Kupiłem sobie dziś DVD z filmem Nie lubię poniedziałku.
Ciekaw jestem tylko, czy odnajdę w nim to, co przed laty…
życie codzienne i niecodzienne pewnego lekarza
Kupiłem sobie dziś DVD z filmem Nie lubię poniedziałku.
Ciekaw jestem tylko, czy odnajdę w nim to, co przed laty…
Jakoś tak mi chodzi dziś po głowie piosenka… Któż ją śpiewał, jaki miała tytuł?
Internet bywa cudownym narzędziem. To taka Biblioteka Jagiellońska z doskonałym katalogiem, przeniesiona na moje biurko… Z zapamiętanych fraz natychmiast wyłonił się autor tekstu.
Słońce stanęło w zenicie:
oglądam się na przebytą drogę:
to ma być moje życie?
Patrzeć się na to nie mogę!
Do pieca, miłosny zeszycie!
Do pieca, listy – stos cały!
A żeście z ognia powstały,
więc w ogień się obróćcie!
Bo to dwa wiersze Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej. Znalazłem też informację, że jej poezję śpiewała Krystyna Janda, ale nie wiem, czy to właściwy trop.
Jeszcze tak niedawno byłem młody. Słuchając wówczas tej piosenki, myślałem o kobiecie, która skarży się w niej na swój los: życie w połowie i nie bardzo jest na czym zatrzymać wzrok, spoglądając wstecz. Miłosne uniesienia, drzemiące gdzieś w szufladzie na pożółkłych kartach papieru, przywołują tylko gorycz, lepiej do nich nie wracać.
Niedawno? To był świat, w którym jeździły Syrenki, milicyjne suki; komputery służyły do poważnych zadań i zajmowały wielkie szafy.
Dziś nad Daną słońce stanęło w zenicie. Wtedy miała kilka lat…
Kto to śpiewał? Kto jeszcze pamięta?
Szybko to poszło. O ile mnie pamięć nie myli, świętowałem swego czasu pół roku blogowania… Nie mogłem się doczekać, kiedy blog dożyje jakiegoś szacownego wieku…
Początki blogu wiążą się z pracą, którą rozpocząłem kilka miesięcy wcześniej. Zaczęły się dyżury, a ja nagle zauważyłem, że służbowy komputer jest podłączony do Internetu. Internetu, który dopiero w pełni odkrywałem, bo jeszcze 2 miesiące przed rozoczęciem pracy łączyłem się z Siecią przez modem telefoniczny, co (ze względów cenowych) ograniczało mi korzystanie z niej do około pół godziny dziennie – a to wystarczało do ściągnięcia poczty i przejrzenia aukcji. Na swój sposób nie było to takie złe – bicz na człowieka, by nie wysiadywał całymi dniami przy komputerze…
Trzy lata. Szybko przeminęły. Co się zmieniło w moim życiu?
Pogorszenie zdrowia rodziców, zwłaszcza mamy. Nie będzie już towarzyszką moich wycieczek. Oboje tego potrzebowaliśmy. Dla mnie były one w pewnym sensie przywróceniem równowagi w naszej relacji: w górach to ja byłem kierownikiem zespołu. Choroba nowotworowa taty, mimo początkowego szoku, jednak tak bardzo naszego życia nie zmieniła. Wydaje się, że tata w końcu się pozbierał po leczeniu, a rak – nie. Bardziej sobie tylko uprzytomniliśmy, że czas nieubłaganie płynie i za kilka lat może nas rozdzielić.
Moja praca… Wówczas narzekałem na przepracowanie i liczyłem dni do końca półrocznego okresu pracy, który odsuwał widmo zawieszenia uprawnień zawodowych. Jak dziki koń, z trudem znosiłem uzdę. Dziś mam pracę niezbyt obciążającą i podle płatną.
Zapchałem wszystkie kąty w domu nabytkami do swej kolekcji. Utopiłem w nich więcej pieniędzy, niż mi się wydawało. To się stało w okresie, kiedy pracowałem na umór i jako-tako zarabiałem (nawet do 3 tysięcy złotych miesięcznie). Bywałem w domu gościem. Zaniedbałem budynek. Grzyb dokonał strasznych spustoszeń.
Urlopy? Nawet były, ale żadnych wielkich wypraw nie zrobiłem. Do niczego nie mogę się zabrać, czas przepływa między palcami. Jeszcze nie ma wiosny, a już pewne tegoroczne zamierzenia przełożyłbym na następne lata.
Życie tzw. osobiste… Przez blog poznałem dwie dziewczyny. Z oboma się spotkałem i przez chwilę myśleliśmy o wspólnej przyszłości. Nie wyszło… Dlaczego? A może ja po prostu nie nadaję się do życia we dwoje? Defekt? Czy nieokiełznana potrzeba swobody? Swobody? W relacji z rodzicami (czytaj: mamą) nie mam jej zbyt wiele.
Nie da się ukryć, te trzy lata to stopniowe pogrążanie się w maraźmie. Nic specjalnie nie boli, więc można w tym dalej tkwić… i stopniowo wynosić na śmietnik swoje marzenia.
Dana jest w podobnej sytuacji. Czekamy na wiosnę. Na wspólne wędrówki, ogniska, noce pod gwiazdami.
Warsztat odgrzybić. Rower poskładać. Kombi wyremontować. Uporządkować kolekcję.
Zastanowić się nad swoim życiem. Wziąć je w swoje ręce.
Po prostu zimno. Nawet w tych ciepłych skarpetkach…
Trochę w piecu napaliłem, ale widać za mało.
Komputer działa, to dobrze. Jeden problem z głowy.
Prognozy zapowiadają zimową aurę prawie do Wielkanocy. Niewiele sobie użyję tej pomaratonowej wolności. No i znów moje Kombi nie będzie gotowe na świąteczną przejażdżkę z rodzicami… Trudno, oby tylko oboje zdrowi byli. Może za rok. A Danie bardzo się spodobał pomysł przejazdu moim Kombi na trasie Żerań – Turyn. Właściwie można by w tym roku. Zabrać tatę? Raczej bym wolał innym razem. Chciał zobaczyć Alpy. Ja przez nie jechałem na rowerze w roku 1991.
Czas ucieka. Nie można wszystkiego odkładać na święty nigdy.
W nocy znowu stanął.
Doktór wylazł z barłogu po dziesiątej, zjadł śniadanie i napisał pożegnalny list do narzeczonej. Bo nigdy nic nie wiadomo; gdzieś po kątach leżą odłogiem jakieś niepełnoletnie desktopy i laptopy, nawet USB mają, ale diabeł je ogonem nakrył. W sumie bez sensu ten list, bo dopóki się oboje nie zalogują do Skype, to druga strona go nie przeczyta (a Gadu-Gadu sobie wykasowała, na złość).
Zdjął (monitor), rozebrał (desktopa) i wyjął (to, co trzeba).
Udał się do miasta w skarpetkach z Miasta. I po raz pierwszy tej zimy było mu w nogi ciepło.
Kupił, przyniósł, włożył.
Ha! Komputer się odkorował. Zapomniał datę, godzinę, nastawienia BIOS-u wszelakie. To jak on to robił? Zegar mu stawał, ale pamiętał, kiedy stanął, tudzież wszelkie BIOS-u ustawienia.
Doktór nie toleruje żadnych Legacy-Free. Doktór ciągnie za sobą ogon DOS-u, PS/2, PRL-u. I wszystko musi być z tym kompatybilne.
Schowaj i zdechnij (Save and Exit) – mówi doktór do kompa.
Ale on żyje. I, wbrew pozorom, o to chodziło.
Będzie można znów żyć po bożemu – jak powiedziała pani Dulska, pozbywając się ciężarnej kochanki swojego synalka.
P.S. gdzie doktór kupił skarpetki?
Nie staje. Spóźnia, ale dramatycznie. Jak to możliwe?? Zegar cyfrowy powinien iść swym tempem, dyktowanym oscylatorem kwarcowym, póki ma zasilanie. Wskazówkowy czasem nie ma dość siły, gdy słabnie bateria i wskazówka drży, nie zawsze się posunie – stąd nabiera spóźnienia, jednak sam oscylator trzyma tempo.
Ale zegar pokładowy komputera? Powinien iść.
Spóźnia. Nie staje. Nic nie staje.
Dana.
Tak mi jej brakowało.
… do doktora.
Nie wiem czemu nagle zaświtał mi w głowie zasłyszany kiedyś tytuł opowiadania Marqueza Nie ma kto pisać do pułkownika. Postanowiłem coś się dowiedzieć – o czym właściwie jest to opowiadanie.
Nieraz tytuł mówi wszystko.
Dana nie pisze. Nikt nie pisze.
… będzie zasypiać. Jak je sobie trochę nagrzeje. Chłodne, samotne, z wystającą sprężyną – ale nareszcie własne, domowe. Po tylu spokojnych, ale jednak dyżurowych nocach.
Kiedy po południu zmorzył mnie sen przed telewizorem, zadzwonił telefon. Niewiele brakowało, a podniósłbym słuchawkę i zameldował się: lekarz dyżurny.
… wynosić będzie – przy założeniu, że dotychczasowa średnia wysokość składki na ZUS się nie zmieni…
… prawie 300 złotych. Właśnie przyszło pismo z ZUS-u.
O rany, to jest ponad 100 dolarów miesięcznie!
Zamawiam taksówkę do PRL – na dzień moich 65. urodzin. I wprost pod Pewex, do konika…
wyjaśnienie dla młodych: sprzedając na czarnym rynku 100$, można było nieźle przeżyć kilka miesięcy, a od biedy nawet rok…
kręte drogi moich aut