… może stanąć. No trudno. Zobaczy, jak wygląda sprawiedliwość w III RP.
Na pewno nie lepiej, niż w PRL.
życie codzienne i niecodzienne pewnego lekarza
… może stanąć. No trudno. Zobaczy, jak wygląda sprawiedliwość w III RP.
Na pewno nie lepiej, niż w PRL.
Do cyrkułu Policyi iść musi.
Najpierw powiedział sobie, że to gestapo. Ale nie byli dość koszerni. Citroënem Berlingo przyjechali, france jedne. Ale nie był cytrynowego koloru…
… wracał doktór z osiedla. No bo raz przyszła jedna pani, że ma radio. Oczywiście, nie wiedziała, jakie. Przybyłem, zobaczyłem… i zrezygnowałem. Ale – zostałem rozpoznany przez brygadę robotników, odbijających lód z chodnika: przepraszam, czy nadal zbiera pan radia?
Taki ładny Juwel 2. Trudno było nie wziąć za 50 złotych, choć mam kilka egzemplarzy. Tylko – nieś to człowieku w ręce… Autobusu niet, ręce odpadają, więc część drogi pokonał Juwel na doktorowej głowie. Rower trzeba wreszcze naprawić…
Potem wyjście do miasta, ale zapomniało się polskiej gotówki, więc tylko czeskie sprawy zostały załatwione.
Po drodze odebrałem wyniki mamy: morfologię (22 tysiące leukocytów) i OB (80). Biedna mama, miała dziś prawie 39 stopni. Po południu poszliśmy do doktora D., zmienił jej leki, ale mama już nie wierzy, że będzie lepiej. Przy okazji skonsultowałem się w sprawie mojego nadciśnienia.
Mam dziś zastępstwo za Tadeusza. Prosił, to wziąłem…
Przychodzi pan K. po receptę dla żony. Krople do oczu – miała od okulisty, zapodziała gdzieś…
… przecież to pani Irena! Ta, co mi soczki malinowe nosiła. Zawsze miła, jakby z lekka dystyngowana, choć prosta wieśniaczka. Ma Alzheimera. Mąż smutny, pogodził się, co mu innego zostało. Szybko to poszło… Proszę ją ode mnie pozdrowić. Czy skojarzy?
Pod wieczór wyjazd na wizytę domową do pacjentki z rozregulowanym nadciśnieniem. Trochę je obniżyłem zastrzykami, napisałem receptę na brakujący lek (czy stąd ten skok? nie jestem pewien). Po powrocie do przychodni dowiaduję się, co nas ominęło: pani Klara, dwa dni po wypisie ze szpitala, nagle zasłabła. Rodzina dzwoniła po nas, ale byliśmy gdzie indziej, więc wezwali Pogotowie.
Zaintubowaną ją wieźli do szpitala z udarem, nie dają jej szans.
Pani Klara… emerytowana nauczycielka, egzaltowana, czasem z lekka histeryczna. Tak bardzo mnie lubiła. Ostatnio rozmawialiśmy o książce, którą opracowała moja mama na dziesięciolecie naszego hospicjum. Był tam i mój tekst – o przyjaźni z pewnym kierowcą TIR-a, umierającym na raka. Pani Klara bardzo się zainteresowała książką, miałem dla niej odłożony egzemplarz… Obawiam się, że już go nie zobaczy.
Kiedy ostatni raz jechałem normalnym pociągiem parowym, też nie wiedziałem, że to już koniec, że nigdy więcej… Syców – Kępno, TKt 48. Tramwajem enką, klasycznym Jelczem…
był dziś po pewien sprzęt do kolekcji, zakupiony na Allegro.
Wyjazd autobusem, w towarzystwie rodzicielki – chciała zobaczyć swe ukochane Tatry… i w jej towarzystwie przysługuje duża zniżka.
Trochę nam to nie wyszło: pogoda mglista, więc mama zrezygnowała z wyskoku do Dursztyna. No i bardzo bolały ją stawy, ledwo się gramoliła do autobusu.
Obserwowałem, jak kuśtyka: ona, która jeszcze kilka lat temu chciała wyjść na Krywań…
W księgarni wziąłem do ręki przewodnik po Słowacji. Polska autorka, dość dobrze znająca ten kraj, napisała mniej więcej tak: w roku 1948 nastała dyktatura komunistyczna, a Słowacy stali się obywatelami drugiej kategorii. Pytanie: czy ta pani wierzy w to, co napisała? Chyba nie (skoro zna realia), więc po co to zrobiła? Kadzidła ideologiczne palono masowo w latach stalinowskich. Dziś mamy XXI wiek…
Obok sklep z dewocjonaliami? Na wystawie takie malownicze kicze! Towarzysz Wojtyła z gospodarską wizytą u brygady pasterzy…
Ładny dworzec PKS, wybudowany za PRL, to dziś też ciekawy widok. Czynna 1/3 drzwi wejściowych, brak rozkładu jazdy w hali, budki z pierdołami i nawet biuro podróży, za to bary nieczynne, kasa biletowa ostała się jedna, ale sprzedaje chyba tylko bilety miesięczne; zimne kaloryfery i cuchnący wychodek.
Miałem trudność trafić pod właściwy adres, bo zrobiłem ściągę rysunkową z map google, ale zapomniałem, że główna droga wylotowa na Szczawnicę nie prowadzi już z rynku. Od dobrych 30 lat…
Pogoda?
Najłatwiej wszystko zwalić na nią. Nie wiem. Dzień bezbarwny, nijaki. Rozmowa z Daną nie kleiła się. Odkryliśmy różnice w poglądach na pewną istotną kwestię.
Ty świetnie radzisz sobie w sytuacjach awaryjnych. No tak, Dana też to zauważyła.
Jutro jadę do Nowego Targu po generator. Przesyłka kurierska kosztuje tyle, co przejazd autobusem. A z mamą będzie taniej. Cieszy się, że zobaczy góry…
Tak byłem wychowywany: korzystać z okazji, wydawać jak najmniej. I myślałem wówczas, że na Zachodzie takim oszczędnym stylem życia możnaby daleko zajść. Ech, jaki ja byłem naiwny… Kapitalizm jest zupełnie inny, niż sobie wyobrażałem. Wystarczyło raz tam pojechać i zobaczyć ten raj. Ale to już była jesień 1989. Już było po ptokach.
Ja jednak jeszcze przez kilka lat miałem nadzieję.
jakiś spłynął na mnie i Danę.
Na mnie – bo stan awaryjny, czyli zamarznięte rury, ustąpił. Powoli opada napęd do działania, bo mimo wszystko w warunkach awaryjnych działa się lepiej. Człek postawi wszystko na jedną kartę i zwykle dość szybko osiąga bliski, ważny cel. Czyżby się ze mnie stał swoisty adrenalinoholik? Każdy spec od zarządzania powie, że notoryczne działanie w trybie awaryjnym bardzo utrudnia realizację długofalowych planów.
Dana nie dojechała na szkolenie z powodu trudnych warunków komunikacyjnych: auto utknęło na podjeździe, a pociąg w zaspach. Tym samym perspektywa nowej pracy znów się rozpłynęła.
Muszę dziś lub jutro poprzemieszczać graty w okolicach piwnicy, żeby się dostać do pakuł i uszczelek. Trzeba w kuchni zamontować tę nową baterię. Wprawdzie stara mogłaby jeszcze służyć kilka lat, ale już od dawna zasługuje tylko na wymianę. I niech coś się chociaż dzieje, bo innych, przełomowych zmian nieprędko się doczekam.
No i w piecu trzeba napalić. Tym ohydnym grzybem, bo drugiej siekiery chyba nie zniszczył, więc porąbię żałosne resztki pieńka. Ech, w Hůrkach piecyk z początku trochę nam dymił, ale rozgrzewał się od razu. Potem, kiedy przestawało się dokładać, robiło się lodowato. Ale wystarczyło wysunąć się trochę ze śpiwora i przytulić do Dany…
… była dziś moją nagrodą za wczorajsze prace przy instalacji wodnej.
Do tego udało mi się dokupić zatyczkę do wanny (w Polsce rozmiar nie do zdobycia) i namierzyć w czeskim sklepie słowacką baterię zlewozmywakową do kuchni. Polskie mają za duży rozstaw i musiałbym rozbić kafelki, by przemieścić rury. A stara, jugosłowiańska, z braku oryginalnych części od dawna była łatana w przedziwny sposób, ale wszystko ma swoje granice. Nie pasują typowe głowice, wylewki – no i służy już chyba 47 lat.
Dzwonił tata, dość późno wieczorem. Wręcz się wystraszyłem, że coś się stało, bo przecież kilka godzin wcześniej był u mnie w domu. Ale on chciał mi tylko pogratulować mojego tekstu w dzisiejszej gazecie.
Kiedy byłem w wannie, rozległ się dziwny odgłos, jakby coś spadło. Na szczęście to tylko tekturowe, puste pudła w sieni. Czyżby znów sprawka któregoś kota? Bo i kot miał swój udział w zamarznięciu wody w piwnicy: wypchnął uszczelnienie okienka. Skąd wiem, że kot? Ano, zostawił na miejscu czynu wizytówkę. Zapachową.
… wzniósł dziś doktór.
Najpierw diagnozował: ostrożnie poluzował głowicę zaworu za wodomierzem… trochę wody wyciekło, ale to z rur. I syczało w kraniku w piwnicy, czyli ten odcinek jest drożny. A zatem – zamarzło przed wodomierzem, w plastiku. Pewnie pod okienkiem. Tania opalarka z supermarketu rzęzi i przyjemnie grzeje w nogi. Doktór nie może się dostać pod okienko, bo sznur za krótki. Wszystkie przedłużacze sobie gdzieś wyszły, psia ich mać, więc doktór do rodzicielki uderza. Sznur do żelazka, który doktór rodzicielce sklecił był na urodziny chyba, sam mając z 11 lat. Sznur nie przedłużacz (ma otwory na grubsze trzpienie), ale jak się węzeł na złączu zrobi, nada się do tej roli.
Ile gratów doktór przerzucił w inne kąty, by się do rury dostać… Pod okno kabel nie puści, to doktór zaczyna grzać przy wodomierzu. Dotyka rury: z zewnątrz ciepła. O, a ten szum? Wodomierz się kręci!
Doktór z rozpędu naprawił też piec kąpielowy. Wcale nie trzeba było wymieniać membrany, wystarczyło wyczyścić zwężkę Venturiego.
Praktyczna rada doktora Wszech Nauk Lekarskich (y niektórych innych): jak otwieracie wodę np. po wymianie uszczelki – miejcie otwarty kran zimnej wody. Dopływ do pieca kąpielowego lepiej zamknąć, kurek ciepłej wody też otworzyć. Jak odpuścicie wodę (z powietrzem i brudami) przez zimny kurek, możecie puszczać ciepłą, nie ryzykując, że zapchacie zwężkę świństwem z rur.
… doktorku.
Woda zamarzła chwg. Nie tam, gdzie oczekiwałem, nie tam, gdzie się mogę dostać z opalarką.
Idę w świat z wiadrem. Sąsiada niet, drugi jest dziwny, to nawet nie próbuję. Do bloku po drugiej stronie ulicy. Czy mogę sobie nabrać wody? Mieszkam na przeciwko…
Ja pana nie znam… – odzywa się pani, schodząca akurat z piętra. Ktoś inny wychodził i wpuścił mnie. Teraz lękliwie wychyla się ze swojego mieszkania staruszeczka – sucharek. To do niej dzwoniłem.
A, przecież to jest pan doktor, który kiedyś pracował w naszej przychodni – przypomina sobie schodząca po schodach. Niech się go pani nie boi. Ale innych obcych lepiej nie wpuszczać.
Doktor? A czemu taki strzapaty?
OK, woda jest – na dziś. Zamiast obiadu – kanapki i na autobus.
W przychodni spoglądają na mnie znacząco (albo tak mi się wydaje?) – pewnie z powodu tego feralnego zwolnienia, od razu je dostrzegam, leży na blacie. Szefka jest w rejestracji, ale nie zwraca się do mnie. Ani na ten temat, ani w sprawie zaległej zapłaty za moje styczniowe zastępstwa.
Po chwili widzę, że na najbliższy weekend zamiast mnie jest wpisany Tadeusz. Tak bez słowa.
Jedziemy na wizytę domową do staruszka – teścia pani B. Przemiła, promienna kobieta, jednak nie ona jest przy chorym. Starszy pan ma cukrzycę i bolą go stopy, ale na szczęście nie widzę martwicy. Mierzymy cukier: 239.
Pytam, jakie miewa cukry. Pokazuje mi glukometr, mówi, że ostatnio mierzył 2 tygodnie temu. Pytam, jak się to obsługuje, syn chorego spogląda na mnie lekko kpiąco: wystarczy włożyć pasek. Doktór głupi, nie wiedział. Ale jest zepsuty, pojawia się sygnał błędu – beznamiętnie wyjaśnia.
Instrukcja? Nie mam, spaliłem w piecu.
Po powrocie do przychodni googlam i ściągam prawie stustronicowego pedofila. Tego im drukować nie będę, znów by spalili w piecu. Piszę ściągę – E-6 znaczy: brak kalibracji. Wyrzucili też pudełko z pasków i kalibrator, więc będę musiał napisać receptę na nowe paski. W samą porę, bo ostatni pomiar w pamięci glukometru pacjenta miał datę 23 września…
kręte drogi moich aut