakować się. Bo na sobotę chcę być w domu, żeby mama nie czuła się opuszczona, kiedy pójdzie na święcone…

… raz w roku przy tej okazji chodzę do kościoła (nie licząc pogrzebów). A gdyby tak przyjechać z Daną i posadzić ją koło mamy, kiedy zabrzmi przekażcie sobie znak pokoju?

blog

porządków ciąg dalszy

W sumie nudne, ale potrzebne.

Zamiast deszczu była dość dobra pogoda, więc ognisko nadal się tliło. Popiół rozrzuci się łopatą po ogrodzie. Na drugi raz świeże gałęzie pójdą na kupę, by wyschły. A potem będzie można rozpalić normalne ognisko, nie taką wędzarnię.

Porządkowałem zapiski finansowe – ile mi kto jest winien. Założyłem nawet odpowiedni skoroszyt, ale utonął pod stertą innych papierów. Plik Excela? Z jednym znajomym się tak rozliczam. Ale przy papierowej dokumentacji mniej się boję o nagłą utratę danych.

Mama już śpi, listonosze i inkasenci w nocy nie chodzą. Czyli można rozgrzebać graty w sieni.

Wreszcie dostać się do sprzętu turystycznego i map. Bo oboje z Daną już nie możemy się doczekać pierwszego wiosennego vandru.

blog

doktór uwędzony

(prawie) – dymem z wieczornego ogrodowego ogniska, które raczej się tliło, bo doktór usiłował spalić świeżo obcięte gałęzie, mokre liście i inne rzeczy, zawadzające na placu manewrowym dla doktorowych aut.

A przedtem cały dzień spędził w towarzystwie kolegi z Warszawy: pokazał mu miasto i kawałek Beskidów. Kolega ma Volvo z roku 1991, z półmilionowym przebiegiem, jeżdżące na roślinym paliwie. Tym autem przywiózł też doktorowi radio, zdobyte przez Internet w Warszawie. Imponujący radziecki mebel, trochę poszkodowany (ktoś go pucował denaturatem – na politurę…), chwilowe schronienie znalazł w Maluchu.

blog

wiosenne ożywienie

Wczoraj pierwszy raz w tym roku wsiadłem na rower. Zawsze jeździłem w zimie, tym razem zrezygnowałem wobec braku sprawnego roweru i dezorganizacji warsztatu po ataku grzyba. Jechało się nieźle, choć kondycja na razie taka sobie. Moja. Rowerowi doskwiera duży luz korbowodu (w takim stanie go kupiłem w listopadzie). Obawiam się, że nie wystarczy wymiana klina, chyba trzeba będzie dać nową oś. Nie wiem tylko, czy ją zdobędę, bo fabrykę diabli wzięli (marka Favorit wprawdzie nadal istnieje, podobnie jak związek zawodowy Solidarność, ale to już tylko puste słowo…).

Na naprawę roweru nie było dziś czasu. Chwyciłem się prac w ogrodzie. Bez pardonu radyklanie podciąłem krzaki złotego deszczu. Zawsze mi było żal tych gałązek, puszczających o przedwiośniu pąki. No i potem w lecie już bezkwietny krzak przelewał się, złoszcząc sąsiada i zacieniając małe choinki, na dziko wykopane w lesie. Śliczna mała sosenka, przyniesiona w zeszłym roku ze Słowacji, przyjęła się. A pod jabłonią, odrastającą z pieńka, pojawił się maciupeńki cis, pewnie nieślubne potomstwo tego, który przed rokiem zniszczyły wodociągi. Przesadzić i poczekać.

… jak będzie duży, ja będę stary. Czekanie to nie jest sposób na życie. Nie w moim wieku…

Przepraszam, gdzie życie ma przycisk Turbo?

blog

Opera-cje wiosenne

Rano mamie pypeć pod okiem ucięli. Z wszelkimi szykanami (ja bym go żyletką…): oględziny, termin, znieczulenie, szew, termin do odwsze pardon, odszwienia.

Potem w drodze powrotnej od chirurga operacja specjalna: najazd na Kaufland i szturm do autobusu z motyką, grabiami i sekatorem. Bo wiosna szaleje, ogródek domaga się pieszczot.

Teraz na odmianę doktór wyciągnął z komputerowego szabaśnika zachomikowanego instalatora Opery 10.00, zainstalował ją i profilaktycznie wykastrował, coby jej chuć do aktualizacji na wieki wieków amen(t) odebrać. No bo się te Opery nowsze same aktualizują, nie pytając doktora o błogosławieństwo*). W efekcie nie dość, że makijaż dziwny mają, to niektóre funkcye działać nie chcą. Logowanie na Allegro trwa w nieskończoność, a przycisk powrotu do głównej strony danego serwera pojechał sobie na wczasy**).

S Operou 10.00 na věčné časy a nikdy jinak!

P.S. w oryginale było se Sovětským svazem

*) jednak nie, choć chyba się tak właśnie chwalili; w nastawieniach wersji 10.51 nadal można wybrać, czy chce się aktualizacji automatycznych; może teraz jest to wybór domyślny.

**) powrót z wczasów nie był trudny: dodatkowe przyciski nawigacyjne można przeciągnąć myszą z odpowiedniej zakładki; po co jednak instalator nowej wersji rządzi się w mojej Operze jak radziecki kosmonauta w Ikei?

blog

niepewność

… dręczy doktora. Wczoraj dzwonił tata, jakiś podenerwowany, że na święta wpadnie tylko na chwilę. Niby z powodu panującego u mnie w domu rozgardiaszu, żeby dodatkowo sprawy nie komplikować… Obydwoje z mamą odnieśliśmy wrażenie, że przyczyna może być inna – zdrowotna? Może się wstydzi swych problemów z nietrzymaniem moczu? Oby nic gorszego…

A Dana? Miotają nią rozterki. Nie mogę dłużej tak żyć, w poczekalni… Nie jestem też pewien, co w końcu z jej nerkami i ciśnieniem.

Wiosna po prostu już jest, choć chwilami jeszcze chłodno. Rower któryś trzeba do jazdy przyszykować. Malucha połatać zdobycznymi częściami.

Co to się ze mną dzieje? Wolne mam (od przychodni), o jakim przed rokiem mogłem sobie tylko pomarzyć, paraliżujące zimno się skończyło, a ja wciąż nie mogą nabrać tempa w swoich pracach…

Dręczy mnie jakiś niepokój…