blog

biurkowa archeologia

Porządki nabierają tempa. Nie znalazłem wprawdzie jeszcze tego zwolnienia, co mam oddać do ZUS-u (koniaku też całego nie wypiłem…), ale w pokoju już mam względny luz (a ile rzeczy wylazło spod warstw papierzysk…). Można dojść do okna i skorzystałem z tego. Po drodzie dokopałem się do kamery internetowej i zaraz ją podłączyłem, zastanawiając się tylko nad kolorami gniazdek dźwiękowych w komputerze. Przy różowym był symbol, który od biedy można skojarzyć z mikrofonem – i rzeczywiście, potwierdzenie znalazłem w Wikipedii. W elektronice symbol mikrofonu jest inny, dlatego rysuneczek nie był dla mnie oczywisty.

Ale niestety – mikrofon nie działa. Nie mam pod ręką innego z wtyczką  jack, więc nie wiem, gdzie jest przyczyna. Ale chociaż Dana mogła sobie na mnie popatrzeć przez Skype. Słyszałem ją, odpowiadałem gestem lub napisem.

No właśnie, o północy mamy się znów spotkać.

blog

nie miał doktór kłopotu

… skasował sobie dane.

Podczas porządków na biurku puszczał muzykę i przy okazji porządkował pliki muzyczne. Z jednego folderu wszystko wyjął: Ctrl-A, Ctrl-X, następnie folder definitywnie skasował: Shift-Del, chciał wkleić Ctrl-V…

Shit! Del(eted).

Dla pewności sobie sprawdził w słowniku, że Shit to jest to, co miał na myśli…

blog

wiosenne prace

… na doktora czekają. I szczekają, wręcz szczerzą kły.

Bo i wiosna wreszcie nadeszła. Skończył się paraliżujący chłód, ale zagrażają wiosenne deszcze. Rynny i dach trzeba naprawić.

… a tu by się chciało na vandr

Na razie zaczął doktór odgracanie pokoju, bo zapodział gdzieś oryginał zwolnienia chorobowego, za które dostał koniak. Wprawdzie mu nie smakował, ale…

Po obiedzie rodzicielka wyciągnęła doktora do Kauflandu po drabinkę na róże, ale została zdyskwalifikowana (drabinka). Doktór udał się po sąsiedzku z długą roboczą wizytą do Fidel-Castro-Ramy, by stwierdzić, że sekatory są tańsze w poprzednim markecie, ale drzwi nie są kosmicznie drogie, więc tych zeżartych grzybem nie będzie się łatać. Drabinek na róże tradycyjnie nie mają, ale kupi się pręty i da zespawać.

Drabinę budowlaną kupić trzeba. No trudno, będzie droższa od auta, ale w końcu auto nie ma tylu szczebli. Może nawet dwie się kupi, bo pojedyncze przęsło największej drabiny może być za długie do niektórych prac.

I piły doktór kupił dwie. Jedna ramowa, przydać się może i na vandr.

blog

doktór złodziejem

… dziś został.

W gazecie pisali, że spalił się w mieście maluch (przez duże M doktór pisze, gdy myśli o swoim, jedynym…), a właściciel twierdzi, że nie jego. Wrak będzie musiało usunąć miasto.

Doktór miastu trochę dziś pomógł, po tym jak przypadkiem przechodził obok i zauważył, że auto nie ma (już) tylnej maski, za to ma dobrze zachowany zespół napędowy.

Po co kupować na szrocie aparat zapłonowy? Bo on jest w Maluchu obiektem doktorowych podejrzeń. Tablica rejestracyjna też się może przydać (szkoda, że była tylko jedna). No, np. gdyby się kupiło auto bez tablic, za to sprawne.

Szkoda, że wyjęcie skrzyni biegów nie jest takie proste…

Może pogadać z Zarządem Dróg?

blog

doktór w areszcie…

… był dzisiaj.

Rano przyjechali po mnie na sygnale. Pilny przewóz aresztanta do szpitala więziennego. Dorwał jakieś tabletki i najadł się, by trafić do szpitala.

Chłopiec 19-letni, wyglądający na 15. Chciało by się rzec: niewinne dziecko, gdyby nie tatuaże. I dość poważny zarzut: rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia.

Lekarze w szpitalu więziennym, choć formalnie są funkcjonariuszami więziennictwa, okazali się bardzo mili dla mnie i troskliwi wobec podopiecznych. Kiedy wspomniałem, że nagle musiałem się zebrać do wyjazdu, zrobili mi śniadanie. Pacjenta trzeba było wysłać na konsultacje, więc sprawa się przedłużyła. Pod koniec zmiany ordynator usiadł obok mnie w pokoju lekarskim i zaczął mi opowiadać mi o przypadku innego chorego. Skoro już do nas trafił, może wreszcie znajdziemy przyczynę tej anemii.

Gdybym miał specjalizację, dostałbym u nich pracę. Dobra pensja, mieszkanie, lepsza emerytura. Ale nie wiem, czy bym chciał pracować w tak mrocznym miejscu.

Przy wejściu musiałem oddać telefon komórkowy, a w następnej jednostce – udawać, że go nie mam. Okazało się, że i tak bateria się rozładowała. A chciałem wysłać Danie SMS-a, bo wczoraj rozstaliśmy się w pewnej rozterce. Dziś miała akurat badanie tomograficzne.

Po moim powrocie do domu okazało się jednak, że wszystko wygląda dobrze.

blog

jak doktór odkrył Falco

Zaletą dyżurów jest wolny czas (jak się uda), za który nam płacą.

Zaletą Internetu jest szybki dostęp do ogromu informacji. Dyżur z dostępem do Sieci to nie taki zły los, choćby cienko płacili.

Przeglądając, czy raczej przesłuchując empetrójki na pewnym chyba niezbyt legalnym serwerze, zidentyfikowałem piosenkę, którą od lat znałem ze słyszenia. Wbiła mi się w ucho z dwu powodów: śpiewana jest po niemiecku (a to wyjątkowa rzadkość wśród światowych hitów) i opowiada o jakimś dramatycznym zdarzeniu z udziałem młodej dziewczyny.

I oto nieoczekiwanie dowiaduję się, co to za utwór. Falco: Jeanny.

Ściągnąłem i tekst – z tekstowo.pl. Tylko dlaczego prawie żadne internetowe zbiory tekstów piosenek nie podają ich autorów?

 

Jeanny, komm, come on
Steh auf – bitte, du wirst ganz naß
Schon spät, komm – wir müssen weg hier,
raus aus dem Wald, verstehst du nicht?
Wo ist dein Schuh, du hast ihn verloren,
als ich dir den Weg zeigen mußte
Wer hat verloren? Du dich?
Ich mich? Oder, oder wir uns?

Jeanny, quit livin’ on dreams
Jeanny, life is not what it seems
Such a lonely little girl in a cold, cold world
There’s someone who needs you
Jeanny, quit livin’ on dreams
Jeanny, life is not what it seems
You’re lost in the night, don’t wanna struggle and fight
There’s someone, who needs you, babe

Es ist kalt, wir müssen weg hier, komm
Dein Lippenstift ist verwischt
Du hast ihn gekauft und ich habe es gesehen
Zuviel rot auf deinen Lippen und du hast gesagt:
„Mach mich nicht an”
Aber du warst durchschaut, Augen sagen mehr als Worte
Du brauchst mich doch, hmh?
Alle wissen, daß wir zusammen sind ab heute,
jetzt hör ich sie! Sie kommen
Sie kommen, dich zu holen
Sie werden dich nicht finden
Niemand wird dich finden, du bist bei mir

Jeanny, …

Newsflash: In den letzten Monaten ist die Zahl der vermißten Personen dramatisch angestiegen. Die jüngste Veröffentlichung der lokalen Polizeibehörde berichtet von einem weiteren tragischen Fall. Es handelt sich um ein neunzehnjähriges Mädchen, das zuletzt vor vierzehn Tagen gesehen wurde. Die Polizei schließt die Möglichkeit nicht aus, daß es sich hier um ein Verbrechen handelt.

Jeanny
Jeanny, …

Jak widać, nie tylko po niemiecku. Ale właśnie ten język padł ofiarą tłumacza…

 

Jeanny przyjdź, chodź
Wstań, proszę
Będziesz cała mokra
Już późno, chodź
Musimy tutaj drogę
Odrzucić za lasem (?)
Nie rozumiesz?

Gdzie jest Twój but
Zgubiłas go
Kiedy ja Tobie musiałem pokazać tą drogę.
Kto zniszczył?
Ty, ciebie?
Ja, mnie?
Albo
Albo my, nas?

Ref.
Jeany, przestan zyc snem
Jeany, zycie nie jest tym czym się wydaje być
jak samotna mała dziewczynka w zimnym zimnym świecie
jest tu ktos kto cie potrzebuje
Jeany, przestan zyc snem
Jeany, zycie nie jest tym czym się wydaje być
giniesz w nocy
nie chcesz dalej walczysz.
jest tu ktos kto cie potrzebuje

Jest zimno
Musimy tutaj drogę
Chodź.
Twoja szminka jest starta
Ty ją kupiłaś i
I ja widziałem
Czerwień Twoich ust
I ty powiedziałaś mi „odwal się odemnie”
Ale Ty byłaś przeźroczysta
Oczy powiedziały mi te słowa
Potrzebujesz mnie jednak hmmm?
Wszyscy widzą, że my razem jesteśmy
Od dzisiaj
Teraz słuchaj mnie!
Oni przychodzą!
Oni przychodzą Cię zabrać!
Oni Ciebie nie znajdą!
Nikt Ciebie nie znajdzie!
Jesteś przy mnie!

Jeany, przestan zyc snem

Newsflash:
Niedawno liczba zabójstw osób dramatycznie wzrosła.
Najmłodszy oficer lokalnej policji wysłuchał relacji
dalszych tragicznych wydarzeń. Działania dotyczą dziewiętnastoletniej
dziewczyny. Ostatnio widziano ją czternaście dni temu.
Policja nie wyklucza możliwości że tutaj chodzi o zbrodnię.

Jeany, przestan zyc snem


Jak widać, nie tylko komputer potrafi popełnić tak denny przekład, że głowa boli. A mają tam ponoć jakiegoś moderatora…

blog

wiosna jutro?

Dziś jednak nie przyszła.

Po dyżurze trochę się w domu zdrzemnąłem, choć nie było nocnych wezwań.

Pogoda na tyle niemiła, że zrezygnowałem z roweru i na oględziny Poloneza pojechałem autobusem. W sumie dobrze, bo gość tylko się ze mną umówił pod kościołem, oferowane auto miał gdzie indziej. Miałem jechać za nim… nie wziął pod uwagę, że przyjadę innym środkiem lokomocji. Mam wrażenie, że nie chciał zdradzić, gdzie mieszka. I nie przedstawił się.

Zawiózł mnie na budowę, otwiera garaż. Polonez zdecydowanie nie jest taki ładny, jak na fotkach, ma wyrdzewiałe dziury. Wiem, że go koledze nie polecę, ale kontynuuję oględziny.

Najciekawsze na koniec: pytam o OC. Nie ma, wypowiedział. Pytam, czy tak można? A co mu zrobią, skoro nie jeździ? Mówi, że za jedyne 100 złotych uwolni mnie od płacenia OC za auto, które bym miał na części. Pytam, jaką ma firmę. Nie ma. Przepisze moje auto na siebie – na papierze.

Głupek, czy kombinator? Bo o wartości swojego Poloneza Borewicza też ma nierealne wyobrażenie. 2300 złotych, a jak nie, to postoi i nabierze wartości.

Jutro już chyba przyjdzie ta wiosna? Bo tyle wiosennych zadań na mnie czeka – koło domu, pod autem, zajechać tu i tam na rowerze…

blog

jutro wiosna?

Zobaczymy. Dziś rano, kiedy odśnieżałem chodnik, nie bardzo się chciało wierzyć, że jutro mają być wyraźnie wiosenne temperatury.

Odstawiam łopatę, spieszę na autobus.  W drzwiach busa zator. Starszy pan grzebie w portmonetce, przeprasza, wycofuje się zmieszany, odchodzi. Nie miał 5,50 zł na bilet. Przecież bym mu dał…

W przychodni zaskoczenie. Tadeusz wykreślił mnie z weekendowego dyżuru pod koniec marca. OK, będzie wiosennie, to sobie tej wolności użyję…

Pacjenci: przychodzi pan D. Takie dziwne nazwisko, wygląda na zniszczonego. Pijak? Tyle razy mu pisałem recepty, teraz go wreszcie zobaczyłem na własne oczy. Tramal na „P” jest tylko w nowotworach – mówię. Wyjątek? A czy kierowca busa zrobi dla mnie wyjątek i da mi bilet zniżkowy?

Napisałem na jego żonę, bo miała jakieś podejrzenie nowotworu…

…. bo mi nie badają składu spalin podczas dorocznego przeglądu auta…

… bo tak żałośnie prosił.

Po południu wracam do głównej przychodni. Ruch nieduży, ale jestem nieproporcjonalnie zmęczony. Czy  dlatego, że mnie znów wykopali do lochu bez okna? Nie mam swojego gabinetu, wszystkim ustępuję z drogi.

Dziwnie się czuję. W końcu mierzę sobie ciśnienie. Nie jest tak źle…

Nie o wszystkim mogę na blogu pisać. A może założyć ściśle prywatny pamiętnik?

blog

wnerw i trofeum

Wczoraj przed snem odpakowałem DVD z filmem Nie lubię poniedziałku i nieźle się wkurzyłem. Niejaki Michał Ogórek napisał do niego jedynie słuszny wstęp. No pewnie, treba ludziom powiedzieć, że w PRL-u nie było aż tak fajnie (jak w filmie). Gdyby w latach stalinowskich pokazywali jakąś komedię amerykańską, też by musiał jakiś politruk zadbać o stosowny komentarz.

Kładłem się spać wkurzony, zbudził mnie telefon, o dziewiątej nad ranem. Ssyn przestał dzwonić, zanim dobrnąłem do przedpokoju. Potem się dowiedziałem, że to chyba Tadeusz – z zapytaniem, co ja na jego SMS-a. A czy ja byznyśmen jaki, żeby komórę furt ładował i SIM-kę z nadmiaru miłosnych SMS-ów czyścił? Propozycja zastępstwa – jutro, 24 godziny. OK.

Rozpakowałem wielką pakę, czekającą od megadyżuru pod krzaczkiem w ogrodzie. Oczywiście, ogromny magnetofon trochę się potłukł. Piszę maila do allegrowego nadawcy paczki, a tu dzwonek do drzwi!!! Biedny tata. Ja mam nerwy w kiblu (tak się to po czesku mawia), więc jakiekolwiek dodatkowe obciążenie skutkuje niekontrolowanym wybuchem.

Po obiedzie – wyjazd pociągiem po przetwornicę do samochodowego radia lampowego. Rzadka rzecz, właściwie część układu radioodbiornika, ale nie dość, że awaryjna, to zwykle jej brakuje. Trochę taniej, niż pocztą, ładna trasa. I miły kontrahent, starszy pan; czekał na mnie wraz z żoną na stacji. I sobie ponarzekaliśmy na kapitalizm, choć ani razu to słowo nie padło. W sąsiedztwie Koreańczycy uruchomili fabrykę samochodów.

W drodze powrotnej siedziałem w ostatnim wagonie doczepnym szynobusu i pstryknąłem niecodzienne ujęcie zachodzącego słońca.

A tak w ogóle to zauważyłem, że mimo porannej śnieżycy, drogi były czarne i można było śmiało jechać na rowerze. Za parę dni ma być naprawdę wiosennie.

A co z Daną? Miała dziś wizytę u nefrologa. Czekam na wieści. O, mowa o wilku – a wilczyca na Skype…

blog

cisza na blogu

Ubywa czytelników, ubywa komentarzy. Wygląda na to, że mój blog jest coraz mniej ciekawą lekturą. Nic dziwnego, jest odbiciem życia, a ono właśnie takie odczucia ostatnio we mnie budzi.

Udało mi się wreszcze zdobyć przekładnię do rowerowego prędkościomierza marki Huret. To był mój pierwszy tachometr przy Wagancie, w swoim czasie niezły szpan… W końcu się uszkodził, chyba nawet wiem, dlaczego. Potem był inny, wkrótce wysiadł, dalej – komputerek, którego nigdy specjalnie nie pokochałem. Już choćby dlatego, że nawalają mu znienacka baterie i gubi wskazania przebytej drogi.

Tak… wkrótce będę mógł znów zainstalować swój ukochany tachometr. Tylko czy można zatrzymać czas? Nie pozwolić mu uciec w nicość, tak jak ginęły mi przejechane kilometry przy wyładowaniu się baterii?

No i problem praktyczny: chcę zamontować przednią piastę z prądnicą. Czy da się pogodzić z przekładnią prędkościomierza? Bo własna elektrownia w rowerze to jedno z dawnych marzeń (dziś o tyle aktualniejsze, że mam aparat cyfrowy). Prędkościomierz spełnił się dużo wcześniej… Czy można pogodzić stare marzenia z nowymi?

Niech już będzie wiosna. Trzeba szykować nowy rower. Trzeba się szykować do nowego życia.